„Przebudzenie Olivii” Elizabeth O'Roark


Wszyscy wiedzą, dlaczego Olivia została wyrzucona z poprzedniej uczelni. Nie pomaga to w zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu, szczególnie w uniwersyteckiej drużynie biegaczek, która bardzo liczy na jej umiejętności. Niestety niełatwo wygrać zawody, mając łatkę furiatki. Will, młody trener, początkowo jest przekonany, że dziewczyna będzie jedynie ciężarem. Z czasem jednak odkrywa, że za postawą buntowniczki kryje się coś więcej, a Olivia nie tyle biega, co ucieka przed swoim największym koszmarem. 

Tytuł: „Przebudzenie Olivii”
Tytuł oryginalny: „Waking Olivia”
Autor: Elizabeth O’Roark
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2017 

„Przebudzenie Olivii” to nic innego jak romans, o czym krzyczy już sama okładka. Myli się jednak ten, kto spodziewa się rozbudowanych opisów flirtu, kwiatuszków i serduszek. Historia w gruncie rzeczy nie należy do ckliwych – i choć lwia część fabuły opiera się na znanym i obrobionym z każdej strony motywie, to jednak powieść ma do zaoferowania znacznie więcej, niż pozorna przewidywalność i banały.

Początek, przyznaję, nie wypadł najlepiej, przede wszystkim dlatego, że główni bohaterowie wydali mi się strasznie antypatyczni. Olivia była irytująco wyzywająca (nie mam tu na myśli wyglądu), a jej postawa w stylu „nic mnie nie obchodzi” budziła raczej uśmieszek pełen politowania, niż respekt. Will z kolei był przesadnie pewny siebie i z miejsca poczułam do niego niechęć, kiedy zobaczyłam, jak łatwo przykleja komuś etykietkę. Na szczęście ta dwójka szybko zrehabilitowała się w moich oczach, tworząc jeden z najlepszych duetów, jakie spotkałam w romansach. 

Chyba każdy się domyślił, że relacja Olivii i Willa musiała przerodzić się w coś większego. Wszystkie drogi do tego prowadzą, ale... czytelnik tylko na to czeka, tak przynajmniej było w moim przypadku. Niesamowita chemia między bohaterami sprawiła, że nie mogłam oderwać oczu od książki. Elizabeth O’Roark znakomicie zbudowała napięcie między trenerem a jedną z jego zawodniczek, ich relacja jest emocjonująca i rozwijana małymi kroczkami, które podsycają ciekawość. Oczywiście znajomość Olivii i Willa z daleka zalatuje schematem; ile razy spotkaliście w literaturze pary, w których jedna strona miała poważne problemy i niepokojącą przeszłość, a druga starała się pomóc? Tutaj jest identycznie. Olivia zmaga się z własnymi demonami, a choć początkowo Will traktuje ją jak pozerkę, w końcu dociera do niego, że powód jej zachowania jest znacznie głębszy i poważniejszy. Dodajmy do tego element zakazanego owocu – w końcu trenerowi nie wolno spotykać się z zawodniczką – i otrzymamy gotową formę, do której wiele innych pisarek również wlało swoje historie.

Na całe szczęście powieść ratują może niezbyt wymyślne, ale ciekawe zwroty akcji, odrobina humoru i bardzo plastyczny styl, dzięki któremu rozdziały kończyły się w mgnieniu oka. Dzięki przeplataniu perspektywy Olivii i Willa mamy pełen obraz sytuacji, znamy uczucia ich obojga, co jednak nie pozbawia czytelnika frajdy w śledzeniu kolejnych wydarzeń. Tajemnice tytułowej bohaterki nie są tajemnicze wyłącznie z nazwy, tylko doskonale budują postać, pokazując jej motywację. Wątek psychologiczny rzeczywiście został odpowiednio rozwinięty i pogłębiony, a nie zostawiony samopas, żeby tylko ładnie wyglądał. Tak samo Will nie jest wyłącznie przystojnym facetem, który zaopiekował się zranioną dziewczyną – szeroko ukazane tło rodzinne sprawiło, że jest pełnowymiarowym bohaterem i zarazem człowiekiem z krwi i kości. Relacje pomiędzy nim a matką, zmarłym ojcem, który pozostawił mu w spadku farmę czy niesfornym młodszym bratem mogłyby stanowić materiał na osobną książkę. Elizabeth O’Roark udało się zatem zachować odpowiednią proporcję: mimo że największą uwagę skupia coraz większa zażyłość Olivii i Willa, romans nie przesłania całego wszechświata, co odebrałoby fabule naturalność. 

Oczywiście nie da się powiedzieć, że ta powieść jest arcydziełem. Trudno ją ocenić w oderwaniu od schematyczności, która mimo wszystko nieco razi. Ponadto na ostatnich czterdziestu, może trzydziestu stronach akcja niesamowicie się skumulowała, jakby autorka miała ograniczenie co do obszerności książki i nagle zdecydowała się upchnąć wiele wydarzeń na niedużej przestrzeni. Przypomina to bardziej suchą relację z kolejnych przeżyć bohaterów, przez co czytelnik ma pełne prawo poczuć się oszukanym. Gdyby to, co rozegrało się pod koniec, zostało przedstawione w tempie podobnym do reszty książki – uznałabym, że właśnie przeczytałam historię, która zadbała o odpowiedni rozwój akcji i nie potraktowała żadnego wątku po łebkach. Cóż, trochę szkoda.

„Przebudzenie Olivii”, mimo kilku usterek, stanowi idealny przykład na to, że stereotypowa literatura kobieca czy też romans to nie wyłącznie pusty zlepek słów, stanowiący tanią rozrywkę dla znudzonych życiem gospodyń domowych. Świetnie wykreowane postaci, rewelacyjnie poprowadzony wątek miłosny i przyjemny styl okazały się przepisem na opowieść, która cieszyła się moim niegasnącym zainteresowaniem niemal do samego końca. Elizabeth O’Roark nie starała się usilnie upoetyzować fabuły, tylko postawiła na prostotę i emocje: to przemówiło do mnie zdecydowanie bardziej, niż dodatkowy dramatyzm.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

„Mirror, mirror” Cara Delevingne, Rowan Coleman


Red, Rose, Naomi i Leo to grupka nastolatków, którzy jeszcze rok temu nie mieli ze sobą nic wspólnego. Do czasu, aż założyli zespół „Mirror, Mirror” – pasja do muzyki sprawiła, że stali się specyficzną, ale lojalną czteroosobową rodziną. To dlatego wszyscy są wstrząśnięci, kiedy Naomi znika, a później, nieprzytomna, zostaje wyłowiona z rzeki. Policja twierdzi, że to próba samobójcza, jednak przyjaciele Nai zaczynają się domyślać, że za tymi tragicznymi wydarzeniami stoi ktoś inny.

Tytuł: „Mirror, mirror”
Autorzy: Cara Delevingne, Rowan Coleman
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 384
Data wydania: 2017 

Choć zwykle w recenzjach nie odnoszę się personalnie do autorów powieści – oceniam wyłącznie ich umiejętności – to jednak w tym przypadku muszę przez chwilę pochylić się nad wątpliwym autorstwem tej książki. Cara Delevingne nie budzi u mnie gwałtowniejszych uczuć, jednak przyznam, że na wieść o jej debiutanckiej powieści byłam zaciekawiona. Ta ciekawość szybko zmieniła się w sceptycyzm, kiedy odkryłam, że za powstaniem „Mirror, mirror” stoi jeszcze jedna osoba, kompletnie pomijana w działaniach marketingowych. Nie wpłynęło to co prawda na mój odbiór książki, jednak przyznam szczerze, że bardzo mnie zastanawia, czy wkład pani Delevingne wyszedł poza podpisanie się własnym nazwiskiem czy ewentualnie pomysł na fabułę. No, ale nie o tym powinien być ten tekst. Powieść tak czy siak powstała, przeczytałam ją i w oderwaniu od przemyśleń na temat autorek (autorki?) muszę powiedzieć, że jest naprawdę niezła.

Początek wydał mi się niesamowicie pompatyczny i... poetycki. Odniosłam wrażenie, że styl jest niezwykle napuszony, jakby przeżyciom nastolatków chciano nadać dużo głębszy i dużo bardziej górnolotny wydźwięk. Na szczęście z czasem to niezbyt przyjemne odczucie minęło, skupiłam się natomiast na samej fabule. Historia być może nie jest przesadnie skomplikowana, aczkolwiek dobrze przemyślana – patrząc na całość dostrzegam, że poszczególne wątki zostały umiejętnie powiązane, jeden motyw prowadził do drugiego, przez co książka osiągnęła stan harmonii i spójności. Na dodatek nie spodziewałam się, że powieść młodzieżowa może mnie zaskoczyć; tymczasem dwa naprawdę porządne plot twisty sprawiły, że na chwilę przerwałam czytanie, żeby zadać sobie bardzo ambitne pytanie: „WTF?”.

Najbardziej podoba mi się kreacja bohaterów. Red, Rose i Leo są tak pełnokrwiści i naturalni, że spokojnie mogłabym pomyśleć, że to prawdziwe osoby, których sylwetki zostały po prostu przeniesione na papier. Znamy ich wygląd, warunki rodzinne, motywację, sposoby zachowania, nawyki. Naomi pomijam tutaj z rozmysłem, ponieważ pogrążona w śpiączce nie bardzo daje się poznać, choć oczywiście jej charakterystyka została całkiem ładnie nakreślona w retrospekcjach. Jest też Ashira, siostra Nai i zarazem jedna z najlepszych postaci w powieści. Środowisko, w którym występują bohaterowie, prezentuje się do bólu prawdziwie, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że takie wydarzenia rzeczywiście mogłyby mieć miejsce. Co prawda nie jestem pewna, czy osiemnastolatka rzeczywiście może mieć takie zdolności hakerskie (pewnie może), zaś zakończenie było dość naciągane, jednak przyznaję, że autorki uniknęły sztuczności, również w warstwie dialogowej.

Kompozycja książki jest dość prosta, to zwykły związek przyczynowo-skutkowy. Fragmenty tajemnicy dotyczącej tego, co się stało z Nai i kto za to odpowiada, zostają odkrywane stopniowo i z rozmysłem, by pod koniec przejść do całkiem widowiskowego punktu kulminacyjnego (choć ujawnienie sprawcy było bardzo cliché). To, co wpadło mi w oko, to fajne przerywniki w postaci wiadomości z czatu, postów z Instagrama czy fragmentów piosenek Mirror, Mirror. Zabieg być może nie należy do najbardziej odkrywczych, ale jednak dobrze dopełnił fabułę i sprawił, że forma „podania” jest atrakcyjniejsza. 

Chociaż podejrzewam, że starsi czytelnicy mogą znudzić się książką najdalej w połowie, to jednak uważam, że przedstawiono w niej całkiem trafną diagnozę młodego pokolenia, co czyni powieść na tyle wartościową, by przeczytać ją przynajmniej raz. Ujęte problemy są stale obecne w naszym świecie i nie można ich ignorować. Nietolerancja, prześladowania w szkole, poszukiwanie własnej tożsamości, używki, cyberbullying, wykorzystywanie seksualne, toksyczne relacje, brak poczucia bezpieczeństwa we własnym domu. Powiecie, że to nic nowego, przecież wszyscy wiedzą, że takie rzeczy się dzieją, ale sądzę, że trzeba stale o nich przypominać. „Lustereczko, powiedz przecie, kim jesteśmy w tym świecie?” – to mogłoby być mottem tej książki. Jestem przekonana, że wiele nastoletnich czytelników rzeczywiście przejrzy się w tej powieści jak w lustrze i może odkryje źródło swoich problemów.

„Mirror, mirror” to z całą pewnością nie jest książka wybitna. Ma parę niedociągnięć, odrobinę koloryzowania pod koniec, a miejscami zbędny patos, bez którego dałoby się obejść. Ale to wciąż nienajgorszy, a nawet całkiem dobry debiut (zakładając, oczywiście, że debiutantka odwaliła tutaj swoją robotę). Czyta się lekko, a i do przemyślenia coś zostaje. Cieszę się, że moje oczekiwania nie były zbyt wysokie, bo dzięki temu mogłam się naprawdę przyjemnie rozczarować.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar.
Czytaj dalej

„Psiego najlepszego” W. Bruce Cameron


Josh musi stanąć na wysokości zadania, kiedy jego kompletnie nieodpowiedzialny sąsiad prosi go („prosi” to bardzo łagodne słowo) o opiekę nad ciężarną suczką. Chłopak nie ma pojęcia, co począć. Niby jak ma się zająć psem, skoro wciąż nie uporał się z trudnym rozstaniem? Nigdy nie miał żadnego czworonoga, co musi zrobić, żeby mu niczego brakowało? I w ogóle jak się odbiera psi poród?

Tytuł: „Psiego najlepszego”
Tytuł oryginalny: „The Dogs of Christmas”
Autor: W. Bruce Cameron
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 296
Rok wydania: 2017

Czy może być coś bardziej uroczego, niż stadko rozbrykanych szczeniaków, biegających wokół choinki? „Psiego najlepszego” rewelacyjnie wprowadza w pełen ciepła i uśmiechu klimat, dzięki któremu poczułam chęć do zakupu prezentów i śpiewania kolęd (to drugie wprowadziłam zresztą w życie). W. Bruce Cameron stworzył kolejną po „Był sobie pies” przyjemną obyczajówkę, nie tylko umilającą czas wolny, ale także przypominającą istotną rzecz: zwierzaki mają uczucia i tak samo jak ludzie doświadczają bólu czy straty.

Oczywiście nie wszystko jest kolorowe. Największy problem tej książki to niestety... główny bohater. Josh to jedna z najbardziej infantylnych postaci, z jakimi miałam kiedykolwiek do czynienia. Jego nieporadność i naiwność sprawiały, że opadały mi ręce, a oczy same wznosiły się do nieba. Z czasem nieco się do niego przekonałam, doceniłam jego dobre serce, uczuciowość, a już zwłaszcza ujęła mnie ogromna troska, jaką obdarzył Lucy, opuszczoną przez właściciela suczkę. Niedługo trwało, zanim pies, zamiast problemem, stał się dla Josha podporą w trudnych chwilach. Spory udział miała w tym również Kerri, pracownica lokalnego schroniska dla zwierząt. Poszczególne wątki, piękne w swojej prostocie, subtelnie się ze sobą łączą i tworzą płynną całość, a bohaterowie – choć dość sztywno określeni – siłą rzeczy wkupili się w moje łaski. Z pewnymi wyjątkami, rzecz jasna.

Początek powieści wydał mi się bardzo dziecinny, jednak z czasem przypomniałam sobie, jak bardzo urzekł mnie styl autora podczas lektury jego wcześniejszej książki. W. Bruce Cameron nie bawi się w przesadnie rozbudowane opisy, nie stara się spowalniać akcji, byleby nawciskać więcej moralizatorskich gadek czy bezsensownych dialogów – zamiast tego konsekwentnie prowadzi naszpikowaną emocjami fabułę do końca. Choć opowieść jest niezmiernie prosta, niemalże banalna, bywały momenty, w których wierciłam się ze zdenerwowania, a raz musiałam powstrzymać łzy. Podejrzewam jednak, że przez większość czasu szczerzyłam zęby jak opętana; nie mogłam się oprzeć, kiedy Josh bawił się ze szczeniakami albo gdy przemawiał do Lucy. Jego zaborczość w związku z psami przemówiła do mnie na tyle, że zaczęłam mu nawet wybaczać potknięcia i sytuacje niezręczne tak bardzo, że aż wzdychałam z zażenowania.

Książka w żadnej mierze nie zaskakuje; W. Bruce Cameron starał się od czasu do czasu postawić jakieś przeszkody na drodze bohaterów, próbował też nieco „przyciemnić” ten jasny, błyszczący obrazek, który wyłaniał się z kolejnych rozdziałów. Niemniej z góry wiadomo, dokąd to wszystko prowadzi, a co najlepsze – zupełnie mi to nie przeszkadzało. Powieść miała za zadanie bawić, wywoływać uśmiech, pozostawić po sobie miłe wspomnienie i dokładnie tak było. „Psiego najlepszego” to świetna, futrzasta kombinacja humoru, miłości, rodzinnego i przyjacielskiego wsparcia oraz mądrych, psich oczu, które przekazują zdecydowanie więcej, niż słowa. 

Czy pomysł na książkę jest oryginalny? Nie. Czy bohaterowie jakoś szczególnie się wyróżniają? Nie. Czy powieść wyprowadza z równowagi, szokuje, wstrząsa czy w jakikolwiek sposób odciska się w świadomości? Również nie. Czy wobec tego warto zawracać sobie nią głowę? TAK. Jeśli poszukujecie idealnej rozrywki na święta, czegoś, co będziecie mogli zabrać ze sobą do łóżka po obfitym, kolorowym bożonarodzeniowym dniu, to „Psiego najlepszego” okaże się najlepszym wyborem. Ta nieskomplikowana obyczajówka idealnie wpasuje się w świąteczną atmosferę. Jeśli po przeczytaniu się ze mną zgodzicie, koniecznie przybijcie łapę... to znaczy piątkę.



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

Święta w Wydawnictwie Kobiecym – zapowiedzi


Tak, wiem, że jest dopiero listopad. Tak, jeszcze sporo czasu do świąt. Ale doceńcie, że poczekałam chociaż, aż minie Wszystkich Świętych, zanim poruszyłam ten temat! Poza tym już nie mogłam się powstrzymać; świąteczne premiery od Wydawnictwa Kobiecego tuż tuż, a trzeba powiedzieć, że naprawdę jest na co czekać. We własnej biblioteczce mam spory deficyt typowo świątecznych pozycji, co chyba zacznę powoli zmieniać. W każdym razie: jeśli już wyobrażacie sobie, jak w wigilijny wieczór po obfitej kolacji siadacie niedaleko choinki, przykryci kocem z kakao w jednej, a z książką w drugiej ręce, to jest spora szansa, że któryś z tych tytułów będzie na tę okazję jak znalazł.


„Oświadczyny” Tasmina Perry
Premiera: 17 listopada
Opis: Romantyczna podróż w czasie z powojennego Londynu do współczesnego Manhattanu.
Rok 1958. Londyn. Georgia Hamilton kończy 18 lat i rodzice chcą, by wzięła udział w eleganckim balu debiutantek. Dziewczyna marzy jednak o tym, by zostać znaną pisarką, a nie żoną. Wkrótce wydarza się tragedia, która na zawsze przypieczętowuje jej los.
Rok 2012. Niepoprawna romantyczka Amy Carrell kolejny raz przeżywa zawód miłosny. Ze złamanym sercem, opuszczona i zdesperowana, odpowiada na ogłoszenie o damę do towarzystwa dla intrygującej starszej pani, z którą udaje się do Nowego Jorku. Jeszcze nie wie, że odkryje tajemniczą love story, która czekała pięćdziesiąt lat, zanim ktoś ją opowie.
Obłędna historia, która pochłonie cię bez reszty.

Powtarzałam to już wielokrotnie, ale powtórzę raz jeszcze: uwielbiam, kiedy kompozycja książki polega na nieustannym przenikaniu się przeszłości i teraźniejszości. To coraz częstszy zabieg, mimo to nie mam go dość. W przypadku „Oświadczyn” wprost umieram z ciekawości, co takiego stało się w życiu Georgii i w jaki sposób jej losy zostaną powiązane z Amy. O Tasminie Perry słyszałam już wiele dobrych słów, dlatego koniecznie muszę kiedyś nadrobić jej twórczość.


„Świąteczne marzenie” Amanda Prowse
Premiera: 24 listopada
Opis: Ciepła i poruszająca opowieść o miłości osadzona w świątecznym klimacie Nowego Jorku.
W dzieciństwie Meg zawsze marzyła o idealnym Bożym Narodzeniu. 
W tym roku samotna matka przygotuje baśniową Gwiazdkę Lucasowi, małemu synkowi. Na stole stanie pieczony indyk, kolędy ukoją znajomymi nutami, ogień będzie igrał w kominku, a tuż obok niego zawiśnie tradycyjna skarpeta. Magii Świąt nie zabraknie. Meg doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ona i mały Lucas poradzą sobie sami.
Jednak pewna przypadkowa znajomość nawiązana w Nowym Jorku zmieni wszystko. Intrygujący architekt Edd trwale zapisuje się w myślach Meg. I nagle wizja świąt bez mężczyzny nie wydaje się już taka przyjemna. Szkoda tylko, że ten, o którym marzy kobieta, mieszka aż za oceanem.
Czy Meg odważy się ruszyć w pogoń za głosem serca? Czy Święta spędzi tylko z synem?

Prawdę powiedziawszy skusiłabym się na tę książkę tylko ze względu na jej cudowną okładkę. „Świąteczne marzenie” będzie wprost idealne dla wielbicielek prostych, przyjemnych w odbiorze obyczajówek, które posłużą za ciekawą, lekką rozrywkę w świąteczny wieczór (oczywiście w przerwie w spotkaniach z najbliższymi). Dla mnie osobiście nie jest to „must read”, jednak gdyby tylko ta powieść wpadła mi w ręce, na pewno bym przeczytała. A potem postawiłabym ją na półce w widocznym miejscu, żeby ciągle zachwycać się okładką – i to bez względu na porę roku.


„Psiego najlepszego” W. Bruce Cameron
Premiera: 9 listopada
Opis: Najnowsza powieść autora bestsellerowej książki „Był sobie pies”.
Josh Michaels z oburzeniem odkrywa, że sąsiad podrzucił mu pod drzwi ciężarną suczkę Lucy. Nie może jednak oprzeć się uroczemu spojrzeniu brązowych ślepi i chociaż nigdy nie miał zwierzęcia domowego, postanawia przygarnąć psiaka.
Kiedy na świat przychodzi pięć niesfornych szczeniaczków, Josh zgłasza się po pomoc do lokalnego schroniska. Tam poznaje uroczą i kochającą zwierzęta Kerri, która z zapałem uczy go, jak dbać o psią rodzinkę. Wspólnie przygotowują szczeniaki do adopcji w ramach świątecznego programu szukania nowych domów psiakom ze schroniska.
Wraz z upływem czasu Josh zaczyna darzyć dziewczynę coraz cieplejszym uczuciem. Im bardziej zakochuje się w Kerri, tym bardziej przywiązuje się do futrzaków, które wniosły w jego życie mnóstwo miłości.
Kiedy zbliżają się święta i nieuchronny termin oddania szczeniaków, Josh zastanawia się, czy będzie w stanie bez nich żyć.
Najsłodsza psia historia, który wzruszy i rozbawi do łez każdego czytelnika!

To mój absolutny numer jeden z całej tej trójki. „Był sobie pies” to pierwsza przeczytana w tym roku książka, która przy okazji totalnie mnie zauroczyła. W. Bruce Cameron rewelacyjnie przedstawił historię z perspektywy psa; zasadniczo jestem kociarą, jednak nie sposób było się oprzeć barwności tej opowieści. Słysząc, że ukaże się kolejna powieść autora – mam nadzieję, że tak samo pełna ciepła i humoru – wiedziałam, że nie mogę przejść wobec niej obojętnie. Okładka jest przeurocza, dlatego liczę na to, że treść chociaż w połowie tak mnie zachwyci. 


Znaleźliście coś dla siebie? A może macie na oku jakieś inne świąteczne lektury? ;)
Czytaj dalej

„Pomiędzy nami góry” Charles Martin


Kto by pomyślał, że na pograniczu życia i śmierci twoim jedynym ratunkiem będzie dopiero co poznana osoba...
Ben ma ważną operację do przeprowadzenia, z kolei Ashley spieszy się na własny ślub. Kiedy trudne warunki pogodowe blokują wyloty z lotniska w Salt Lake City, oboje decydują się wynająć awionetkę, by dotrzeć do domów na czas. Nie trafiają jednak do celu. Budzą się pośrodku niczego, jeśli nie liczyć gór i ogromnej ilości śniegu. Nikt nie wie, że wsiedli do awionetki, dlatego są zdani wyłącznie na siebie.

Tytuł: „Pomiędzy nami góry”
Tytuł oryginalny: „The Mountain Between Us”
Autor: Charles Martin
Wydawnictwo: Edipresse Książki
Liczba stron: 336
Rok wydania: 2017

Powieść Charlesa Martina od razu skojarzyła mi się z filmem „Alive, dramat w Andach”. Przyznaję, że niezbyt często mam do czynienia z tematyką survivalową – ostatnie spotkanie z nią było przy okazji „Zjawy”, zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej (obie zdecydowanie polecam). „Pomiędzy nami góry” zainteresowało mnie od razu, choć przeczuwałam, że fabuła prawdopodobnie będzie nieco „lżejsza” w porównaniu do wymienionych wyżej tytułów. Przeczucie mnie nie zawiodło.

Nietrudno się domyślić, że skoro dwójka głównych bohaterów znalazła się na pustkowiu, za towarzystwo mając jedynie psa – tak, pies podróżował awionetką – powieść skupi się na sferze emocjonalnej, na adrenalinie, strachu i obawach, co dalej. Tak rzeczywiście było. Szala przechyla się lekko na stronę Bena, ponieważ to on jest tutaj narratorem i to w głąb jego psychiki możemy zajrzeć. Charles Martin całkiem nieźle poradził sobie z wymagającym zadaniem, jakim było wyważone i przekonujące oddanie uczuć targających postaciami. Nastrój książki udzielił mi się niezwykle łatwo; prawdę powiedziawszy trudno było mi się powstrzymać przed zajrzeniem na koniec, żeby sprawdzić, czy bohaterom uda się przeżyć. Ponadto od podszewki poznajemy osobiste przemyślenia Bena, w szczególności jego relacja z żoną jest bardzo dobrze nakreślona, choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tak idealne związki nie istnieją. Może jestem pesymistką i się mylę. W każdym razie za serce chwycił mnie motyw dyktafonu, wykorzystywanego przez Bena, by mówić do żony.

Nie nudziłam się w trakcie czytania, choć pozornie mogłoby się wydawać, że fabuła nie jest zbyt skomplikowana czy dynamiczna. Z ogromną ciekawością śledziłam zmagania Ashley i Bena, dla których przetrwanie każdego dnia, a nawet godziny stanowiło wyzwanie niemal nie do przebycia. Czekałam tylko, aż stanie się coś, co udowodni, że bohaterowie, wychodząc cało z katastrofy lotniczej, jedynie oszukali przeznaczenie. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, co tutaj robi wątek miłosny. Co prawda przez długi czas nie dawał o sobie wyraźnie znać, ale w końcu ujawnił się w pełnej krasie, przy okazji wywołując mój niesmak. Tutaj naprawdę nie brakowało dodatkowej treści; walka o przetrwanie, pełna niebezpieczeństw piętrzących się z każdą chwilą zaskarbiła sobie moją stuprocentową uwagę. Że już nie wspomnę o cukierkowatości zakończenia. Wiele bym dała, żeby akurat tę część autor przemyślał sobie jeszcze raz.

Trudno mi ocenić, na ile fabuła tej książki jest wiarygodna. Widziałam zarzuty, że to niemożliwe, by Ashley i Ben w ogóle przeżyli rozbicie awionetki, a co dopiero dali sobie radę na takiej dziewiczej przestrzeni. Choć brzmi to paradoksalnie, mimo wszystko uważam, że bohaterowie mogli skończyć dużo gorzej. Szczęście w nieszczęściu, że los postanowił nie zostawiać ich całkowicie na swoją pastwę. Z mojego punktu widzenia dużo bardziej nieprawdopodobny wydaje się finał tej powieści, niż umiejętności przetrwania Ashley i Bena. Charles Martin rewelacyjnie opisuje ich zmagania, a przy tym znakomicie ujmuje dwojakość górskiego krajobrazu, który w takich okolicznościach zarówno porażał swoim pięknem, jak i katował dwójkę opuszczonych, zapomnianych przez świat ludzi. Autor przypomina, że natura rządzi się swoimi prawami – przy czym jednocześnie potrafi zachwycać i cholernie przerażać.

Choć poniekąd to Ben grał pierwsze skrzypce, moją ulubioną postacią niemal natychmiast została Ashley. Błyskotliwość, dystans do siebie, inteligencja, a przede wszystkim hart ducha tej kobiety robiły duże wrażenie. Jej towarzysz niedoli również mnie do siebie przekonał; z takim facetem mogłabym zgubić się wszędzie, bo wiedziałabym, że jakoś sobie poradzimy. Choć w książce nie brakuje momentów grozy, a w paru miejscach łezka zakręciła mi się w oku, to jednak nie zabrakło świetnego humoru, który idealnie rozładowywał napięcie. Trudno było powstrzymać uśmiech, by raptem kilka stron później zacząć ponownie martwić się o przyszłość bohaterów.

„Pomiędzy nami góry” mimo tak wyraźnego akcentu survivalowego, to w rzeczywistości bardzo dobra, bardzo przejmująca powieść obyczajowa. Co prawda pewne elementy okazały się w niej zbędne, jednak trudno mi mówić o tej książce źle, skoro uczucia, jakie we mnie wzbudziła, wciąż są żywe. Charles Martin na tle gór przedstawił wyjątkowo uderzający obraz człowieka – człowieka, który w obliczu najgorszego potrafi znaleźć w sobie wewnętrzną siłę cieplejszą niż ogień i twardszą niż lód.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki.
Czytaj dalej

„Gwiazdy, które spłonęły” Melissa Falcon Field


Inne kobiety mogłyby zazdrościć Claire dużego domu, męża, który jest cenionym lekarzem oraz uroczego synka. Tymczasem ona sama czuje, że jej życie to coraz bardziej przytłaczające pasmo monotonii i nudy. Claire ucieka myślami do minionych lat, aż przeszłość niemal dosłownie puka do jej drzwi. Wiadomość na Facebooku od dawnej miłości zamienia się w pozornie niewinny flirt, zaś flirt przeradza się w coś zdecydowanie głębszego... i niebezpiecznego.

Tytuł: „Gwiazdy, które spłonęły”
Tytuł oryginalny: „What Burns Away”
Autor: Melissa Falcon Field
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 376
Rok wydania: 2017 

Na pierwszy rzut oka książka Melissy Falcon Field to bardzo sztampowa, stereotypowo wręcz kobieca powieść. Główna bohaterka, Claire, ma 40 lat i porzuciła karierę zawodową, by poświęcić się rodzinie. Z biegiem czasu odkrywa, że wcale nie jest z tego powodu szczęśliwa. Czuje się zaniedbywana przez wiecznie pracującego męża i nawet ogromna miłość do Jonaha, ich jedynego dziecka, nie wyzwala jej z okowów rozczarowania. Do szarości dnia codziennego wkrada się Dean – pierwsza miłość Claire. Czołowa postać, będąca tutaj zarazem narratorem, z pewnością sprawi, że wiele czytelniczek się z nią utożsami. Mogę się założyć, że mnóstwo kobiet będzie razem z Claire wzdychać do Deana i pomstować na Milesa za to, że kompletnie nie poświęca uwagi żonie.

Tym samym, niestety, do powieści wkradła się nuda. Obserwujemy życie bohaterki, poznajemy jej myśli i uczucia, razem z nią przenosimy się do przeszłości, szczególnie do czasów dzieciństwa i dojrzewania, by odtworzyć opowieść o pierwszym zauroczeniu. W tle rozwija się korespondencja z Deanem, która z czasem staje się wątkiem wiodącym. Przyznaję, że byłam już mocno zmęczona nieustannym marudzeniem Claire, a w książce zbyt wiele się nie działo, nawet jeśli perypetie jej rodziny (szczególnie te dotyczące rodziców) były całkiem interesujące. Czekałam na coś, co zdynamizuje akcję i zapewni dawkę mocniejszych emocji. No i się doczekałam. Sprawy przybierają pod koniec interesujący obrót, dzięki któremu historia nabrała kolorów.

Patrząc z perspektywy całości muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, jak bardzo ta książka jest spójna. Tytuł (w tym przypadku wygrywa polski), charakterystyka Claire jako nastolatki, a później jako dojrzałej kobiety znakomicie się przeplatają z nieustannie przewijającym się motywem ognia, jego pięknem i zarazem związanym z nim niebezpieczeństwem. Gdzieś obok towarzyszy nam widmo komety Halleya. Zainteresowania Claire, polegające na odkrywaniu kosmosu czy badaniu atmosfery sprawiają, że nie jest ona typową, zawiedzioną przez życie kurą domową, tylko gwiazdą, która zdecydowanie zbyt wcześnie spadła. Schemat kompozycyjny powieści jest nieskomplikowany, mimo to doceniam jego prostotę, gdyż między innymi dzięki temu wątki tak ładnie się ze sobą łączą.

Używając słów mojego nauczyciela matematyki z podstawówki, autora trochę „zmaściła” sprawę z Deanem. Początkowo znakomicie oddała chemię między nim a główną bohaterką, jednak później, zamiast dłużej trzymać czytelnika w niepewności, zaczęła dawać dość jasne sygnały, przez które szybko się domyśliłam, jak ta odnowiona znajomość może się skończyć. Mimo wszystko to nie zmienia faktu, że Dean jest chyba najciekawszą postacią w tej powieści. Tak naprawdę to chodząca zagadka; poznajemy go jako wyjątkowo pociągającego, niezależnego faceta, jednak nie da się ukryć, że skrywa on w sobie mrok, który ciężko jest pojąć. Claire bardzo łatwo daje się polubić (i znienawidzić, nie ma nic pomiędzy tymi dwoma uczuciami), Miles po prostu mnie irytował. I choć trójkąty miłosne to naprawdę przereklamowana sprawa, tutaj jakoś nie miałam nic przeciwko, wszystko wydawało się mieć sensowny powód i wytłumaczenie.

W warstwie technicznej nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Styl jest przyjemny w odbiorze, dialogi wypadają raczej naturalnie – czasem jedynie wiadomości wymieniane między Deanem a Claire wydawały mi się nieco przerysowane. Autorka bardzo zgrabnie łączy wydarzenia teraźniejsze i przeszłość, zwłaszcza że te dwie kategorie czasowe pozostają ze sobą w stałym związku. Finał, choć pozostawia za sobą niedosyt, wydaje się też całkiem na miejscu, biorąc pod uwagę całą fabułę. Czego ogólnie zabrakło? Emocji, gwałtowniejszych uczuć. Przeciwnicy refleksyjnych opisów raczej nie będą zadowoleni, kiedy odkryją, że szybsza akcja następuje tak naprawdę dopiero po trzech czwartych książki. 

„Gwiazdy, które spłonęły” to bez wątpienia dobrze przemyślany debiut, który co prawda nie powala dynamizmem, ale jednak daje do myślenia. Pełnokrwiści bohaterowie stają się niemalże namacalni, a fajny twist pod koniec wynagradza nieco zbyt rozwlekłe rozmyślania i dość drobiazgowe opisy życia codziennego. Z całą pewnością nie jest to powieść z fajerwerkami, mimo to ma swój urok.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

„Mroczne zakamarki” Kara Thomas


Tessa i Callie w dzieciństwie były najbliższymi przyjaciółkami; rozdzieliła je pewna tragiczna noc. Jako zaledwie kilkuletnie dziewczynki stanęły przed sądem, żeby zeznać przeciwko Wyattowi Stokesowi – podejrzewanemu o bycie seryjnym mordercą zwanym „Potworem znad rzeki Ohio”. Stokes trafił do więzienia w oczekiwaniu na karę śmierci, a w hrabstwie Fayette zapanował spokój. Jednak Tessa wciąż nie potrafi zapomnieć o rzeczach, które zataiła podczas zeznania. Nie może też wyrzucić z głowy myśli, że ona i Callie prawdopodobnie zniszczyły życie niewinnemu człowiekowi.

Tytuł: „Mroczne zakamarki”
Tytuł oryginalny: „Darkest Corners”
Autor: Kara Thomas
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2017 

Ta książka to naprawdę ciekawa sprawa. Choć przeczytałam ją z niemałą przyjemnością, to jednak odnoszę wrażenie, że najbardziej mrocznym elementem jest tutaj... sam tytuł. No, może też okładka. W gruncie rzeczy powieść Kary Thomas to po prostu bardziej ponura młodzieżówka z zagadką kryminalną w tle i całkiem ciekawymi bohaterami. To nie jest do końca thriller, nie jest to też głupiutka opowieść dla małolatów (choć, nie da się ukryć, szczególnie usatysfakcjonowana będzie raczej nastoletnia część odbiorców). 

Główna bohaterka i zarazem narratorka historii, Tessa, wraca do rodzinnego miasteczka po dziewięciu długich latach. Kiedy ostatni raz widziała miejsce, w którym się wychowała, była zaledwie dziewczynką – na dodatek dziewczynką, która przeżyła zdecydowanie za dużo jak na swój wiek. Poza tym, co najważniejsze, czyli próbą odpowiedzi na pytanie, czy Wyatt Stokes słusznie został skazany za zbrodnie „Potwora znad rzeki Ohio”, poznajemy panoramę dysfunkcyjnej rodziny Tessy. Choć sprzyja to szczegółowej i zarazem barwnej charakterystyce samej bohaterki, początkowo byłam nieco zirytowana, że akcja wydaje się bardziej skłaniać ku konfliktom w rodzinie Lowellów; halo, to będziemy szukać tego mordercy, czy jednak nie? Na szczęście szybko się okazało, że tak naprawdę każdy wątek jest ze sobą połączony, więc, co za tym idzie, absolutnie niezbędny. 

Autorce udało się fajnie wybrnąć z zagadki i nie zaplątać w ilość ujawnianych szczegółów. Kolejne skrawki informacji są podawane raczej stopniowo, a dzięki relacji Tessy jesteśmy w stanie się utożsamić i tym samym dobrze bawić, próbując rozwikłać tajemnicę seryjnego mordercy z Fayette. Akcja nie jest jakaś niesamowicie dynamiczna przez większość książki, ale czyta się szybko i jakoś nie znalazłam miejsca na nudę. Dlatego tym bardziej nie potrafię zrozumieć absurdu zakończenia, czy raczej ostatnich 50 stron. Wówczas fabuła niesamowicie gna do przodu, wszystko dzieje się bardzo szybko (w złym tego słowa znaczeniu), jakby autorka w trakcie pisania stwierdziła „a, teraz sobie walnę finał”. Co już całkowicie wyprowadziło mnie z równowagi, wyjaśnienia wątków zostały pod koniec po prostu zrelacjonowane. Nie ma scen z nimi związanych, mało kto ze sobą rozmawia, dostajemy jedynie suchy opis faktów, jak gdyby ktoś streścił resztę fabuły. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało, bo gdyby książka była grubsza nawet o kilkadziesiąt stron, nie zrobiłoby to jej krzywdy, a wprost przeciwnie – porządnie zakończyłoby wątki, zwłaszcza tak istotne, jak te dotyczące poszukiwań siostry Tessy. Chciałabym wiedzieć, czemu tak rozsądne prowadzenie akcji nagle zostało zastąpione czymś, co przypominało film w przyspieszonym tempie.

Co z samym pomysłem na fabułę? Raczej nie mam powodów do narzekań. Może nie musiałam ani razu zbierać szczęki z podłogi, jednak nie da się ukryć, że wciągnęłam się od pierwszych stron. Wbrew pozorom przez powieść przewija się wiele motywów, m.in. przemoc w rodzinie czy alkoholizm. Kara Thomas w wyjątkowo prosty i zarazem do bólu szczery sposób pokazuje, jak wiele problemów może się skrywać we wnętrzu domów, które z zewnątrz wydają się ciepłe i przytulne. Całe szczęście nie pojawił się wątek miłosny, nijak niepasujący do reszty, a miałam pewne obawy, że się tutaj zalęgnie. Język nie należał do skomplikowanych, opisy nie były szalenie szczegółowe, ale to akurat plus, bo autorka nie traciła czasu na wygląd bohaterów czy przedstawienie poszczególnych miejsc, tylko koncentrowała się na wydarzeniach. Klimat chwilami bardziej silił się na mroczny, niż rzeczywiście taki był, choć nie da mu się odmówić pewnej ponurości. 

Jeśli chodzi o bohaterów, mamy interesującą różnorodność. Sama Tessa to wyjątkowo ciekawy przypadek – niby nie brakuje jej cech typowych dla osiemnastoletniej dziewczyny, jednak czasem nie mogłam uwierzyć, że nie jest starsza. To swojego rodzaju dziwak i outsider, za co z miejsca ją polubiłam. Razem z Callie są niemalże jak ogień i woda, stanowią skrajnie inny, ale jednak zgrany duet. Reszta postaci znajduje się raczej na drugim planie, jednak z reguły autorka pozwala czytelnikowi ich poznać; mowa tu chociażby o matce Callie czy o Deckerze, znajomym dziewczyn. Miejscami zabrakło głębszego wejścia w psychikę bohatera (sam „Potwór znad rzeki Ohio” mógłby dostać tak długą i barwną charakterystykę, że starczyłoby na połowę z tych 400 stron), jednak bardziej pochłaniało mnie to, co może wydarzyć się dalej, niż dokładna analiza myśli danej postaci.

„Mroczne zakamarki” nie zbijają z pantałyku ani nie podnoszą adrenaliny. Jeśli ktoś oczekiwałby przyjemnego dreszczyku na chłodniejsze wieczory, to jest cała masa innych tytułów, które zdecydowanie lepiej sprostają temu zadaniu. Mimo to uważam, że Kara Thomas popełniła całkiem dobry debiut, który, miejmy nadzieję, zapowiada w przyszłości dużo bardziej emocjonujące historie, może nawet takie, które zmroziłyby krew w żyłach. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat.
Czytaj dalej

Jeszcze jeden odcinek: „The Keepers”


W moim cyklu serialowym jeszcze ani razu nie pojawiła się żadna produkcja dokumentalna. W tym filmowym zresztą też nie. Powód jest prosty: stanowczo za rzadko oglądam dokumenty, czego niby zawsze żałuję, a później i tak włączam coś fabularnego. Dlatego trochę potrwało, zanim zabrałam się za serial, o którym chcę wam opowiedzieć dzisiaj. Serial, który wciągnął mnie i trzymał w napięciu bardziej, niż niejeden thriller czy kryminał. 

„The Keepers” od Netflixa miało swoją premierę w maju tego roku. Choć w życiu zawsze staram się być punktualna i wychodzę z założenia, że lepiej być przed czasem, niż się spóźnić, to jednak mam problem z oglądaniem seriali od razu po ich wyemitowaniu, jeśli cały sezon wychodzi jednego dnia. Upłynęło zatem kilka miesięcy, nim wzięłam się za nadrabianie. Nie wiedziałam, czego się za bardzo spodziewać, bo nie czytałam żadnych recenzji, zerknęłam tylko przelotnie na ocenę na Filmwebie i przejrzałam opis. To wszystko. Kiedy odpalałam pierwszy odcinek, nie wiedzieć czemu trochę się bałam. Mam w sobie jakiś pierwotny strach przed zakonnicami (to chyba dlatego, że jedna z nich wyrywała mi zęba, kiedy miałam 11 lat – omal nie wydrapałam jej wtedy oczu). Po upływie zaledwie kilkunastu minut siedziałam już jak zahipnotyzowana. 


Dokument koncentruje się na niewyjaśnionej do tej pory sprawie morderstwa siostry Cathy Cesnik. Kobieta zaginęła w listopadzie 1969 roku, a niecałe dwa miesiące później znaleziono jej ciało. Dowiadujemy się tak naprawdę wszystkiego: kim w ogóle była Cathy, z jakiej rodziny pochodziła, czym się zajmowała, z kim miała najbliższe relacje. Te 7 odcinków skupiło wypowiedzi niezliczonej liczby osób: znajomych i rodziny zmarłej, prawników, policjantów, księży czy innych zakonnic. Poznajemy też Abbie i Gemmę, które od lat na własną rękę usiłują rozwikłać tajemnicę tej śmierci. Serial stara się odtworzyć drogę Cathy, zanim doszło do jej uprowadzenia i poświęcić uwagę każdej najmniejszej poszlace, które mogłyby odpowiedzieć na podstawowe pytanie: kto był za to odpowiedzialny? Oczywiście dużą rolę odegrała szkoła, w której Cathy uczyła... i to, co działo się za zamkniętymi drzwiami pewnego gabinetu.

Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem rozmachu tej produkcji, jej szczegółowości, staranności i jednocześnie prostoty. Po obejrzeniu całości byłam w pełni usatysfakcjonowana, nie czułam, by twórcy pominęli cokolwiek. Odcinki trwają blisko godzinę, ale kompletnie nie zauważałam upływu czasu, tak umiejętnie prowadzona jest narracja, zresztą sama historia wymaga od widza maksimum uwagi. Po skończeniu każdego z odcinków spędzałam kolejne kilkadziesiąt minut na grzebaniu w internecie, żeby wyszukać więcej informacji i dowiedzieć się czegoś jeszcze. Nierozwiązane morderstwa zawsze zresztą wydawały mi się fascynujące, dlatego naprawdę trudno było mi oderwać oczy od ekranu.

Serial stara się uchwycić każdy najmniejszy detal dotyczący historii Cathy Cesnik. Co mi się szczególnie podobało, osoby wypowiadające się nie były w żaden sposób traktowane po macoszemu; produkcja przybliżała krótko ich biografię, pokazywała codzienne życie, dzięki czemu opowieść nabierała charakteru szerokiej, rozbudowanej panoramy. Wszystko zostało oczywiście uzupełnione archiwalnymi zdjęciami i nagraniami. Szybko się okazuje, że okoliczności zabójstwa zakonnicy otwierają całą masę przeróżnych wątków, wśród których znajduje się ten chyba najtrudniejszy i najdelikatniejszy, czyli sprawa molestowania seksualnego dokonywanego przez księży. 


„The Keepers” zostało zrealizowane wyjątkowo dobrze nie tylko pod względem czysto merytorycznym, ale także technicznym. Twórcy doskonale wiedzieli, jak wykorzystywać światło, jak podkreślać ujęcia świetnie dopasowaną muzyką, jak odpowiednio wpłynąć na widza i wywołać oczekiwaną reakcję. Nie zliczę, ile razy w ciągu tych siedmiu odcinków czułam się zaskoczona, oburzona, wściekła czy po prostu smutna. Nie zabrakło tutaj także trików typowych dla produkcji serialowych: odcinki z reguły kończyły się w taki sposób, że człowiek chciał od razu, natychmiast przejść do następnego. Polecam zresztą obejrzenie wszystkich naraz, jeden po drugim, bo przerywając tę opowieść trudno później zasnąć, myśli cały czas błądzą wokół przedstawionych faktów. Zwierzenia niektórych osób były tak intymne i przepełnione uczuciami, że widz siłą rzeczy się angażował i zaczynał, razem z Abbie i Gemmą, bez końca przeglądać materiały dowodowe i usiłując z gęstej sieci powiązań czy skojarzeń utkać rozwiązanie tej zbrodni.

„The Keepers” polecam właściwie każdemu. Oczywiście najlepiej odnajdą się tutaj miłośnicy produkcji dokumentalnych, kryminałów, thrillerów czy sensacji, a szczególnie ci, którzy nie mają problemu, żeby godzinami przekopywać się przez informacje dotyczące jakiegoś niewyjaśnionego przestępstwa. Jednocześnie uważam, że obejrzeć ten serial powinien każdy. Bo amatorskie śledztwo nadal trwa, nadal żyją ludzie, którzy walczą o sprawiedliwość dla Cathy i wierzą, że uda się wskazać jej mordercę. Moim zdaniem jedno z tegorocznych dzieł Netflixa to naprawdę wyjątkowy dokument, mający nie tylko wstrząsnąć odbiorcą, ale też złożyć hołd. Jeśli jesteście wśród tych, którzy mylnie uważają, że serial dokumentalny może ich znudzić, to wierzcie mi, mylicie się. Bo to właśnie życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze.




źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

„Radykalni. Terror” Przemysław Piotrowski


Kuba razem ze znajomymi spędza wymianę studencką w gorącej Hiszpanii. To tam poznaje Arabkę, piękną Nawal, która okazuje się miłością jego życia. Spełnione marzenia Kuby szybko stają się jednak największym koszmarem. Ukochana ginie z rąk zradykalizowanych muzułmanów, a Monika, dziewczyna jego przyjaciela, zostaje uprowadzona. Rozpoczyna się walka o jej życie. Tymczasem napięcie w Europie sięga zenitu. Islamiści nie cofną się przed niczym, by zaprowadzić bezwzględne prawo szariatu. Bohaterowie jeszcze nie wiedzą, że żeby dokonać zemsty, będą musieli wkroczyć w sam środek religijnej wojny.

Tytuł: „Radykalni. Terror”
Cykl: „Radykalni”, tom 1
Autor: Przemysław Piotrowski
Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2017

Do niedawna zakładałam, że przestraszyć mogą głównie horrory. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Tymczasem pierwszy tom serii „Radykalni” sprawił, że jeszcze nigdy nie czułam się tak przerażona po przeczytaniu jakiejś książki. Wszystko przez świadomość, że choć przedstawione w powieści wydarzenia są fikcją literacką, to jednak mają dużą szansę się spełnić, i to w niedalekiej przyszłości.

W książce Przemysława Piotrowskiego przenosimy się do 2023 roku. Stosunki między Europą, powiedzmy, „chrześcijańską” a powiększającą się z dnia na dzień grupą muzułmańskich emigrantów przypominają wielką bombę zegarową. Tylko kwestia czasu, aż pozorna zgodność legnie w gruzach. Świat przedstawiony jest niezwykle dopracowany i tym samym realistyczny. Political fiction nie należy do gatunków, po które sięgam zbyt często, dlatego nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Tymczasem powieść pochłonęła mnie, zmiażdżyła, podeptała. Do teraz próbuję się otrząsnąć.

Początek nie przygotował mnie na to, co wydarzyło się później. Autor sprytnie zaczyna od atmosfery istnej sielanki; skupiamy się przede wszystkim na Kubie, który jest szaleńczo zakochany w swojej dziewczynie i planuje z nią wspólną przyszłość. Styl był nieco kulawy przez kilkanaście pierwszych stron, a dialogi wydawały mi się nieco sztuczne, jednak później to wrażenie zupełnie zanikło. Podobnie jak uczucie spokoju i stabilizacji. Akcja zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy Nawal pada ofiarą tzw. zabójstwa honorowego. Właśnie w tym miejscu rozpoczyna się dramat – Kubie, a zarazem i nam, czytelnikom, klapki spadają z oczu, bo na jaw wychodzi straszna prawda: w Europie wcale nie jest już bezpiecznie.

Jestem pod ogromnym wrażeniem przygotowania pisarza do stworzenia tej książki. Nie tylko uwzględnił wszelkie religijno-polityczne niuanse, ale postarał się też odtworzyć konkretne miejsca i realia, bo przecież wydarzenia rozgrywają się zaledwie kilka lat później od tego, co przeżywamy obecnie. Tło jest niezwykle szczegółowe; prawdę powiedziawszy, ta książka dostarczyła mi dużo więcej wiedzy o islamie, niż kiedykolwiek zrobiły to polskie media. Bo problem nie leży w całej religii, nie trzeba jej tak demonizować. Schody zaczynają się wtedy, kiedy wiara spotyka się z wynaturzeniem i okrucieństwem. To nie rasizm, to nie krytyka – tylko surowa ocena faktów, z którą zderzenie pozostawiło mnie praktycznie bez słowa.

Podoba mi się, że Przemysław Piotrowski darował sobie tabu, nie próbował ułagodzić obrazu rzeczywistości, którą stworzył; zamiast tego czytelnik musi się zmierzyć z brutalną prostotą, która go nie oszczędza, tylko wprowadza do świata, gdzie ludzie są mordowani w imię Boga. Uczucia towarzyszące przy czytaniu to coś, o czym prędko nie zapomnę. Akcja jest prowadzona bardzo rozsądnie, bez pominięcia detali, dzięki którym historia jest pełna. Budowane stopniowo napięcie osiąga krytyczny poziom w punkcie kulminacyjnym, czyli w miejscu, gdzie ani przez chwilę nie byłam w stanie oderwać wzroku od tekstu. Autentycznie bałam się tego, co będzie, czy Kuba, Michał i Krzysiek zdołają wyjść z samego środka religijnego huraganu. Co najlepsze, kiedy emocje rzeczywiście sięgnęły zenitu, autor nie zwalnia, tylko podtrzymuje naszą uwagę, zapewnia, że to jeszcze nie koniec, że najgorsze nadal czeka. Tym samym zakończenie zapowiada rewelacyjny i równie przerażający ciąg dalszy.

Kreacja postaci – bez zarzutu. Najbardziej podobały mi się obietnice tego, kim ci ludzie kiedyś się staną, o czym informacji dostarczały przeplatane rozdziały z różnej perspektywy. Sama konstrukcja fabuły też nie pozostawia za wiele do życzenia. Linia fabularna sama w sobie jest raczej mało skomplikowana, ale mnogość wątków pobocznych i trwająca cały czas rozbudowa świata przedstawionego nie pozwalają na nudę, przez co książka wydaje mi się niezwykle bogata i obfita w wydarzenia. Początkowa toporność stylu szybko zmieniła się w język prosty, a jednocześnie płynny i obrazowy. 

„Radykalni. Terror” to książka, o której nie da się zbyt szybko zapomnieć. To zapowiedź koszmaru, o którym być może wielu z nas śni już teraz, a który kiedyś może przekroczyć cienką granicę między jawą a snem. Osobiście nie mogę się doczekać drugiego tomu, ponieważ czuję, że ta seria odbije się jeszcze głośnym echem w polskiej literaturze (i nie tylko!).


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorowi.
Czytaj dalej

„List z przeszłości” Mairi Wilson


W życiu Lexy nastał trudny czas: nie tylko rozstała się z narzeczonym, ale musi też uporać się ze śmiercią matki i dawno niewidzianej niani, stanowiących jej jedyną rodzinę. Lexy okazuje się jedyną spadkobierczynią obu kobiet, dlatego mimo żałoby musi dopełnić przykrych formalności. Wkrótce odkrywa, że być może nie została sama na świecie, a w mieszkaniu niani, Ursuli, odnajduje stare listy i kartki z pamiętnika, które odkrywają nieznaną dotąd przeszłość. Poszukiwania odpowiedzi na piętrzące się pytania zaprowadzą Lexy aż do Afryki.

Tytuł: „List z przeszłości”
Tytuł oryginalny: „Ursula’s Secret”
Autor: Mairi Wilson
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 528
Rok wydania: 2017

Prawdę powiedziawszy nawet nie wiem, od czego zacząć. Niestety na usta – czy też raczej na klawiaturę – ciśnie się w szczególności jedno słowo: rozczarowanie. Wiele sobie obiecywałam po tej książce. Rozbudowana promocja zapowiadała wciągającą sagę rodzinną pełną tajemnic i napięcia w oczekiwaniu na to, co jeszcze zostanie odkryte. Co dostałam? Raczej przeciętną powieść obyczajową, która owszem, jak na debiut jest niezła, ale nie zaoferowała mi niczego wyjątkowego. Chociaż nie, jest coś nietypowego w tej powieści. To główna bohaterka, która wyzwalała we mnie autentyczną żądzę mordu.

Początek był bardzo chaotyczny, miałam spory problem, żeby rozróżnić postacie drugoplanowe, tak niejasno było zarysowane, kim właściwie są i jaką rolę będą pełnili w tej historii. Mimo to cały czas nie mogłam się doczekać, aż rozpocznie się właściwa akcja i razem z Lexy będę odkrywała jej rodzinne sekrety. Styl okazał się przystępny i raczej łatwy w odbiorze, na szczęście z czasem zniknęło również to zamieszanie i stopniowo coraz lepiej odnajdywałam się w fabule. Niestety jednocześnie odkryłam, że... tej fabuły nic tak naprawdę nie wyróżnia. Owszem, widać jak na dłoni, że autorka miała konkretny pomysł i starała się go jak najlepiej zrealizować; połączenie teraźniejszości z przeszłością też wypadło bardzo fajnie i płynnie. Mimo że nie było podziału na osobne rozdziały, to doskonale wiedziałam, kiedy kończy się narracja właściwa, a zaczyna jedna z retrospekcji. Spodobał mi się również motyw trzech przyjaciółek: Ursuli, Helen i Evie. Choć nie zabrakło tu męskiego towarzystwa, to jednak wątek relacji między kobietami zdecydowanie zdominował akcję.

I to by było na tyle. Tak, przeszłość Ursuli i pozostałych bohaterek okazała się nieprzyjemna, tak, poszczególne elementy układanki były odkrywane w dobrym, niespiesznym tempie, który pozwalał na podtrzymanie uwagi czytelnika. Jednak żadna nowoodkryta tajemnica mnie nie zaskoczyła. Właściwie byłam zawiedziona, jak bardzo statyczna jest akcja, chociaż autorka ewidentnie starała się ją ubarwić. W efekcie całość wydaje mi się niepotrzebnie przeciągnięta, a niektóre sceny zostały chyba wciśnięte na siłę. Obawiałam się nawet, że incydent z wężem miał popchnąć Lexy w ramiona pewnego faceta, ale na szczęście tak się nie stało – dodatkowy wątek miłosny jeszcze bardziej wydłużyłby książkę. Największy sekret został ujawniony w punkcie kulminacyjnym powieści i choć przyznaję, że nie domyśliłam się, że coś takiego się stanie, nie czułam z tego powodu większych emocji. Naprawdę nie wiem, w czym tkwi problem, ale to, co powinno wywoływać pewne określone emocje, wypadło ostatecznie blado i nieprzekonująco. Nawiasem mówiąc: samo zakończenie jest absurdalne. Przez chwilę się nawet zastanawiałam, czy mój egzemplarz jest kompletny, czy może zabrakło kilku ostatnich stron, bo mnie z całą pewnością taki finał nie usatysfakcjonował.

Muszę też poświęcić chwilkę czasu głównej bohaterce, o której już zresztą wspomniałam. Dawno żadna postać literacka nie drażniła mnie z taką intensywnością. Gdybym tylko mogła, weszłabym do książki i dałabym Lexy w twarz, zresztą Helen też przydałoby się potrząsnąć. Moja irytacja sięgnęła zenitu szczególnie pod koniec, przez co, wierzcie lub nie, zdarzało mi się soczyście zakląć, inaczej nie dałabym rady czytać dalej. Lexy okazała się istotą tak wścibską, niewrażliwą, infantylną i na dodatek narzucającą się, że strasznie mnie zdziwiło, że żaden inny bohater nie wpadł na to, by zdzielić jej jakąś cegłówką. Bywało zresztą, że zachowania niektórych postaci budziły mojej wątpliwości; wydawały mi się po prostu nielogiczne. Sytuację ratują tak naprawdę czarne charaktery, no i fakt, że nie da się ukryć, że była tutaj konkretna wizja na każdego z bohaterów. Ich charakter był z góry określony. Szkoda, że w przypadku postaci, która z punktu widzenia świata przedstawionego miała być najważniejsza, ten obmyślony charakter okazał się tak trudny do zniesienia.

Absolutnie nie zgadzam się z niektórymi głosami twierdzącymi, że „List z przeszłości” ma w sobie coś z thrillera. To po prostu powieść obyczajowa zbudowana na zasadzie sagi rodzinnej. W jej kompozycji nie znajdzie się niczego oryginalnego, bo odkrywanie przeszłości przez listy czy opowieść bohatera drugoplanowego to tak naprawdę zabiegi stare jak świat. Nie czytało mi się źle, nie byłam jakaś umęczona, no i historia rozgrywająca się przed kilkudziesięcioma laty okazała się w gruncie ciekawa. Bardzo mnie ucieszyło, że część akcji rozgrywała się w afrykańskim Malawi, bo to dodało powieści kolorytu – niestety niewystarczająco. Bez tak wkurzającej Lexy zapewne wszystko jawiłoby w cieplejszych barwach. Powtórzę się: jak na debiut całkiem nieźle, ale nic poza tym.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

Zapowiedzi październikowe (i jedna listopadowa) od Edipresse Książki


Rzadko (żeby nie powiedzieć: prawie wcale) pojawiają się tutaj wpisy dotyczące zbliżających się premier. Chyba w głębi duszy uznawałam samą zapowiedź za tekst niewarty zachodu, bo ileż może być w nim wkładu własnego? Opis fabuły i podstawowe dane są zwykle podane na tacy... W tym przypadku jednak nie mogę się oprzeć. Kiedy zobaczyłam, jakie fajne rzeczy szykują się w Edipresse Książki w najbliższych tygodniach, post właściwie zaczął pisać się sam. Mniej samej wpadły w oko szczególnie dwie pozycje, więc prawdopodobnie wy też znajdziecie coś dla siebie :)


„Smakuj życie” Mariola Bojarska-Ferenc, Aleksander Ferenc
Premiera: 11 października
OPIS: Mariola Bojarska-Ferenc wie, jak smakować życie i czerpać z niego garściami. Swoją życiową wiedzę pragnęła przekazać dzieciom. Dziś wie, że udało jej się to w stu procentach! Właśnie ukazała się jej ósma książka, którą napisała wraz z młodszym synem Aleksandrem. „Smakuj życie” to publikacja o wspólnym gotowaniu i biesiadowaniu, o odkrywaniu nowych smaków i otwartości na inne kultury. Ale przede wszystkim to książka o pielęgnowaniu więzi rodzinnych i wychowaniu dzieci na otwartych, ciekawych świata ludzi. Aleksander Ferenc dzięki swoim rodzicom jest też niewątpliwe empatycznym człowiekiem. Z jego inicjatywy część zysków autorów ze sprzedaży książki zostanie przekazana klinice BUDZIK.

To akurat zupełnie nie dla mnie. Wynudziłabym się przy tej książce okrutnie, ale... Może lubicie gotować? Albo niedawno założyliście rodzinę? Wydaje mi się, że duet pani Bojarskiej-Ferenc z synem okaże się całkiem przyjemną lekturą, zarówno dla starszych i młodszych, rodziców i dzieci. Jeśli jesteście ciekawi, co kryje „Smakuj życie”, musicie po 11 października popędzić do księgarni; tym bardziej, że część dochodów ze sprzedaży tej książki powędruje do kliniki zajmującej się dziećmi pogrążonymi w śpiączce.


„Pomiędzy nami góry” Charles Martin
Premiera: 11 października
OPIS: Nadciągające śnieżyce i silny mróz paraliżują ruch na lotnisku w Salt Lake City. Perspektywa wielogodzinnego oczekiwania na poprawę pogody zmusza dwoje przygodnych znajomych do wynajęcia awionetki. Ashley spieszy się na własny ślub, a Ben następnego dnia ma przeprowadzić ważną operację na Florydzie. Niestety samolot rozbija się na pustkowiu. Ashley i Ben muszą stoczyć wspólną walkę o przetrwanie. Czy pośród bólu, głodu, lęku i słabości zdołają pokonać góry odcinające ich od świata i te, które wyrastają pomiędzy nimi?

Ta premiera od razu przykuła moją uwagę. Nawet nie musiałam doczytywać opisu fabuły do końca, żeby wiedzieć, że to coś dla mnie. Powieść Charlesa Martina była już wcześniej wydana w Polsce, ale wydawnictwo Edipresse Książki przygotowało wersję z filmową okładką. Co prawda niespecjalnie przepadam za filmowymi wydaniami, jednak tutaj coś mnie w tej okładce urzekło. Zacieram ręce, bo wiążę spore nadzieje z tą powieścią. Kto czytał i może podzielić się wrażeniami? Koniecznie piszcie!


„Dziewczyna na miesiąc. Październik – listopad – grudzień” Audrey Carlan
Premiera: 11 października
OPIS: ​„Dziewczyna na miesiąc”, czyli Mia Saunders, przeszła długą drogę. Dociera już do końca swej dwunastomiesięcznej podróży. Trafia kolejno do Hollywood, Nowego Jorku i Aspen. W październiku zaczyna nowe życie oraz pracę przy programie telewizyjnym, w którym prowadzi część o pięknym życiu. Jej mężczyzna walczy z duchami przeszłości i urazem psychicznym. Razem udaje im się znaleźć sposób na pokonanie przebytej traumy. Następnie Mia jedzie do Nowego Jorku, żeby z okazji Święta Dziękczynienia nagrać program o byciu wdzięcznym. Spełniają się wszystkie jej marzenia poza jednym. Wreszcie, w grudniu, trafia do krainy zimowych cudów – do Aspen w Kolorado, żeby nakręcić odcinek o miejscowych artystach. Podejmuje pracę w wyjątkowych i zaskakujących okolicznościach. Przygotuj się na koniec ekscytującej podróży Mii!

W tym przypadku musiałabym najpierw nadrobić poprzednie tomy, których niestety nie widziałam nawet na oczy. Ostatnio jakoś unikam erotyków (może przez okropne opisy seksu, które zafundowała mi na początku września pewna książka...), ale przyznaję, że ta seria mnie intryguje. Myślę, że to może być coś innego, że to nie tylko oklepane powieści erotyczne, które, zamiast dostarczyć rozrywki, będą jedynie drogą przez mękę. Na razie mogę wyłącznie gdybać. W każdym razie 11 października to data godna zapamiętania, jeśli jest się fanem powieści Audrey Carlan, a w szczególności tego cyklu.


„Przed zmierzchem” Nora Roberts 
Premiera: 25 października
​OPIS: Bodine Longbow jest szefową ośrodka wypoczynkowego na ranczu w Montanie. Choć jest bardzo mocno skupiona na pracy, to najważniejsza jest dla niej rodzina i ludzie, którzy ją otaczają. Dlatego gdy jedna z jej pracownic zostaje znaleziona martwa, Bodine bardzo chce pomóc w wyjaśnieniu jej śmierci. Ale sprawy przybierają coraz gorszy obrót – w pobliżu ośrodka ktoś napada i zabija kolejną młodą kobietę, a miejscowy szeryf nie jest w stanie wytropić zabójcy. Czy te sprawy łączą się z historią Alice, ciotki Bodine, która zaginęła 25 lat wcześniej?

Nora Roberts to jedna z tych pisarek, o której sporo słyszałam i nadal słyszę, jednak wciąż nie miałam okazji poznać jej twórczości, mimo że jej dorobek literacki jest naprawdę bogaty. Uwielbiam wątki związane z seryjnymi mordercami, więc „Przed zmierzchem” zapowiada się nieźle. Może nie rzucę się na tę książkę od razu po premierze, ale zdecydowanie wpiszę ją na listę „must read”. Bardzo jestem ciekawa, jakie będzie rozwiązanie zagadki kryminalnej i czy autorka umiejętnie połączy przeszłość z teraźniejszością, bo potencjał z pewnością jest. Wielbiciele prozy Nory Roberts – miejcie się na baczności!


„Anka. Inne oblicze szczęścia” Nina Majewska-Brown
Premiera: 25 października
OPIS: „Anka, inne oblicze szczęścia” to pierwsza część historii o czterdziestoletniej Ani, która nieustająco poszukuje spełnienia, miłości i akceptacji. Mimo pozornego szczęścia jej życiem targają niespełnione marzenia, z których największym jest to o wielkiej miłości, dobrej pracy i radosnym domu. Tymczasem musi zmierzyć się z toksyczną szefową, wypalonym małżeństwem i synem nieudacznikiem. 
Anka to jedna z twoich przyjaciółek, która zwierzy ci się z najskrytszych pragnień.

Mam silne przeczucie, że z tą książką bardzo by się polubiła moja mama, zresztą obie kochamy obyczajówki i zawsze wymieniamy się nimi po kolejnych wizytach w bibliotece. Wydaje mi się, że tytułowa Anka to jedna z tych bohaterek, z którą mogłoby się utożsamić wiele kobiet, bez względu na wiek. To taka pani z sąsiedztwa, bliska koleżanka, tyle że na papierze. Sprezentowałabym mamie tę książkę pod choinkę, ale to byłoby bez sensu – ostatecznie zrobiłabym prezent sama sobie, bo po co mamie własna, nawet malutka półka na książki, skoro u córki zawsze się coś znajdzie? Niemniej: z chęcią sięgnę w przyszłości po pierwszy tom o Ance.


„Światło w cichą noc” Krystyna Mirek
Premiera: 8 listopada
​OPIS: Trwają przygotowania do świąt. Na osiedlu położonym na obrzeżach Krakowa lśnią tysiące świateł. Tylko dwa domy stoją ciemne. Przedwojenna willa i niewielki budynek obok niej.
Antek Milewski wraca do domu po latach. Zostawia za sobą porażkę życiową i chce zacząć wszystko od nowa. Kiedy przekracza próg starej willi, wracają dawne wspomnienia. Zaczyna rozumieć, że nie odnajdzie spokoju, dopóki nie rozwiąże tajemnicy z przeszłości. Dlaczego kochający ojciec nagle porzucił żonę i sześcioletniego syna? Czemu nigdy nie próbował naprawić błędu?
W małym jednorodzinnym domu nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia, bo kojarzą się z tragicznym wypadkiem. Magda Łaniewska i jej dwaj bracia zawsze wtedy wyjeżdżają do ciepłych krajów. Ale tym razem staną przed wielkim wyzwaniem. Będą musieli zorganizować prawdziwą Wigilię.

Podobnie jak w przypadku Nory Roberts, nie czytałam jeszcze ani jednej książki Krystyny Mirek i bardzo mnie to frustruje. Dlatego stwierdziłam, że tym razem MUSZĘ się skusić. Ta klimatyczna okładka sprawiła, że serce od razu mi szybciej zabiło. W mojej domowej biblioteczce brakuje typowo świątecznych powieści, więc „Światło w cichą noc” będzie idealne, żeby te braki uzupełnić. Czuję, że szykuje się ciepła, przyjemna obyczajówka idealna na chłodne wieczory. 


I jak? Czy któraś z propozycji Edipresse Książki szczególnie do was przemówiła? :)
Czytaj dalej

Jeszcze jeden odcinek: „Teen Wolf”


Jesteśmy świeżo po finale i zarazem 100 odcinku „Teen Wolf”. Nie byłam z tym serialem od początku, bo zaczęłam go oglądać jakoś w 2014 roku. I chociaż wytrwałam do końca przez te trzy lata, nie mogę powiedzieć, że ten serial zalicza się do moich ulubionych – choć jednocześnie będę go wspominała ze sporym sentymentem.

Właściwa akcja rozpoczyna się w chwili, w której 16-letni Scott McCall podczas niezbyt rozsądnego wałęsania się po lesie zostaje zaatakowany i ugryziony przez wilkołaka. Zanim do niego dociera, co się właściwie stało, jego ciało zaczyna dziwnie reagować, a on sam odkrywa w sobie nowe zdolności. Scott przechodzi trudną przemianę, tym samym stając się stworzeniem, które do tej pory uważał za wytwór wyobraźni. Jak się okazuje, nie jest on jedyną paranormalną istotą w swoim rodzinnym mieście.


Mam wrażenie, że „Teen Wolf” choruje na tzw. Syndrom Trzeciego Sezonu. Objawy tego schorzenia pojawiają się w czwartej, czasem dopiero piątej serii produkcji i polegają głównie na tym, że poziom serialu zaczyna spadać, by pod koniec osiągnąć niemalże stan wegetatywny. Ten sam syndrom zdiagnozowałam w przypadku „The Vampire Diaries”, „Pretty Little Liars” czy „Once Upon a Time”. Po świetnych trzech, czasem czterech sezonach stery zaczynają przejmować nuda, powtarzalność i przewidywalność. W przypadku „Teen Wolf” było identycznie. Sam początek specjalnie mnie nie urzekł, ale po kilku odcinkach się wciągnęłam, a moja sympatia stopniowo rosła, by osiągnąć punkt kulminacyjny w sezonie 3B, który okazał się zdecydowanie najlepszy. Entuzjastyczna postawa utrzymywała się u mnie również w przypadku czwartej serii. Niestety piąty i szósty sezon to już jedno wielkie „meh”. Widać było, że twórcy idą na łatwiznę, że fabuła cały czas jest budowana w podobny sposób (ogromne zagrożenie, które może wszystko zmieść z powierzchni ziemi, jednak ostatecznie zostaje pokonane przez Scotta i jego paczkę). Pod koniec, o zgrozo, scenarzyści zaczęli łączyć w pary nawet tych bohaterów, którzy wcześniej nie przejawiali na ekranie żadnej chemii. Ba, jedna z postaci nagle zmieniła orientację – nagle, bo twórcy się nie kwapili, żeby ten wątek jakoś rozbudować i odpowiednio przedstawić. Że już nie wspomnę o bohaterach, których historie zostały po prostu ucięte. Wydawać by się mogło, że umarli, ale nie, oni po prostu zniknęli z serialu.


Mimo wszystko jest kilka powodów, dla których naprawdę warto obejrzeć Teen Wolf.

Po pierwsze: to całkiem fajna młodzieżówka z silnie rozwiniętymi elementami fantastycznymi. Twórcom zdarzyło się parę świetnych, rewelacyjnych wręcz pomysłów na fabułę, czasem inspirowali się mitologią i podaniami, co było moim zdaniem najlepsze. Istoty paranormalne, które pojawiają się w serialu, są całkiem oryginalne (nie ograniczają się wyłącznie do oklepanych już wilkołaków). Oczywiście, że nie brakuje tutaj schematów, ale zwykle się nie nudziłam i 40 minut odcinka mijało mi w błyskawicznym tempie. „Teen Wolf” jest idealnym rozluźniaczem po ciężkim dniu, kiedy człowiekowi nie chce się specjalnie główkować nad tym, co może się wydarzyć – choć emocji także tutaj nie brakuje. Co prawda efekty nie są najwyższych lotów, jednak odnoszę wrażenie, że ich specyfika to jeden z wielu czynników budujących klimat tego serialu. 

Po drugie: bohaterowie. Postacie naprawdę ciekawie ewoluowały na przestrzeni tych sześciu sezonów. Bywało, że ktoś, kogo na początku nie znosiłam, później stawał się moim ulubieńcem. Oczywiście muszę tutaj wyróżnić Dylana O’Briena w roli Stilesa, który jest chyba najbardziej charakterystycznym bohaterem z całego serialu. Kojarzyłam go jeszcze zanim zaczęłam oglądać. Dylan jest ostatnimi czasy wszędobylski i często widać go w mediach, ale jego wkład w powołanie Stilesa do życia jest naprawdę nieoceniony. Nikt nie zagrałby tego lepiej. Wśród moich ulubieńców znaleźli się również Derek (Tyler Hoechlin), Malia (Shelley Henning) czy Allison (Crystal Reed), choć tak naprawdę każdy z aktorów wykonał kawał dobrej roboty. Tylera Poseya w roli Scotta też łatwo da się lubić, świetna była także Holland Roden jako Lydia. Oczywiście nie da się również nie wspomnieć rewelacyjnego trenera! Nie mam też zarzutów wobec większości antagonistów, którzy przewinęli się przez wszystkie sezony. Bohaterowie są tak różnorodni i dobrze wykreowani, że łatwo się do nich przywiązać. Trochę szkoda, że nie każdy z nich dostał w finale swoje zakończenie, no ale...


Po trzecie (przy okazji też po czwarte i po piąte): humor, muzyka i czołówka. Wiem, że ładna czołówka raczej nie sprawi, że pokochacie jakiś serial, ale ta w „Teen Wolf” zdecydowanie należy do moich ulubionych. Ponadto produkcja ma naprawdę bezbłędny soundtrack. Muzyka zawsze jest idealnie dopasowana do tego, co widzimy na ekranie, na dodatek większość z tych kawałków tak wpada w ucho, że człowiek z przyjemnością wraca do nich również po skończeniu odcinka. Dziękujemy, MTV, że od razu wyświetlacie na pasku tytuł i wykonawcę danej piosenki, dzięki czemu nie trzeba używać Shazam albo wpisywać pojedynczych słów w Google. No i jest jeszcze humor, jeden z najlepszych elementów tego serialu. Nieraz się uśmiałam, komizm był odpowiednio wyważony, nie infantylny, nieprzerysowany. Żarciki sytuacyjne to absolutny standard. 

Podsumowując: „Teen Wolf” nie wyróżnia się specjalnie na tle innych młodzieżówek, bo nawet Syndrom Trzeciego Sezonu się zgadza, ale o ile TVD czy PLL kończyłam z ulgą, o tyle za Scottem, Stilesem i resztą będę trochę tęskniła. Może nawet zrobię rewatch? Kto wie. Fani bardzo lekkich fantasy na pewno będą usatysfakcjonowani; „Teen Wolf” to przede wszystkim rozrywka i pod tym względem nie mam mu zbyt wiele do zarzucenia.



źródło zdjęć: imdb
Czytaj dalej

Nawyki czytelnicze TAG


Już jakiś czas temu zastanawiałam się nad stworzeniem wpisu, w którym opowiedziałabym wam o swoich przyzwyczajeniach, „rytuałach” czytelniczych. Zabierałam się do tego jak pies do jeża, zresztą zawsze, kiedy już, już siadałam do pisania, uznawałam, że są ważniejsze posty, które czekają na publikację. Tymczasem Agata Blackbird z bloga Czarnym Piórem Pisane nominowała mnie do świetnego tagu, gdzie 10 zadanych pytań w zupełności wyczerpuje temat. Agacie dziękuję za nominację, a ja, już nie przedłużając, zapraszam was na moje odpowiedzi dotyczące nawyków czytelniczych :)

1. Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Najczęściej czytam w łóżku albo w fotelu przy oknie, bo lubię mieć naturalne światło. Jeśli jest ciepło, to potrafię przesiedzieć cały dzień z książką w ogrodzie. 

2. Czy w trakcie czytania używasz zakładki, czy przypadkowych świstków papieru?
Zakładki, zdecydowanie! Ogólnie mam świra na punkcie zakładek i zaczynam je kolekcjonować niemal tak samo, jak książki. Moje skrzywienie sięga do tego stopnia, że zawsze, kiedy zaczynam nową książkę, staram się jakoś dobrać do niej zakładkę (pod względem kolorystyki, motywu, czegokolwiek).

3. Czy możesz po prostu skończyć czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału, okrągłej liczby stron?
Niemal zawsze staram się dobrnąć do końca rozdziału, nie lubię przerywać w trakcie. No chyba, że muszę (np. kiedy widzę, że się zagapiłam i zaraz powinnam wysiadać z autobusu). 

4. Czy pijesz albo jesz w trakcie czytania?
Zazwyczaj piję, najczęściej kawę lub herbatę. Podjadać też mi się w sumie zdarza, choć jedzenie zdecydowanie bardziej mi „pasuje” do oglądania filmu lub serialu. 

5. Czy jesteś wielozadaniowa? Potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film w trakcie czytania?
Nope. Nie przeszkadza mi jakaś muzyka w tle, np. włączone radio, zresztą potrafię czytać bez problemu w głośnym autobusie, ale nic poza tym. Lubię być skupiona wyłącznie na książce, kompletnie nie wiedziałabym, jakich słuchałam piosenek albo co się działo w filmie, więc to raczej mija się z celem.

6. Czy czytasz jedną książkę, czy kilka naraz?
Jakoś nie przepadam za czytaniem kilku książek naraz, z reguły skupiam się na jednej. Czasem bywa, że czytam dwie, np. lekturę na studia i coś wyłącznie dla przyjemności, ale to rzadkie przypadki. 

7. Czy czytasz w domu, czy gdziekolwiek?
Tak naprawdę gdziekolwiek się da. Oczywiście w domu robię to najczęściej, bo mam spokój, ale często wlokę ze sobą książkę chociażby na uczelnię, żeby poczytać w autobusie lub między zajęciami. Niestety nie mieszkam w mieście, więc parki czy inne miejsca tego typu odpadają, mimo to w 80% przypadków noszę w torebce jakąś książkę.

8. Czytasz na głos czy w myślach?
W myślach, oczywiście. Chyba, że ktoś mnie poprosi o przeczytanie czegoś na głos.

9. Czy czytasz naprzód, poznając zakończenie? Pomijasz fragmenty książki?
Kiedy byłam znacznie młodsza, zdarzało mi się pomijać jakieś nudne fragmenty. Teraz tego nie robię, zawsze zaciskam zęby i staram się przebrnąć (najwyraźniej im jestem starsza, tym bardziej odkrywam w sobie masochistyczne skłonności). Co do zerkania na zakończenie, raczej się powstrzymuję. Bywa, że przebiegnę wzrokiem do końcówki rozdziału, ale to wszystko, nie chcę sobie psuć frajdy.

10. Czy zginasz grzbiet książki?
Celowo – nigdy. Ale wypadki się zdarzają, zwłaszcza jeśli trzyma się książkę w torbie wypełnionej masą innych rzeczy. No i czasem okładka naturalnie się wygina podczas czytania. Do szału mnie to doprowadza, prawdę mówiąc :D

Tradycyjnie do wykonania tagu nie nominuję nikogo konkretnego, ale jeśli macie ochotę odpowiedzieć na powyższe pytania – śmiało! Swoimi własnymi nawykami czytelniczymi możecie się też podzielić w komentarzach :)
Czytaj dalej