Jeszcze jeden odcinek: „Belle Epoque”


W przypadku serialu TVN tytuł tego cyklu na blogu brzmi dość przewrotnie. Jeszcze jeden odcinek „Belle Epoque”? Boże, uchroń.

Współautorzy scenariusza, Maciej Dancewicz i Marek Bukowski, napisali również książkę, „Najdłuższą noc”, która, o ile mnie pamięć nie myli, miała swoją premierę tego samego dnia co pierwszy odcinek serialu. Nad produkcją panowie pracowali od 2014 roku, a powieść – która jest zarazem ich debiutem literackim – jest swoistą inspiracją wydarzeniami przedstawionymi w „Belle Epoque”. Książki jak dotąd w rękach nie miałam, ale natknęłam się na sporo recenzji, z reguły bardzo pozytywnych. Pozytywne było również moje nastawienie do serialu, bo kiedy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi w telewizji, pomyślałam sobie „wow, to może być coś dobrego”. Intuicja okrutnie mnie oszukała.

Główny bohater, Jan Edigey-Korycki, po latach powraca do rodzinnego Krakowa, z którego wyjechał na skutek skandalu. Akcja toczy się na początku XX-wieku. Do Galicji ściąga Jana śmierć matki; mężczyzna chce za wszelką cenę odkryć, kto ją zamordował. Pomagają mu przy tym Henryk i Weronika Skarżyńscy, rodzeństwo prowadzące laboratorium kryminalne. Mimo że Jan nie planuje zostać w Krakowie na dłużej, okoliczności zatrzymują go w mieście – jedną z nich jest dawna ukochana, Konstancja.


Bardzo lubię seriale kostiumowe. Lubię przenosić się w czasie, poznawać czasy, których nie mogłam doświadczyć. Co za tym idzie, produkcja musi być realistyczna, odpowiednio przekonująca, ma sprawić, żeby widz przez chwilę uwierzył, że może zajrzeć do minionej epoki. Powiem szczerze: w życiu nie widziałam, by obsada jakiegokolwiek serialu czuła się tak niezręcznie w swoich kostiumach. Jak przebierańcy na średnio udanej imprezie karnawałowej. Patrzyłam na nich i cały czas widziałam aktorów, a nie poszczególnych bohaterów. Rekwizyty w ich rękach wciąż były tylko rekwizytami. Zero klimatu, zero naturalności.

Pod względem fabularnym niestety też było kiepsko. Mordercę mogłam wskazać zwykle po pierwszych kilku minutach (a mistrzem dedukcji nie jestem), wątki wydawały się banalne i przewidywalne do bólu. Oczywiście zdarzały się ciekawe odcinki, kiedy rzeczywiście się wciągałam; zbrodnie były pomysłowe, a zagadki na tyle interesujące, że chętnie śledziłam akcję. To jednak nieliczne wyjątki. Przeważnie przy oglądaniu nie wiedziałam już, czy się śmiać, czy płakać. Niektóre sceny były absurdalne i zwyczajnie zabawne (w złym tego słowa znaczeniu), nie zliczę, ile razy parsknęłam śmiechem. Przykładowo główny bohater podczas śledztwa decyduje się na eksperyment z manekinem zrzucanym z urwiska – chce sprawdzić, czy ofiara popełniła samobójstwo, czy ktoś ją zrzucił. Pada kwestia „popchnę go tak, jakby sam skoczył” i... Manekin najpierw obija się o skały, a dopiero później spada. Tak, panie Edigey. Samobójca z pewnością najpierw przewróciłby się na twarz, poobijał na kamieniach, by wreszcie sturlać się na dół.


Serial odniósł największą klęskę pod względem aktorskim. Paweł Małaszyński grał tak, jakby przez wszystkie dziesięć odcinków ktoś wsadził mu kij – wiadomo gdzie. Jego bohater miał być facetem wyjątkowo inteligentnym, przenikliwym, bystrym; do tego sprawiał, że wszystkie kobiety do niego lgnęły. Nad urodą Małaszyńskiego nie będę się rozwodzić, kwestia gustu, ale oglądając „Belle Epoque” zastanawiałam się, co te baby widzą w kimś tak nudnym i bezbarwnym. Z całej obsady mogę jedynie wyróżnić Olafa Lubaszenko i Eryka Lubosa bohaterowie, w których się wcielili, budzili największą sympatię i przede wszystkim byli zwyczajnie przekonujący. Reszta zdawała się nie wierzyć w wypowiadane przez siebie słowa, a emocjonalny poziom – oczywiście poza kilkoma wyjątkami – był nijaki. Jakby mówiły roboty, nie żywi ludzie. Początkowo byłam oczarowana Magdaleną Cielecką w roli Konstancji, bo jako jedyna wydawała się naprawdę „czuć” to wszystko, co miała zagrać, poza tym wyglądała świetnie w epokowych sukniach. Później nawet ona jakby straciła entuzjazm. Cóż, poniekąd jej się nie dziwię, miałam to samo podczas oglądania.


Nie mogę też nie wspomnieć o paru kwestiach technicznych. Oświetlenie było momentami koszmarne. Wiem, że przy jego pomocy twórcy chcieli osiągnąć możliwie najbardziej mroczną, dekadencką atmosferę, ale ten zabieg był stosowany zbyt często. Serio, jeśli twarz Małaszyńskiego przez większość czasu będzie częściowo skryta w cieniu, to wcale nie sprawi, że jego postać będzie bardziej interesująca. Zdarzało się też, że kamerzysta, przynajmniej w pierwszych odcinkach, wydawał się być w zaawansowanym stadium delirium. Obrazem tak trzęsło, jakbym obserwowała „pasjonujący” pościg w jednym z odcinków „W-11”. Kostiumy wolę pominąć milczeniem, szczególnie kubrak (?) Edigeya wyglądał idiotycznie. Ale wiecie, co było dobre? Muzyka. Światełko w tunelu. Pod tym względem nie jestem w stanie się doczepić.

Podsumowując: „Belle Epoque” miało genialnych ludzi od promocji i marketingu. Reklamowy szum był ogromny, zwiastun również zapowiadał ciekawe widowisko, tymczasem to, co dostaliśmy, okazało się totalną klapą. Pomysł był świetny, o wykonaniu napisałam wyżej. Tyle dobrego, że w środy wieczorem miałam się z czegoś pośmiać i pożartować z koleżankami. To chyba największe rozczarowanie serialowe, jakie mi się dotychczas zdarzyło.


źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

„Powrót do starego domu” Ilona Gołębiewska


Dotychczasowe życie Alicji rozpada się w jednej chwili. Traci pracę, dom, a jej mąż odchodzi do młodszej kobiety, która na dodatek spodziewa się jego dziecka. Nie mając nic do stracenia, Alicja wraca w rodzinne strony, do miejscowości Pniewo, gdzie czeka na nią domek po dziadkach, w którym spędziła pierwsze lata życia. To właśnie tu odnajduje swój azyl, zdobywa nowych przyjaciół, ale odkrywa też rodzinną tajemnicę sprzed lat.

Tytuł: „Powrót do starego domu”
Autor: Ilona Gołębiewska
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 480
Rok wydania: 2017

Nie miałam przesadnych oczekiwań wobec tej książki. Bardzo lubię literaturę kobiecą, a obyczajówki i romanse należą do gatunków, po które sięgam najczęściej. Po „Powrocie do starego domu” spodziewałam się prostej rozrywki, umilenia wolnego czasu. Cóż, powieść Ilony Gołębiewskiej z pewnością nie jest przeznaczona dla bardziej wymagającego czytelnika, ale ja też się za takiego nie uważam. Mimo to książka okazała się dla mnie prawdziwą kopalnią frustracji.

Muszę zacząć od strony technicznej, bo to irytowało mnie najbardziej. Autorka nagminnie zmienia czas, w którym prowadzona jest narracja: swobodnie przeskakuje sobie między czasem teraźniejszym, a przeszłym. Zmienia się to w zależności od strony, akapitu, nawet zdania! Przykład: „Chwytam metalową poręcz i zbliżam się do drzwi. – Kto tam? – spytałam.” Ten ciągle powielany błąd rzucił mi się w oczy już na początku i niestety, z biegiem czasu wcale nie przestał być mniej rażący.

Druga sprawa: wykrzykniki. Czy można mieć fetysz na znak interpunkcyjny? Rozumiem, że pewne sceny wymagają dodatkowej ekspresji, ale od wykrzykników roiło się wszędzie, niezależnie, czy to był dialog, czy tylko opis dzieci, które zjadły dużo pierogów. Kilkakrotnie zauważyłam też potrójny wykrzyknik lub znak zapytania. Po co? Nie mam zielonego pojęcia, nie wpłynęło to na bardziej emocjonalny odbiór danej sceny.

Dialogi miejscami były nieco sztuczne. Czasem bohaterowie wypowiadali się niemalże poetycko, co nie mogło prezentować się naturalnie. Dla przykładu, kiedy pewien mężczyzna opowiada Alicji historię swojego życia, ta od czasu do czasu wchodzi mu w zdanie, żeby skomentować opowieść w wyjątkowo oczywisty, rzekomo głęboki sposób. Wiecie, taki pseudo mistrz Yoda. Na miejscu tego faceta chyba bym ją zdzieliła i kazała się zamknąć.

Skoro już jesteśmy przy głównej bohaterce... Dawno nie spotkałam się w literaturze z tak drażniącą, infantylną postacią. Alicja ma 37 lat, tymczasem dojrzałości w niej tyle, co w 8-letnim dziecku. Jej zachowanie miejscami przekraczało zasady wszelkiej logiki, w pewnym momencie już nie wiedziałam, czego ta kobieta chce i czy kiedykolwiek będzie mi dane zrozumieć jej motywację. Czasem sytuacje z jej udziałem po prostu mnie bawiły, jak chociażby wtedy, kiedy wydaje się oburzona, że niedawno poznany mężczyzna wita się z nią, jakby byli w dużej zażyłości. Kilka stron wcześniej się z nim całowała, więc pytanie, jaką definicję „zażyłości” miała na myśli Alicja. Ogólnie charakterystyki poszczególnych bohaterów nie były spójne. Niektóre postacie nagle, bez żadnego uprzedzenia zachowywały się jak zupełnie inne osoby, co kompletnie burzyło nakreślony wcześniej obraz. Ludzie się zmieniają, oczywiście, ale chyba nie w taki sposób, jakby ktoś przeszczepiał im mózgi.

Fabuła niestety należała do bardzo przewidywalnych. Nie wiem, czy jakikolwiek zwrot akcji chociaż trochę mnie zaskoczył. Poza tym uderzyła mnie naiwność przedstawianych wydarzeń – kiedy Alicja bez większego doświadczenia zawodowego otwiera biuro projektowania ogrodów, już następnego dnia ma kilku klientów. I nikogo to nie dziwi, chociaż pracownia znajduje się na niewielkiej wsi, gdzie (to moje osobiste rokowania) raczej nie ma wielkiego zapotrzebowania na profesjonalne projekty ogrodów.

Nie chcę wyłącznie krytykować „Powrotu do starego domu”. Trzeba mieć na uwadze, że książkę czyta się naprawdę szybko. Poszczególne strony nie były drogą przez mękę, brnęłam przez nie całkiem spokojnie. Książka jest też pełna ciepła; czasem nie mogłam powstrzymać uśmiechu, kiedy widziałam, że spełniają się marzenia któregoś z bohaterów. Miło poczytać o czymś takim. Z Alicją może się utożsamiać wiele kobiet, podejrzewam że istnieje mnóstwo czytelniczek, które znalazły się lub nadal znajdują w podobnej sytuacji, a ta opowieść da im pociechę. Niestety to wszystko, co mogę przytoczyć na obronę. Niektóre wątki siliły się na nadanie większej głębi całej fabule, ale nie wyszło. Przywoływane konflikty czy kolejne problemy w życiu Alicji były przeważnie zbyt wymuszone, żebym mogła się nimi przejąć i w napięciu czekać, czy uda się je jakoś rozwiązać.

„Powrót do starego domu” ma całkiem fajne przesłanie, bo na pewno jest to powieść o poszukiwaniu nowej drogi w życiu i odzyskiwaniu nadziei. Jednocześnie banał goni banał, przez co zaczynam rozumieć, dlaczego określenie „literatura kobieca” bywa odbierane negatywnie. Historia Alicji ma się rozwinąć w trylogię – nie wiem, co wydarzy się dalej, skoro te blisko 500 stron było naszpikowane licznymi wątkami, ale mniejsza z tym. Pniewo, mimo że urokliwe, w tym wydaniu nie bardzo mnie przekonało. Tajemnica rodziny Alicji mnie nie porwała, a i za samą bohaterką tęsknić nie będę, dlatego dwa razy się zastanowię, zanim sięgnę po kontynuację.

3,5/10
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję agencji Business & Culture.
Czytaj dalej

„I tak dalej” Wiktor Orzeł


Karol żyje na kredyt. Stracił pracę i zarazem jedyne źródło dochodu, a jego najbliższymi znajomymi są diler narkotyków i schizofrenik. Dni mijają nieubłaganie, ale dla niego czas to tylko abstrakcja, coś nieuchwytnego, płynnego. Nawet pod wpływem amfetaminy czy alkoholu świat wydaje mu się pozbawiony głębszego sensu. Na trzeźwo jest jeszcze gorzej. Dlatego Karol woli znikać w oparach papierosowego dymu, niż próbować zmierzyć się ze światem.

Tytuł: „I tak dalej”
Autor: Wiktor Orzeł
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 134
Rok wydania: 2017

„I tak dalej”, debiutancka, niewielka książka Wiktora Orła wali z grubej rury już na początku. Wystarczy zerknąć na okładkę, która, nawiasem mówiąc, jest genialna – stanowi znakomite podsumowanie głównego bohatera, to swoista faktura wystawiona za jego życie. Powieść szybko wciąga czytelnika w klimaty skrajnego dekadentyzmu, depresji, używek i lekceważenia wszelkich konsekwencji. Właściwie już przy czytaniu czegoś takiego można dostać doła, ale zapobiega temu kilka rzeczy, o których za chwilę.

Książka daje świetną okazję do zajrzenia do głowy kogoś takiego jak Karol: człowieka na marginesie, nieradzącego sobie z najprostszymi czynnościami, wykluczając oczywiście picie czy zażywanie narkotyków. Jego myśli biegają w naprawdę różnych kierunkach, a co za tym idzie, można odnieść wrażenie, że to bardzo inteligentny i bystry facet – tylko najwyraźniej cholernie się pogubił. Karol stara się zagłuszyć swój ból, jednocześnie robiąc sobie coraz większą krzywdę. Czytelnik może obserwować, jak bohater stopniowo się stacza, jak ostatnie nitki, które pozwalały mu kontrolować swoje życie, zaczynają się urywać. Nie da się ukryć – wejście w psychikę kogoś takiego, na dodatek dość wnikliwe, daje do myślenia.

O dziwo mimo podjętej tematyki nie miałam poczucia tzw. „ciężkości”, fabuła nie sprawiała, że sama miałam ochotę iść się upić i wszystko olać. Choć akcja nie jest raczej skomplikowana, bardzo intrygowała, głównie dzięki niezwykle naturalnemu językowi (przekleństwa, potocyzmy – samo życie) oraz elementom humorystycznym. Właściwie w większości przypadków jest to czarny humor, ale ponieważ do mnie coś takiego trafia, czułam się pod tym względem dopieszczona. Ponadto atmosfera przesiąknięta oparami alkoholowymi i dymem kolejnych papierosów została dodatkowo podkreślona przez umiejętne balansowanie na granicy jawy i snu, rzeczywistości i majaków. Pojawiają się sceny, które wytrącają czytelnika z równowagi. Nie wiadomo, gdzie kończy się prawda, a zaczynają pijackie czy też narkotyczne halucynacje. Ten zabieg bardzo mi się spodobał, bo pozwalał się zaangażować i odczuć chociażby namiastkę tego, co przeżywał Karol.

Ale... Tak, magiczne „ale”. W książce poruszone są naprawdę trudne tematy: uzależnienie od używek, depresja, schizofrenia, przejawy innych zaburzeń psychicznych, samobójstwo. To naprawdę delikatny i wrażliwy grunt. Nie twierdzę, że autorowi zabrakło empatii – wprost przeciwnie, całkiem naturalistycznie mu to wyszło, bez koloryzowania – jednak zastanawiam się, czy te niewiele ponad 130 stron to tak czasem nie za mało. Czy rzeczywiście tak niewielka objętość pozwala dobrze opisać zjawiska wymienione wcześniej? Ano właśnie. O ile psychikę Karola poznajemy całkiem nieźle, o tyle charakterystyka pozostałych bohaterów jest raczej szczątkowa. Ogranicza się do kilku podstawowych cech i choć zwykle jest szansa ocenić, czy lubi się tę osobę czy nie, to jednak nie sposób się do tych postaci przywiązać. Poszczególne tematy są raczej jedynie „muśnięte”, to takie brodzenie na płyciźnie, podczas gdy podobne motywy raczej zasługują na szersze rozwinięcie. 

Żeby nie było, doceniam oszczędność formy. Nie było przedłużania, dramatyzowania czy przerysowania. W sumie upchnięcie tylu rzeczy na tak niewielu stronach zasługuje na podziw. Zakończenie również robi wrażenie; pozostawia czytelnika z pytaniami bez odpowiedzi, zawieszonego i lekko skołowanego. Właściwie poczucie chaosu w przypadku tej książki to rzecz całkowicie naturalna.

„I tak dalej” to udany i intrygujący debiut, na pewno wart uwagi. Z chęcią poznam dalszą twórczość Wiktora Orła, zwłaszcza że widzę spory potencjał w jego lekkim i zgrabnym stylu. Ta pierwsza powieść może nie należy do arcydzieł i z całą pewnością wiele jej do ideału brakuje, ale jakoś nie sposób wyrzucić tej książki z pamięci. Jest tak niewielka, że jakoś włazi, wżera się w umysł i nie chce stamtąd wyjść.

7/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorowi.

Czytaj dalej

„Chłopiec na szczycie góry” John Boyne


Dzieciństwo Pierrota jest zazwyczaj szczęśliwe. Czuje się kochany przez rodziców, choć nie rozumie, czemu ojciec tak często sięga po alkohol i dlaczego wspomnienia z wojny nie dają mu spać. Jego żydowski rówieśnik Anszel i piesek D’Artagnan to najlepsi przyjaciele, jakich mógł sobie wymarzyć. Mimo tego, że Pierrot jest w połowie Niemcem, za swoją małą ojczyznę uważa Paryż, miejsce w którym się urodził i dorastał. Życie rzuca jednak chłopca daleko od rodzinnego gniazda. Trafia do domu na szczycie góry, domu, gdzie panem jest on, Adolf Hitler. II wojna światowa się zbliża.

Tytuł: „Chłopiec na szczycie góry”
Tytuł oryginalny: „The Boy at the Top of the Mountain”
Autor: John Boyne
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 272
Rok wydania: 2017

Książka Johna Boyne’a nie jest pierwszą o tej tematyce, którą miałam w rękach. O II wojnie światowej przeczytałam już to i owo, zarówno ze względu na szkołę, jak i zainteresowanie tym okresem. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby któraś z przeczytanych do tej pory pozycji mną nie wstrząsnęła. Z „Chłopcem na szczycie góry” było tak samo. Pochłonęłam książkę w zaledwie jeden dzień i nie mogłam traktować jej z dystansem. Przeżywałam każde wydarzenie, czując głównie przerażenie, niedowierzanie, a miejscami nawet wstręt. 

Nie spodziewałam się, że fabuła, która nie przedstawia w zasadzie klasycznej wojny, może wywrzeć na mnie aż takie wrażenie. W tej powieści próżno szukać scen z typowo wojennych działań; nie ma pędzących czołgów, wszędzie nie biegają żołnierze, nie zaglądamy nawet do żadnego obozu koncentracyjnego, choć oczywiście ten temat się przewija. Cała akcja koncentruje się na Pierrocie – przez większość czasu zwanym także Pieterem – kilkuletnim chłopcu, który niespodziewanie znajduje swojego idola... w Adolfie Hitlerze. Autor znakomicie pokazał, jak bardzo podatna na wpływy jest dziecięca psychika, szczególnie należąca do kogoś, kto potrzebuje odrobiny uwagi.

Najbardziej cenię sobie tę książkę za styl, który cechuje oszczędność słów. John Boyne nie wpada w niepotrzebny patos, nie koloryzuje, nie sili się na zbędny dramatyzm. Wydaje mi się, że pisarz doskonale odczuwał ciężar trudnej i nieprzyjemnej tematyki, dlatego uznał, że nie trzeba tego na siłę upiększać czy wręcz odwrotnie, jeszcze pogłębiać negatywny odbiór. Wojna była wystarczająco okrutna i sądzę, że autorowi „Chłopca na szczycie góry” znakomicie udało się to pokazać. Konsekwentnie, nie przedłużając, pokazuje czytelnikowi życie Pierrota, by z bardzo naturalnie oddanym upływem czasu ten miał okazję patrzeć, jak bohater dorasta i zmienia się pod wpływem otoczenia. 

Fikcja została umiejętnie połączona z tłem historycznym. Fabuła zresztą jest niezwykle realistyczna, zarówno pod względem faktów, jak i kreacji postaci – Pierrot to chłopiec z krwi i kości, który rzeczywiście mógłby mieszkać w Berghof w czasie wojny. Adolf Hitler poraża, ten bohater straszy bardziej, niż niejeden horror. W szczególności przestraszyło mnie powtórzone przez niego przynajmniej dwukrotnie zdanie: „Mam miękkie serce”. Chyba nie muszę tłumaczyć, jak absurdalnie to brzmi w kontekście kogoś takiego. 

Książka budzi wiele, absolutnie niewymuszonych uczuć; jako bierni świadkowie siłą rzeczy angażujemy się w to, co rozgrywa się na kolejnych stronach. Nie ma tu miejsca na nudę, zresztą trudno tę powieść rozpatrywać pod kątem tego, czy była wciągająca. Przez tekst się płynie, ale nie bezmyślnie, bo słowa zostawiają po sobie ślad. Niebanalny pomysł pozwolił na zajrzenie wojnie w oczy z nieco innej strony: kto by przecież pomyślał, że słodki siedmiolatek trafi pod skrzydła samego Hitlera. Mimo moich niewielkich zastrzeżeń wobec przemiany Pierrota, którą bohater przechodzi pod koniec (według mnie zaszła trochę zbyt szybko i gwałtownie) stwierdzam, że ta książka to kawał dobrej literatury, połączenie ciekawej fabuły z bardzo dużym ładunkiem emocjonalnym. 

Zakończenie, choć w pewnej mierze przewidywalne, wzrusza. Może odrobinę zaskoczyć zmiana narracji, która następuje na ostatnich kilku stronach, jednak po dotarciu do końca sam nasuwa się wniosek, że taki zabieg był nie tylko wyjątkowy, ale też konieczny. Idealne zamknięcie historii.

Chaotyczność i niezbyt duża precyzyjność tej recenzji ma swoje usprawiedliwienie. „Chłopiec na szczycie góry” odcisnął na mnie swoje piętno. To nie jest książka, o której zapomina się po paru dniach. Raz jeszcze przypomniała mi, że wojna potrafi wyzwolić nawet najbardziej mroczne instynkty, a największymi potworami zawsze są ludzie. I to ich należy się bać, bo są zdolni do wszystkiego.

9,5/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Replika.
Czytaj dalej

„Strażnicy światła” Abby Geni


Miranda jest fotografem przyrody. Istnieje niewiele miejsc, w których jeszcze nie była. Za cel swojej kolejnej podróży wybiera Wyspy Farallońskie, raczej mało popularny archipelag na Pacyfiku. Kobieta przez jakiś czas musi zamieszkać z przebywającymi tam naukowcami. Wkrótce Miranda przekonuje się, że Wyspy Farallońskie to miejsce pełen niespodzianek, gdzie każdy dzień może przynieść coś zaskakującego. Nie tylko natura bywa przewrotna; szybko okazuje się, że również współlokatorzy mogą okazać się niebezpieczni.

Tytuł: „Strażnicy światła”
Tytuł oryginalny: „The Lightkeepers”
Autor: Abby Geni
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2017

„Strażnicy światła” to debiut Abby Geni, amerykańskiej autorki. Na dodatek nie byle jaki, bo nowojorska księgarnia „Barnes & Noble” okrzyknęła tę książkę najlepszym debiutem 2016 roku. Taki tytuł robi wrażenie, a co za tym idzie – wymagania znacznie wzrastają. Muszę przyznać, że jak na pierwszą powieść „Strażnicy światła” to naprawdę świetnie napisana i sprawnie skomponowana historia. Ale czy mnie zachwyciła? Właściwie to... nie.

To, co uderzyło mnie najbardziej po dotarciu do ostatniej strony, to wrażenie, jak gdyby powieść biegła stonowanym, niemal jednostajnym rytmem. Oczywiście są sceny pełne napięcia, nie mogłam się też powstrzymać od kilku emocjonalnych reakcji w trakcie czytania, jednak w ogólnym rozrachunku wydaje mi się, jakby główna bohaterka i zarazem narratorka podchodziła do całej historii z niemal chłodnym dystansem. Jej spokojne relacjonowanie kolejnych wydarzeń zdecydowanie przeważało nad bardziej dynamicznymi momentami. Czułam się trochę tak, jakby sędziwa już Miranda siedziała w fotelu naprzeciwko mnie i opowiadała największą przygodę swojego życia. Nie potrafię zdecydować, czy ten zabieg wzbudził we mnie miłe uczucia, czy jednak bardziej rozczarował.

Samej kompozycji książki nie mam nic do zarzucenia. Autorka bardzo płynnie i obrazowo wprowadza czytelnika w akcję: możemy zatem towarzyszyć Mirandzie w podróży na Wyspy Farallońskie, przyglądać się, jak stopniowo przyzwyczaja się do tego miejsca, a co więcej – w międzyczasie poznajemy pewne fakty o jej rodzinie. Bardzo mnie ucieszyło, że fabuła nie kręciła się wyłącznie wokół tajemniczych wydarzeń na wyspach, ale ukazywała także szerszy kontekst, co ściśle łączyło się z główną bohaterką i motywacjami, którymi kierowała się w codziennym życiu. Kolejne karty były odkrywane stopniowo, bez zbędnego pośpiechu ani przesadnego przedłużania, choć trzeba przyznać, że większość „tajemnic” udawało mi się przewidzieć już na samym początku. Właściwie tylko jedna mała rzecz, wyjawiona już w samej końcówce, naprawdę mnie zszokowała. Reszta nie była specjalnie trudna do odgadnięcia. Jeśli spojrzeć na to z pewnej perspektywy, fabuła w „Strażnikach świateł” jest bardzo prosta, ale napisana w dobrym stylu i z dużym wyczuciem, dzięki czemu książka zyskuje, nawet jeśli wydaje się czasem banalna.

Największym atutem powieści jest z pewnością miejsce akcji, bardzo egzotyczne, tajemnicze, nieco niepokojące i klimatyczne. Przyznaję bez bicia, że wcześniej nigdy nie słyszałam nawet o Wyspach Farallońskich, tymczasem tutaj nie tylko mogłam odczuć namiastkę panującej tam atmosfery, ale również dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy. Autorka bardzo zajmująco opisuje tamtejszą faunę. Kiedy byłam dzieckiem, dosłownie pochłaniałam programy przyrodnicze (chciałam zresztą zostać zoologiem), dlatego czytanie tej książki przypomniało mi o mojej fascynacji światem zwierząt. Opisy są niezwykle plastyczne, wpływające na wyobraźnię. Jednocześnie pisarka wyraźnie zaznaczyła, że natura może być nie tylko piękna, ale także niebezpieczna, o czym zdarza się zapominać nawet najbardziej doświadczonym. Do zarysowania miejscowej przyrody dołączyły legendy związane z wyspami. Nie powiem, stwarzało to naprawdę niepowtarzalny nastrój.

Bohaterowie są maksymalnie różnorodni. Sama Miranda jest bardzo ciekawą postacią, wbrew pozorom nie taką jednoznaczną. Budziła u mnie raczej ambiwalentne uczucia, poprzez narrację pierwszoosobową mogłam poznać ją dość dobrze. Dalej mamy szóstkę naukowców, z którymi Miranda musiała zamieszkać: Mick, Forest, Andrew, Lucy, Galen i Charlene. Specjaliści w swoim fachu, a jednocześnie ludzie z krwi i kości o bardzo odmiennych charakterach. Możecie sobie tylko wyobrazić, co zaczyna się dziać, kiedy siedmioro ludzi musi wytrzymać ze sobą pod jednym, raczej ciasnym dachem.

Jedna rzecz mi się nie zgadzała i do tej pory nie wiem, co miała oznaczać. Wśród legend dotyczących Wysp Farallońskich pojawiła się postać ducha zmarłej kobiety – i co najlepsze, duch ten zostaje przywołany później kilkukrotnie. Czytelnik mógł, chociażby przez kilka sekund, zastanawiać się, czy to widmo rzeczywiście istnieje. Podejrzewam, że autorce bardziej chodziło tutaj o wymiar symboliczny, że to nie był żaden wątek paranormalny, choć trzeba przyznać, że efekt bywał piorunujący.

„Strażnicy światła” mają wiele zalet: ładny, oryginalny styl, prostą, ale sprawnie skonstruowaną fabułę czy idealne, szczegółowo zarysowane tło wydarzeń. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby ta książka powaliła mnie na kolana. To naprawdę dobra powieść leżąca na pograniczu thrillera, jednak z całą pewnością czegoś zabrakło, przez co nie określę jej „hitem”. Warta uwagi, wciągająca – ale nie zachwycająca.

7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

Papierowe kino: „Trzy metry nad niebem”


Babi jest dziewczyną z dobrego domu – słucha rodziców, świetnie się uczy, nie wraca zbyt późno ze spotkań z koleżankami. Tymczasem on, Step, jest wolny niczym ptak… i niebezpieczny. Jego życie obraca się wokół pięknych dziewczyn, nielegalnych wyścigów i ucieczek przed policją. Babi i Step nie mają ze sobą niczego wspólnego albo tak im się przynajmniej wydaje. Los jak na złość pcha ich ku sobie, jednak czy zetknięcie dwóch, tak skrajnie różnych światów, może dać pozytywny efekt?

Kiedy byłam w liceum, moje koleżanki dosłownie rozpływały się nad filmem „Trzy metry nad niebem”. Jakimś cudem bardzo długo mijałam się z obejrzeniem tej produkcji, choć jestem beznadziejną romantyczką, dlatego zupełnie nie wiedziałam, o co tyle krzyku. Po kilku latach wpadła mi w ręce książka Federico Moccii, dlatego uznałam, że zaczekam jeszcze z seansem do czasu, aż ją przeczytam. Nie jestem do końca pewna, czy było warto.

Powieść była potwornie rozczarowująca. Lubię romanse, jest to jeden z tych gatunków, po które sięgam najczęściej, ale ten o dziwo mnie znużył. Nie da się ukryć, że sam zarys fabularny jest dość schematyczny: mamy pewnego siebie bad boya i nieco nieśmiałą, raczej zwykłą dziewczynę, którzy się w sobie zakochują. Banalne do bólu, nawet ktoś taki niewymagający jak ja miał prawo poczuć się znudzony już na starcie. Jeśli jednak w przypadku takiej przerobionej wielokrotnie kliszy odkrywałam chemię, coś, co wyzwalało u mnie większe emocje – nie czepiałam się. W tym przypadku mogłam szukać i szukać, a efektów nie było. 

Jakoś nie widziałam tej wielkiej miłości, która zrodziła się między Babi a Stepem. Z mojej perspektywy wyglądało to tak, jakby ona go nienawidziła, aż nagle uznała, że w sumie całkiem fajny z niego gość i chętnie zaczęłaby się z nim spotykać. W rezultacie wątek miłosny wypadł raczej słabo, a ponieważ na nim miała się opierać książka, możecie się domyślać całokształtu. Ponadto dwójka głównych bohaterów zachowywała się czasem tak okropnie i nielogicznie, że trudno było powstrzymać irytację. Babi była po prostu niekonsekwentna i denerwująca, z kolei Step, nawet jak na tę swoją aurę mrocznego przystojniaka przystało, czasami zachowywał się jak istny dupek. Prędzej nakopałabym mu do tyłka, niż wsiadła z nim na ten jego szpanerski motor. Sytuację nieco ratowali bohaterowie drugoplanowi, szczególnie Pollo i Pallina. Język powieści jest rzeczywiście przepiękny, choć miejscami zbyt poetycki, podobało mi się również zakończenie, które nieco podniosło ogólną ocenę. Generalnie uważam, że „Trzy metry nad niebem” jest trochę wymuszone (wyobrażałam sobie autora, który na siłę ściska ze sobą bohaterów) i czasem przerysowane. 


Inna sprawa ma się z filmem – moim zdaniem wydobył on z tej historii wszystko to, czego zabrakło w realizacji pisarza. Teraz, chociaż już nastolatką nie jestem, w pełni rozumiem zachwyty swoich koleżanek z klasy. Ekranizacja świetnie gra na emocjach, a oko dodatkowo cieszą piękne krajobrazy. Aktorzy, którzy wcielili się w główne role, wytworzyli między sobą niesamowitą chemię; María Valverde była przeuroczą Babi, którą nie sposób było nie lubić, z kolei Mario Casas i jego uśmiech mógłby sprawić, że zmiękłyby mi nogi, gdyby nie to, że oglądałam na leżąco. Dzięki ich aktorskiej kreacji w końcu uwierzyłam w uczucie, które zrodziło się między dwójką bohaterów. No i, co mnie bardzo ucieszyło, filmowy Pollo jest tak samo ujmujący, jak ten książkowy! Prawdę mówiąc, trochę tu pozmieniano względem pierwowzoru, ale o dziwo te poprawki jakoś niespecjalnie mi przeszkadzały. Film ma swój klimat, jest po prostu dobry aktorsko i fabularnie – czyli, innymi słowy, trafiłam na jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy ekranizacja przebija książkę. Przykro mi bardzo, jednak Federico Moccia i jego opowieść mnie nie porwały, w przeciwieństwie do reżysera Fernando Gonzáleza Moliny.

Dla takich wrażliwców jak ja, film będzie idealny na jakiś wolny wieczór. Co do książki, to wiem doskonale, że są jej zwolennicy, mnie jednak do siebie nie przekonała. Sami dokonajcie wyboru – w razie czego, jeśli powieść również was zawiedzie, będziecie mogli zmyć z siebie to nieprzyjemne wrażenie za pomocą chwytającego za serce seansu.


kadr z filmu pochodzi ze strony filmweb.pl
Czytaj dalej

„Biała” Dominika Olbrych

Helias, kraina umieszczona między kilkoma wymiarami, wpada w sidła Rejgasa, który terroryzuje mieszkańców i nie cofnie się przed niczym. Jego armie Złych pozostawiają po sobie spustoszenie i śmierć. Wszystko w rękach Wybrańca, Jedynego, który może pokonać wrogie siły. Żeby jednak osiągnąć sukces, nie może działać sam. Simia, dziewczyna zdająca się nie mieć żadnego wpływu na trwający konflikt, niespodziewanie trafia w sam środek wydarzeń. Teraz również i od niej zależy, czy Helias zostanie ocalony.


Tytuł: „Biała”
Autor: Dominika Olbrych
Wydawnictwo: Oficynka
Liczba stron: 354
Rok wydania: 2017

„Biała” to debiut powieściowy Dominiki Olbrych, dwukrotnej zwyciężczyni ogólnopolskiego konkursu literackiego Gai Kołodziej „SCRIBO ERGO SUM”. Autorka pokusiła się w swojej książce o stworzenie własnego świata, świata przepełnionego magią. Tytułową „Białą” jest Simia, główna bohaterka – czemu jest nazywana w taki sposób? Odpowiedź na to pytanie pojawia się już na początku, ale to dopiero zwiastun tego, co czeka dziewczynę.

Po pierwszych 50 stronach byłam naprawdę zachwycona. Zastałam lekkie pióro, ciekawy pomysł na fabułę i przede wszystkim interesujący wstęp. Przymknęłam nawet oko na fakt, że motyw dziewczyny, która nagle okazuje się wybawicielką ludzkości, jest już nieco nużący. Niemniej zapowiadało się na dobre, młodzieżowe fantasy, w którym poznam nowe rzeczy i będę mogła poczuć całą sobą, że Helias to miejsce niezwykłe.

Niestety mój entuzjazm stopniowo opadał w miarę czytania. Powodów ku temu jest kilka. Po pierwsze i chyba najważniejsze: niedociągnięcia w kreacji nowego świata. Dobrze przedstawione tło wydarzeń w literaturze fantastycznej z reguły sprawia, że wydaje mi się, jakby opisywane w nim krainy były prawdziwe, choć wiadomo, że to wszystko leży wyłącznie w obrębie fikcji. Tutaj tego nie czułam. Helias nie miał w sobie niczego wyjątkowego, czegoś, co czyniłoby go niepowtarzalnym, zresztą opisy rzeczywistości były zredukowane niemal do minimum, dlatego nie bardzo mogłam sobie wyobrazić otoczenie. Tam, gdzie żyje Simia, niemalże wszyscy rodzą się z mocą i indywidualnymi zdolnościami, które kształtują się w ciągu lat. Bardzo byłam ciekawa chociażby podstawowych rzeczy, czyli do jakiego wieku ujawnia się magia, jak można ją trenować, czy dane umiejętności zależą od osoby, czy są tylko dziełem przypadku – tymczasem te zagadnienia zostały pominięte milczeniem. Władanie magią ograniczało się właściwie do ciskania kulami mocy, które mogły rozwalać mury czy zabijać, choć wciąż nie mam pojęcia, jak się je tworzy. 

Dodatkowo niektóre wątki były zwyczajnie naiwne i naciągane. Szczególnie rozczarował mnie motyw miłosny, który oczywiście musiał się pojawić. Mimo że między bohaterami była wyczuwalna chemia, to jednak rozwój ich relacji zupełnie do mnie nie przemawiał. Tak się składa, że wybranek Simii zniknął z jej życia na kilka lat, a kiedy do niego wrócił, ta dość łatwo przeszła z tym do porządku dziennego. Niby stroiła jakieś fochy, ale chyba bardziej dla zasady. Skoro już przy tym jesteśmy – za cholerę nie polubiłam głównej bohaterki. Początkowo bardzo ją podziwiałam, bo nie miała łatwego dzieciństwa, tymczasem radziła sobie doskonale, jednak z czasem zaczęły mnie doprowadzać do szału jej wybuchy złości, które przypominały obrażanie się małego dziecka. Bywało, że miała pretensje do kogoś bez większej przyczyny. Teoretycznie to wynik nerwowej sytuacji, w której się znalazła, w praktyce nadało jej to bardzo irytującą, nieco egoistyczną osobowość.

Na szczęście podobał mi się wątek przewodni związany z Wybrańcem. Może nie należał do najbardziej oryginalnych, ale był po prostu ciekawy, zwłaszcza że Jedyny to zdecydowanie moja ulubiona postać z „Białej”. Pozostali bohaterowie też są wykreowani całkiem nieźle, choć niektórzy sztampowo (tak jest w przypadku strażnika Rosa). Zauważyłam trochę zgrzytów pod względem technicznym, ale nie przeszkodziły mi one w czytaniu. Dominika Olbrych ma naprawdę ładny, plastyczny styl, widać że pisanie przychodzi jej z łatwością. Dlatego żałuję, że nie zawarła w swojej powieści kilku istotnych elementów, choć liczę, że zmieni się to w następnych tomach.

Właściwie ta książka wzbudza we mnie bardzo mieszane uczucia. Zarzutów mam do niej sporo, a z drugiej strony zdarzały się sceny dynamiczne i wciągające, nieco „filmowe”, czyli takie, które na ekranie kinowym prezentowałyby się rewelacyjnie. Jeśli zachodziła taka potrzeba, autorka całkiem nieźle wprowadzała napięcie czy przyspieszała tempo akcji. Zakończenie nieco mnie zaskoczyło, bo nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji, a co za tym idzie, rozbudziła się moja ciekawość w związku z kontynuacją. Brakuje jednak kilku podstawowych rzeczy, nawet przybliżenia sylwetki Rejgasa, który niby jest głównym antagonistą, a po przeczytaniu tych grubo ponad 300 stron wiadomo o nim niewiele. Niedosyt jest zdecydowanie uczuciem, które we mnie przeważało, kiedy dotarłam do ostatniego akapitu.

Dominika Olbrych ma ogromny potencjał. Jak na debiut, „Biała” prezentuje się całkiem nieźle. Niestety nie wszystko „zagrało” w niej tak, jak powinno, przez co powieść nie była w stanie wytworzyć magicznej atmosfery, która byłaby wskazana ze względu na fabułę. Już nawet sama okładka ma w sobie więcej tak potrzebnej tajemniczości. Mimo wszystko jestem pełna nadziei, zarówno w stosunku do drugiej części (jeśli taka powstanie), jak i samej autorki.

6/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Oficynka.

Czytaj dalej

„Gałęziste” Artur Urbanowicz


Karolina, studentka psychologii, namawia swojego chłopaka Tomka na wycieczkę na Suwalszczyznę. Ma nadzieję, że kilka dni spędzonych razem w pięknej, odmiennej scenerii sprawi, że ich związek odżyje. Ekscytują ją spacery po lesie, jeziora, przeróżne zabytki. Tomek tymczasem nastawia się na nudę. Żadne z nich nie podejrzewa, że między drzewami czai się coś złowrogiego – coś, czego nigdy się nie spodziewali.

„Gałęziste” kusi od samego początku. Kusi okładką, opisem, zapowiedzią dreszczy na plecach i specyficznym klimatem Suwalszczyzny. Przyznam szczerze, że ten region jest mi kompletnie nieznany, nigdy tam nie byłam, a po przeczytaniu książki Artura Urbanowicza chyba dwa razy się zastanowię, zanim rzeczywiście tam pojadę.

Już sam początek zapowiada akcję, która będzie rodziła kolejne pytania. Pierwsze kilkadziesiąt stron dało mi złudne wrażenie, że wiem, co mogę zastać dalej. I wydawało się to całkiem banalne. Trzeba przyznać, że las to jedno z wielokrotnie przerobionych w horrorach i thrillerach miejsc akcji. Nie dziwi mnie to, bo jako osoba wychowana na wsi zdaję sobie sprawę, że lasy potrafią być zarówno urokliwe i przyjazne, ale też zwodnicze i przerażające. To sprawiło, że ze spokojem czytałam dalej, z zimną krwią przyjmując kolejne sygnały świadczące o tym, że dzieje się coś niedobrego. Wówczas dotarłam do punktu kulminacyjnego i odkryłam, że moje stalowe nerwy puszczają.

Muszę zaznaczyć, że w „Gałęzistym” natrafiłam na wiele dłużyzn. Doceniam wielowątkowość tej powieści – autor nie skupił się wyłącznie na tematyce paranormalnej, starał się prowadzić dialog z czytelnikiem na różnych płaszczyznach. Podobały mi się dyskusje na temat wiary (Karolina jest bardzo wierząca, Tomek to zatwardziały ateista) czy opisy poświęcone zakątkom, które zwiedzali bohaterowie. Czasem wpisywałam w googlach nazwy niektórych miejsc, żeby obejrzeć zdjęcia i lepiej wczuć się w akcję. Umieszczenie fabuły w rzeczywiście istniejących punktach dodało książce smaczku. Jednocześnie trochę się naczekałam, zanim wydarzenia zaczęły się bardziej dynamizować. Moją ciekawość podtrzymywały regularnie rozmieszczone wskazówki autora, które podsycały rosnący niepokój. Przez większość czasu byłam jednak dość sceptyczna i nie sądziłam, że później się to zmieni. Cóż... Dawno się tak nie pomyliłam.

Każdą, nawet najdrobniejszą niedogodność wynagrodziło mi to, co zaczęło się dziać na ostatnich dwustu stronach. Były sceny, które sprawiały, że bałam się rozglądać nawet po własnym pokoju, a trzeba powiedzieć, że przy czytaniu nie tak łatwo mnie przestraszyć. Wątki zaczęły się rozwiązywać w niesamowity, pełen grozy sposób. Nagle niczego nie mogłam być pewna, wszystko działo się szybko i powodowało, że mocniej zaciskałam palce na książce. Autor świetnie wykorzystał regionalne legendy i lokalną historię, wplatając je do fabuły tak umiejętnie, że klimat stał się niepowtarzalny. Mój początkowy dystans stopniał błyskawicznie, bo książka zaskakiwała mnie raz po raz, zwłaszcza że niektórzy bohaterowie okazali się kimś zupełnie innym, wcześniej nic nie wskazywało na ich prawdziwą tożsamość. A już samo zakończenie dosłownie wbiło mnie w fotel. Po raz kolejny ryzykowałam podejrzenie, że finał będzie bardzo prosty i oklepany – że po prostu wszystko skończy się szczęśliwie. Tymczasem niespodziewany zwrot akcji na ostatnich stronach zupełnie wytrącił mnie z równowagi.

Pod względem technicznym było naprawdę dobrze. Styl jest niezły, zdarzały się pewne zgrzyty, ale nie było w tym niczego, czego nie dałoby się poprawić. Bardzo przypadły mi do gustu dialogi, są w stu procentach naturalne, ani trochę wymuszone; m.in. dzięki nim tak łatwo poznać poszczególnych bohaterów. Skoro już o nich mowa: postacie są skonstruowane konsekwentnie i barwnie. Często wzbudzają ambiwalentne uczucia, bo jak prawdziwi ludzie z krwi i kości mają zarówno zalety, jak i wady. O dziwo jednak najbardziej znienawidzonym przeze mnie bohaterem był... Tomek. Jego zachowanie w stosunku do Karoliny sprawiało, że miałam ochotę go uderzyć. Na dodatek coś się zdecydowanie poprzestawiało w jego systemie wartości. Nawet najczarniejsze charaktery z tej książki nie wzbudzały we mnie tylu negatywnych uczuć.

„Gałęziste” to umiejętnie skonstruowana powieść, choć niepozbawiona słabszych punktów. Wykorzystuje znane z powieści grozy motywy, jednak wyznacza wśród nich własną, oryginalną ścieżkę. Nawet jeśli trochę się pomęczycie przed dotarciem do właściwej akcji, warto poczekać. Kolejne strony zafundowały mi mnóstwo emocji i niezłego stracha. Dla wielbicieli thrillerów paranormalnych będzie jak znalazł.

A, jeszcze jedno. Obyście nigdy nie spotkali Jaćwingów w niewłaściwym czasie :)

7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję autorowi.

Czytaj dalej

Tea Book Tag


Tagi pojawiają się u mnie rzadko – traktuję je raczej jako przerywniki od nieco poważniejszych postów. Przez to trzymam w zanadrzu kilka nominacji do różnych zabaw (niektóre są baaardzo stare). Stwierdziłam, że dawno nie było tutaj czegoś lżejszego, co byłoby czystą rozrywką, więc postanowiłam to zmienić. Pogoda ostatnimi czasy nie rozpieszcza, przynajmniej u mnie. Przy chłodniejszej temperaturze herbata to jeden z moich ulubionych napojów... Dlaczego więc nie połączyć jej z książkami?
Czytaj dalej

„Kraina miłości i zatracenia” Tiphanie Yanique (PRZEDPREMIEROWO)


Początek XX wieku, Wyspy Dziewicze, Morze Karaibskie w tle. To tutaj poznajemy rodzinę Bradshawów, rodzinę pełną sekretów, zakazanych uczuć i sprzeczności. Podczas gdy wyspy przechodzą pod władzę Stanów Zjednoczonych, ich mieszkańcy zakochują się, umierają, łamią zwyczaje, a nawet odprawiają magiczne rytuały. Wśród nich olśniewająca swoim pięknem Eeona i jej młodsza siostra Anette, która zdecydowanie nie powinna spotykać się z pewnym mężczyzną.
Czytaj dalej

Na ekranie: „Regression”

Policjant Bruce Kenner (Ethan Hawke) rozpoczyna śledztwo, które okazuje się prawdziwym wyzwaniem. Fakt, że domniemany sprawca, czyli ojciec oskarżony o wykorzystywanie seksualne córki (Emma Watson) nie pamięta zarzucanych mu czynów, choć się do nich przyznaje, z czasem staje się najmniejszym problemem. Rodzinę Grayów podejrzewa się o przeprowadzanie brutalnych, satanistycznych rytuałów. Angela Gray, molestowana i zmuszana do udziału w czarnych mszach, zaczyna się otwierać przed Brucem i opowiadać mu o sekretach swojej rodziny. Prawda okazuje się znacznie bardziej zagmatwana, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
Czytaj dalej

„Kiedy będziemy deszczem” Dominika van Eijkelenborg


Jej życie zaczęło stopniowo przypominać złotą klatkę – piękną na zewnątrz, a ciasną i zimną wewnątrz. Każde zachłyśnięcie się świeżym powietrzem traktowała jako ucieczkę, chwilę zapomnienia. Mimo to czuła, że jest obserwowana. Że czyjeś oczy śledzą jej najmniejszy ruch. I chociaż starała się to zignorować, wytłumaczyć sobie, że to nic takiego, podświadomie chyba zdawała sobie sprawę, że to się może źle skończyć. Wówczas spotkała go w ciemnej uliczce...
Czytaj dalej

„Zapomnij patrząc na słońce” Katarzyna Mlek


Świat Hanki z pewnością nie przypomina bajkowego, szczęśliwego życia, które powinna wieść kilkuletnia dziewczynka. W domu się nie przelewa, ojciec tyra za dwóch, a matka ucieka w alkohol i nie waha się przed podniesieniem na nią ręki. Hanka nie może odpocząć nawet w nocy, bo właśnie wtedy przychodzą do niej koszmary, w których zawsze pojawia się złowróżbny kruk. Niby każdy doświadcza złych snów, jednak te, które miewa dziewczynka, zdają się niepokojąco prawdziwe...
Czytaj dalej

10 najlepszych seriali 2016 roku

Podsumowań ciąg dalszy... Ostatnim etapem, którym ostatecznie zamknę 2016 rok na blogu, są seriale. Warto przypomnieć, że w ciągu minionych dwunastu miesięcy zaczęłam ponad 20 różnych produkcji. Na dodatek większość z nich naprawdę mi się podobała, więc wbrew pozorom wybór nie był prosty. Przyznaję szczerze, że wolny czas spędzany w domu często przeznaczam na oglądanie, co zresztą widać po statystyce na moim profilu na TVShow Time:
Czytaj dalej

„Był sobie pies” W. Bruce Cameron (PRZEDPREMIEROWO)


Zastanawialiście się kiedyś, co się dzieje w głowie waszego psa? Co myśli, co do was czuje i czy ludzkie zachowania nie wydają mu się dziwne? Człowiek nie jest w stanie do końca pojąć języka zwierząt, więc czy one są w stanie zrozumieć nas? Był sobie pies, który może odpowiedzieć na te wszystkie pytania.

Powieść W. Bruce’a Camerona nie jest zwykłą powieścią. Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest pies Bailey, który stara się odkryć, jaka jest jego misja w świecie. Kiedy odnajduje swój cel, robi dosłownie wszystko, żeby go osiągnąć. Wbrew pozorom to nie jest tylko opowieść o życiu czworonoga – to przede wszystkim historia o ludziach, którzy popełniają błędy, ulegają emocjom i czasem są zbyt zagubieni, by sami mogli odnaleźć właściwą drogę.

Brzmi tajemniczo, ale naprawdę ciężko opisać tę książkę tak, żeby w pełni oddać moje wrażenia po przeczytaniu. Spodziewałam się, że „Był sobie pies” wyciśnie ze mnie łzy, spodziewałam się, że pewnie mnie też rozbawi w wielu momentach. Nie przypuszczałam jednak, że aż tak bardzo mnie pochłonie i chwyci za serce. Biorąc się za czytanie miałam pewne obawy, że tak nietypowa narracja może się okazać zbyt banalna, jakby autor chciał złapać czytelnika tylko i wyłącznie na to, że głównym bohaterem jest słodki psiak. Banałów może trochę tutaj jest, ale wszystko w granicy rozsądku, a książka ma do zaoferowania znacznie więcej niż pozornie płytkie wzbudzanie sympatii przy pomocy psiego narratora.

Początkowo, muszę przyznać, to pisanie z perspektywy psa wydawało mi się nieco infantylne. Naszego bohatera poznajemy jako szczeniaka, więc myśli Baileya są bardzo dziecinne, co dla kogoś może się okazać irytujące. Z czasem jednak to wrażenie minęło i naprawdę chylę czoła przed autorem, że tak fenomenalnie wczuł się w swoją historię. Świetnie było patrzeć na świat ludzi oczami psa, który dziwił się wielu rzeczom i nie potrafił pojąć podstawowych sytuacji, które dla nas są codziennością. W niektórych fragmentach mogłam się z tego powodu nieźle uśmiać, a bardzo sobie cenię humor w literaturze.

Fabułę „Był sobie pies” można poniekąd podzielić na dwa elementy: losy samego Baileya i przeżycia ludzi, z którymi ma kontakt. Oczywiście obie te części mają wpływ na siebie nawzajem, ale najważniejsze jest to, że każda z nich budziła u mnie jednakową ciekawość. Gdyby książka była zwykłą obyczajówką, koncentrującą się wyłącznie na ludzkich bohaterach, wciągnęłaby mnie niemal tak samo. Poza tym podobało mi się, że mogłam sama dopowiadać sobie wiele rzeczy: Bailey nie wszystko rozumiał, więc czasem trzeba było samodzielnie wywnioskować, co miało miejsce w danej scenie. W żaden sposób nie utrudniało to czytania, a nawet je umilało.

Pod wieloma względami powieść daje do myślenia. Jest o samotności, o miłości, o empatii, o potrzebie ratowania czyjegoś życia. Nie chcę zdradzać fabuły, najlepiej przekonać się na własne oczy. Mnie „Był sobie pies” zupełnie pochłonęło. Książka pięknie ukazuje relację człowieka i zwierzęcia – sama mam zwierzaki, z którymi jestem bardzo mocno związana, dlatego aż za dobrze rozumiałam właściciela Baileya. Chociażby dlatego warto sięgnąć po tę lekturę: żeby zobaczyć, jak bardzo taki czworonożny przyjaciel może wpłynąć na nasze życie. Jak bardzo zwierzęta są oddane swoim panom, troszczą się o nich, a przede wszystkim czują, więc potrafią tęsknić czy cieszyć się tak samo jak my. Wydaje mi się, że co niektórzy czasem zapominają, że kot czy pies to też żywe, wrażliwe stworzenie, dlatego mam ogromną nadzieję, że ta książka dotrze do wielu czytelników.

„Był sobie pies” to wyjątkowa powieść, napisana bardzo sprawnie, z humorem i ogromną dawką emocji. Ciężko się przy niej nie wzruszyć, zwłaszcza pod koniec, gdzie znajduje się cudowna puenta, która znakomicie podsumowuje tę historię. Polecam nie tylko wielbicielom zwierzaków, ale także tym, którzy są ciekawi, jak bardzo nasz świat jest pomerdany :)

9/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

10 najlepszych filmów 2016 roku

2017 rozgościł się na dobre, ale ja z 2016 jeszcze nie skończyłam. Dzisiaj przychodzę do was z drugą częścią rocznego podsumowania. Były już najlepsze książki, teraz przyszła pora na dziesiątkę filmów, które wywarły na mnie największe wrażenie.

Czytaj dalej

Podsumowanie 2016 roku i 10 najlepszych książek

Aż ciężko mi uwierzyć, że piszę już pierwszy post w 2017 roku. Jego poprzednik minął mi tak błyskawicznie, że dosłownie nie mogłam za nim nadążyć. Trudno przyswoić fakt, że nadszedł styczeń. Jeszcze przez jakiś czas będę tkwiła jedną nogą w 2016 roku, dlatego to najlepsza pora, żeby go podsumować :)

Czytaj dalej