„Mroczne zakamarki” Kara Thomas


Tessa i Callie w dzieciństwie były najbliższymi przyjaciółkami; rozdzieliła je pewna tragiczna noc. Jako zaledwie kilkuletnie dziewczynki stanęły przed sądem, żeby zeznać przeciwko Wyattowi Stokesowi – podejrzewanemu o bycie seryjnym mordercą zwanym „Potworem znad rzeki Ohio”. Stokes trafił do więzienia w oczekiwaniu na karę śmierci, a w hrabstwie Fayette zapanował spokój. Jednak Tessa wciąż nie potrafi zapomnieć o rzeczach, które zataiła podczas zeznania. Nie może też wyrzucić z głowy myśli, że ona i Callie prawdopodobnie zniszczyły życie niewinnemu człowiekowi.

Tytuł: „Mroczne zakamarki”
Tytuł oryginalny: „Darkest Corners”
Autor: Kara Thomas
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2017 

Ta książka to naprawdę ciekawa sprawa. Choć przeczytałam ją z niemałą przyjemnością, to jednak odnoszę wrażenie, że najbardziej mrocznym elementem jest tutaj... sam tytuł. No, może też okładka. W gruncie rzeczy powieść Kary Thomas to po prostu bardziej ponura młodzieżówka z zagadką kryminalną w tle i całkiem ciekawymi bohaterami. To nie jest do końca thriller, nie jest to też głupiutka opowieść dla małolatów (choć, nie da się ukryć, szczególnie usatysfakcjonowana będzie raczej nastoletnia część odbiorców). 

Główna bohaterka i zarazem narratorka historii, Tessa, wraca do rodzinnego miasteczka po dziewięciu długich latach. Kiedy ostatni raz widziała miejsce, w którym się wychowała, była zaledwie dziewczynką – na dodatek dziewczynką, która przeżyła zdecydowanie za dużo jak na swój wiek. Poza tym, co najważniejsze, czyli próbą odpowiedzi na pytanie, czy Wyatt Stokes słusznie został skazany za zbrodnie „Potwora znad rzeki Ohio”, poznajemy panoramę dysfunkcyjnej rodziny Tessy. Choć sprzyja to szczegółowej i zarazem barwnej charakterystyce samej bohaterki, początkowo byłam nieco zirytowana, że akcja wydaje się bardziej skłaniać ku konfliktom w rodzinie Lowellów; halo, to będziemy szukać tego mordercy, czy jednak nie? Na szczęście szybko się okazało, że tak naprawdę każdy wątek jest ze sobą połączony, więc, co za tym idzie, absolutnie niezbędny. 

Autorce udało się fajnie wybrnąć z zagadki i nie zaplątać w ilość ujawnianych szczegółów. Kolejne skrawki informacji są podawane raczej stopniowo, a dzięki relacji Tessy jesteśmy w stanie się utożsamić i tym samym dobrze bawić, próbując rozwikłać tajemnicę seryjnego mordercy z Fayette. Akcja nie jest jakaś niesamowicie dynamiczna przez większość książki, ale czyta się szybko i jakoś nie znalazłam miejsca na nudę. Dlatego tym bardziej nie potrafię zrozumieć absurdu zakończenia, czy raczej ostatnich 50 stron. Wówczas fabuła niesamowicie gna do przodu, wszystko dzieje się bardzo szybko (w złym tego słowa znaczeniu), jakby autorka w trakcie pisania stwierdziła „a, teraz sobie walnę finał”. Co już całkowicie wyprowadziło mnie z równowagi, wyjaśnienia wątków zostały pod koniec po prostu zrelacjonowane. Nie ma scen z nimi związanych, mało kto ze sobą rozmawia, dostajemy jedynie suchy opis faktów, jak gdyby ktoś streścił resztę fabuły. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało, bo gdyby książka była grubsza nawet o kilkadziesiąt stron, nie zrobiłoby to jej krzywdy, a wprost przeciwnie – porządnie zakończyłoby wątki, zwłaszcza tak istotne, jak te dotyczące poszukiwań siostry Tessy. Chciałabym wiedzieć, czemu tak rozsądne prowadzenie akcji nagle zostało zastąpione czymś, co przypominało film w przyspieszonym tempie.

Co z samym pomysłem na fabułę? Raczej nie mam powodów do narzekań. Może nie musiałam ani razu zbierać szczęki z podłogi, jednak nie da się ukryć, że wciągnęłam się od pierwszych stron. Wbrew pozorom przez powieść przewija się wiele motywów, m.in. przemoc w rodzinie czy alkoholizm. Kara Thomas w wyjątkowo prosty i zarazem do bólu szczery sposób pokazuje, jak wiele problemów może się skrywać we wnętrzu domów, które z zewnątrz wydają się ciepłe i przytulne. Całe szczęście nie pojawił się wątek miłosny, nijak niepasujący do reszty, a miałam pewne obawy, że się tutaj zalęgnie. Język nie należał do skomplikowanych, opisy nie były szalenie szczegółowe, ale to akurat plus, bo autorka nie traciła czasu na wygląd bohaterów czy przedstawienie poszczególnych miejsc, tylko koncentrowała się na wydarzeniach. Klimat chwilami bardziej silił się na mroczny, niż rzeczywiście taki był, choć nie da mu się odmówić pewnej ponurości. 

Jeśli chodzi o bohaterów, mamy interesującą różnorodność. Sama Tessa to wyjątkowo ciekawy przypadek – niby nie brakuje jej cech typowych dla osiemnastoletniej dziewczyny, jednak czasem nie mogłam uwierzyć, że nie jest starsza. To swojego rodzaju dziwak i outsider, za co z miejsca ją polubiłam. Razem z Callie są niemalże jak ogień i woda, stanowią skrajnie inny, ale jednak zgrany duet. Reszta postaci znajduje się raczej na drugim planie, jednak z reguły autorka pozwala czytelnikowi ich poznać; mowa tu chociażby o matce Callie czy o Deckerze, znajomym dziewczyn. Miejscami zabrakło głębszego wejścia w psychikę bohatera (sam „Potwór znad rzeki Ohio” mógłby dostać tak długą i barwną charakterystykę, że starczyłoby na połowę z tych 400 stron), jednak bardziej pochłaniało mnie to, co może wydarzyć się dalej, niż dokładna analiza myśli danej postaci.

„Mroczne zakamarki” nie zbijają z pantałyku ani nie podnoszą adrenaliny. Jeśli ktoś oczekiwałby przyjemnego dreszczyku na chłodniejsze wieczory, to jest cała masa innych tytułów, które zdecydowanie lepiej sprostają temu zadaniu. Mimo to uważam, że Kara Thomas popełniła całkiem dobry debiut, który, miejmy nadzieję, zapowiada w przyszłości dużo bardziej emocjonujące historie, może nawet takie, które zmroziłyby krew w żyłach. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat.
Czytaj dalej

Jeszcze jeden odcinek: „The Keepers”


W moim cyklu serialowym jeszcze ani razu nie pojawiła się żadna produkcja dokumentalna. W tym filmowym zresztą też nie. Powód jest prosty: stanowczo za rzadko oglądam dokumenty, czego niby zawsze żałuję, a później i tak włączam coś fabularnego. Dlatego trochę potrwało, zanim zabrałam się za serial, o którym chcę wam opowiedzieć dzisiaj. Serial, który wciągnął mnie i trzymał w napięciu bardziej, niż niejeden thriller czy kryminał. 

„The Keepers” od Netflixa miało swoją premierę w maju tego roku. Choć w życiu zawsze staram się być punktualna i wychodzę z założenia, że lepiej być przed czasem, niż się spóźnić, to jednak mam problem z oglądaniem seriali od razu po ich wyemitowaniu, jeśli cały sezon wychodzi jednego dnia. Upłynęło zatem kilka miesięcy, nim wzięłam się za nadrabianie. Nie wiedziałam, czego się za bardzo spodziewać, bo nie czytałam żadnych recenzji, zerknęłam tylko przelotnie na ocenę na Filmwebie i przejrzałam opis. To wszystko. Kiedy odpalałam pierwszy odcinek, nie wiedzieć czemu trochę się bałam. Mam w sobie jakiś pierwotny strach przed zakonnicami (to chyba dlatego, że jedna z nich wyrywała mi zęba, kiedy miałam 11 lat – omal nie wydrapałam jej wtedy oczu). Po upływie zaledwie kilkunastu minut siedziałam już jak zahipnotyzowana. 


Dokument koncentruje się na niewyjaśnionej do tej pory sprawie morderstwa siostry Cathy Cesnik. Kobieta zaginęła w listopadzie 1969 roku, a niecałe dwa miesiące później znaleziono jej ciało. Dowiadujemy się tak naprawdę wszystkiego: kim w ogóle była Cathy, z jakiej rodziny pochodziła, czym się zajmowała, z kim miała najbliższe relacje. Te 7 odcinków skupiło wypowiedzi niezliczonej liczby osób: znajomych i rodziny zmarłej, prawników, policjantów, księży czy innych zakonnic. Poznajemy też Abbie i Gemmę, które od lat na własną rękę usiłują rozwikłać tajemnicę tej śmierci. Serial stara się odtworzyć drogę Cathy, zanim doszło do jej uprowadzenia i poświęcić uwagę każdej najmniejszej poszlace, które mogłyby odpowiedzieć na podstawowe pytanie: kto był za to odpowiedzialny? Oczywiście dużą rolę odegrała szkoła, w której Cathy uczyła... i to, co działo się za zamkniętymi drzwiami pewnego gabinetu.

Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem rozmachu tej produkcji, jej szczegółowości, staranności i jednocześnie prostoty. Po obejrzeniu całości byłam w pełni usatysfakcjonowana, nie czułam, by twórcy pominęli cokolwiek. Odcinki trwają blisko godzinę, ale kompletnie nie zauważałam upływu czasu, tak umiejętnie prowadzona jest narracja, zresztą sama historia wymaga od widza maksimum uwagi. Po skończeniu każdego z odcinków spędzałam kolejne kilkadziesiąt minut na grzebaniu w internecie, żeby wyszukać więcej informacji i dowiedzieć się czegoś jeszcze. Nierozwiązane morderstwa zawsze zresztą wydawały mi się fascynujące, dlatego naprawdę trudno było mi oderwać oczy od ekranu.

Serial stara się uchwycić każdy najmniejszy detal dotyczący historii Cathy Cesnik. Co mi się szczególnie podobało, osoby wypowiadające się nie były w żaden sposób traktowane po macoszemu; produkcja przybliżała krótko ich biografię, pokazywała codzienne życie, dzięki czemu opowieść nabierała charakteru szerokiej, rozbudowanej panoramy. Wszystko zostało oczywiście uzupełnione archiwalnymi zdjęciami i nagraniami. Szybko się okazuje, że okoliczności zabójstwa zakonnicy otwierają całą masę przeróżnych wątków, wśród których znajduje się ten chyba najtrudniejszy i najdelikatniejszy, czyli sprawa molestowania seksualnego dokonywanego przez księży. 


„The Keepers” zostało zrealizowane wyjątkowo dobrze nie tylko pod względem czysto merytorycznym, ale także technicznym. Twórcy doskonale wiedzieli, jak wykorzystywać światło, jak podkreślać ujęcia świetnie dopasowaną muzyką, jak odpowiednio wpłynąć na widza i wywołać oczekiwaną reakcję. Nie zliczę, ile razy w ciągu tych siedmiu odcinków czułam się zaskoczona, oburzona, wściekła czy po prostu smutna. Nie zabrakło tutaj także trików typowych dla produkcji serialowych: odcinki z reguły kończyły się w taki sposób, że człowiek chciał od razu, natychmiast przejść do następnego. Polecam zresztą obejrzenie wszystkich naraz, jeden po drugim, bo przerywając tę opowieść trudno później zasnąć, myśli cały czas błądzą wokół przedstawionych faktów. Zwierzenia niektórych osób były tak intymne i przepełnione uczuciami, że widz siłą rzeczy się angażował i zaczynał, razem z Abbie i Gemmą, bez końca przeglądać materiały dowodowe i usiłując z gęstej sieci powiązań czy skojarzeń utkać rozwiązanie tej zbrodni.

„The Keepers” polecam właściwie każdemu. Oczywiście najlepiej odnajdą się tutaj miłośnicy produkcji dokumentalnych, kryminałów, thrillerów czy sensacji, a szczególnie ci, którzy nie mają problemu, żeby godzinami przekopywać się przez informacje dotyczące jakiegoś niewyjaśnionego przestępstwa. Jednocześnie uważam, że obejrzeć ten serial powinien każdy. Bo amatorskie śledztwo nadal trwa, nadal żyją ludzie, którzy walczą o sprawiedliwość dla Cathy i wierzą, że uda się wskazać jej mordercę. Moim zdaniem jedno z tegorocznych dzieł Netflixa to naprawdę wyjątkowy dokument, mający nie tylko wstrząsnąć odbiorcą, ale też złożyć hołd. Jeśli jesteście wśród tych, którzy mylnie uważają, że serial dokumentalny może ich znudzić, to wierzcie mi, mylicie się. Bo to właśnie życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze.




źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

„Radykalni. Terror” Przemysław Piotrowski


Kuba razem ze znajomymi spędza wymianę studencką w gorącej Hiszpanii. To tam poznaje Arabkę, piękną Nawal, która okazuje się miłością jego życia. Spełnione marzenia Kuby szybko stają się jednak największym koszmarem. Ukochana ginie z rąk zradykalizowanych muzułmanów, a Monika, dziewczyna jego przyjaciela, zostaje uprowadzona. Rozpoczyna się walka o jej życie. Tymczasem napięcie w Europie sięga zenitu. Islamiści nie cofną się przed niczym, by zaprowadzić bezwzględne prawo szariatu. Bohaterowie jeszcze nie wiedzą, że żeby dokonać zemsty, będą musieli wkroczyć w sam środek religijnej wojny.

Tytuł: „Radykalni. Terror”
Cykl: „Radykalni”, tom 1
Autor: Przemysław Piotrowski
Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2017

Do niedawna zakładałam, że przestraszyć mogą głównie horrory. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Tymczasem pierwszy tom serii „Radykalni” sprawił, że jeszcze nigdy nie czułam się tak przerażona po przeczytaniu jakiejś książki. Wszystko przez świadomość, że choć przedstawione w powieści wydarzenia są fikcją literacką, to jednak mają dużą szansę się spełnić, i to w niedalekiej przyszłości.

W książce Przemysława Piotrowskiego przenosimy się do 2023 roku. Stosunki między Europą, powiedzmy, „chrześcijańską” a powiększającą się z dnia na dzień grupą muzułmańskich emigrantów przypominają wielką bombę zegarową. Tylko kwestia czasu, aż pozorna zgodność legnie w gruzach. Świat przedstawiony jest niezwykle dopracowany i tym samym realistyczny. Political fiction nie należy do gatunków, po które sięgam zbyt często, dlatego nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Tymczasem powieść pochłonęła mnie, zmiażdżyła, podeptała. Do teraz próbuję się otrząsnąć.

Początek nie przygotował mnie na to, co wydarzyło się później. Autor sprytnie zaczyna od atmosfery istnej sielanki; skupiamy się przede wszystkim na Kubie, który jest szaleńczo zakochany w swojej dziewczynie i planuje z nią wspólną przyszłość. Styl był nieco kulawy przez kilkanaście pierwszych stron, a dialogi wydawały mi się nieco sztuczne, jednak później to wrażenie zupełnie zanikło. Podobnie jak uczucie spokoju i stabilizacji. Akcja zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy Nawal pada ofiarą tzw. zabójstwa honorowego. Właśnie w tym miejscu rozpoczyna się dramat – Kubie, a zarazem i nam, czytelnikom, klapki spadają z oczu, bo na jaw wychodzi straszna prawda: w Europie wcale nie jest już bezpiecznie.

Jestem pod ogromnym wrażeniem przygotowania pisarza do stworzenia tej książki. Nie tylko uwzględnił wszelkie religijno-polityczne niuanse, ale postarał się też odtworzyć konkretne miejsca i realia, bo przecież wydarzenia rozgrywają się zaledwie kilka lat później od tego, co przeżywamy obecnie. Tło jest niezwykle szczegółowe; prawdę powiedziawszy, ta książka dostarczyła mi dużo więcej wiedzy o islamie, niż kiedykolwiek zrobiły to polskie media. Bo problem nie leży w całej religii, nie trzeba jej tak demonizować. Schody zaczynają się wtedy, kiedy wiara spotyka się z wynaturzeniem i okrucieństwem. To nie rasizm, to nie krytyka – tylko surowa ocena faktów, z którą zderzenie pozostawiło mnie praktycznie bez słowa.

Podoba mi się, że Przemysław Piotrowski darował sobie tabu, nie próbował ułagodzić obrazu rzeczywistości, którą stworzył; zamiast tego czytelnik musi się zmierzyć z brutalną prostotą, która go nie oszczędza, tylko wprowadza do świata, gdzie ludzie są mordowani w imię Boga. Uczucia towarzyszące przy czytaniu to coś, o czym prędko nie zapomnę. Akcja jest prowadzona bardzo rozsądnie, bez pominięcia detali, dzięki którym historia jest pełna. Budowane stopniowo napięcie osiąga krytyczny poziom w punkcie kulminacyjnym, czyli w miejscu, gdzie ani przez chwilę nie byłam w stanie oderwać wzroku od tekstu. Autentycznie bałam się tego, co będzie, czy Kuba, Michał i Krzysiek zdołają wyjść z samego środka religijnego huraganu. Co najlepsze, kiedy emocje rzeczywiście sięgnęły zenitu, autor nie zwalnia, tylko podtrzymuje naszą uwagę, zapewnia, że to jeszcze nie koniec, że najgorsze nadal czeka. Tym samym zakończenie zapowiada rewelacyjny i równie przerażający ciąg dalszy.

Kreacja postaci – bez zarzutu. Najbardziej podobały mi się obietnice tego, kim ci ludzie kiedyś się staną, o czym informacji dostarczały przeplatane rozdziały z różnej perspektywy. Sama konstrukcja fabuły też nie pozostawia za wiele do życzenia. Linia fabularna sama w sobie jest raczej mało skomplikowana, ale mnogość wątków pobocznych i trwająca cały czas rozbudowa świata przedstawionego nie pozwalają na nudę, przez co książka wydaje mi się niezwykle bogata i obfita w wydarzenia. Początkowa toporność stylu szybko zmieniła się w język prosty, a jednocześnie płynny i obrazowy. 

„Radykalni. Terror” to książka, o której nie da się zbyt szybko zapomnieć. To zapowiedź koszmaru, o którym być może wielu z nas śni już teraz, a który kiedyś może przekroczyć cienką granicę między jawą a snem. Osobiście nie mogę się doczekać drugiego tomu, ponieważ czuję, że ta seria odbije się jeszcze głośnym echem w polskiej literaturze (i nie tylko!).


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorowi.
Czytaj dalej

„List z przeszłości” Mairi Wilson


W życiu Lexy nastał trudny czas: nie tylko rozstała się z narzeczonym, ale musi też uporać się ze śmiercią matki i dawno niewidzianej niani, stanowiących jej jedyną rodzinę. Lexy okazuje się jedyną spadkobierczynią obu kobiet, dlatego mimo żałoby musi dopełnić przykrych formalności. Wkrótce odkrywa, że być może nie została sama na świecie, a w mieszkaniu niani, Ursuli, odnajduje stare listy i kartki z pamiętnika, które odkrywają nieznaną dotąd przeszłość. Poszukiwania odpowiedzi na piętrzące się pytania zaprowadzą Lexy aż do Afryki.

Tytuł: „List z przeszłości”
Tytuł oryginalny: „Ursula’s Secret”
Autor: Mairi Wilson
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 528
Rok wydania: 2017

Prawdę powiedziawszy nawet nie wiem, od czego zacząć. Niestety na usta – czy też raczej na klawiaturę – ciśnie się w szczególności jedno słowo: rozczarowanie. Wiele sobie obiecywałam po tej książce. Rozbudowana promocja zapowiadała wciągającą sagę rodzinną pełną tajemnic i napięcia w oczekiwaniu na to, co jeszcze zostanie odkryte. Co dostałam? Raczej przeciętną powieść obyczajową, która owszem, jak na debiut jest niezła, ale nie zaoferowała mi niczego wyjątkowego. Chociaż nie, jest coś nietypowego w tej powieści. To główna bohaterka, która wyzwalała we mnie autentyczną żądzę mordu.

Początek był bardzo chaotyczny, miałam spory problem, żeby rozróżnić postacie drugoplanowe, tak niejasno było zarysowane, kim właściwie są i jaką rolę będą pełnili w tej historii. Mimo to cały czas nie mogłam się doczekać, aż rozpocznie się właściwa akcja i razem z Lexy będę odkrywała jej rodzinne sekrety. Styl okazał się przystępny i raczej łatwy w odbiorze, na szczęście z czasem zniknęło również to zamieszanie i stopniowo coraz lepiej odnajdywałam się w fabule. Niestety jednocześnie odkryłam, że... tej fabuły nic tak naprawdę nie wyróżnia. Owszem, widać jak na dłoni, że autorka miała konkretny pomysł i starała się go jak najlepiej zrealizować; połączenie teraźniejszości z przeszłością też wypadło bardzo fajnie i płynnie. Mimo że nie było podziału na osobne rozdziały, to doskonale wiedziałam, kiedy kończy się narracja właściwa, a zaczyna jedna z retrospekcji. Spodobał mi się również motyw trzech przyjaciółek: Ursuli, Helen i Evie. Choć nie zabrakło tu męskiego towarzystwa, to jednak wątek relacji między kobietami zdecydowanie zdominował akcję.

I to by było na tyle. Tak, przeszłość Ursuli i pozostałych bohaterek okazała się nieprzyjemna, tak, poszczególne elementy układanki były odkrywane w dobrym, niespiesznym tempie, który pozwalał na podtrzymanie uwagi czytelnika. Jednak żadna nowoodkryta tajemnica mnie nie zaskoczyła. Właściwie byłam zawiedziona, jak bardzo statyczna jest akcja, chociaż autorka ewidentnie starała się ją ubarwić. W efekcie całość wydaje mi się niepotrzebnie przeciągnięta, a niektóre sceny zostały chyba wciśnięte na siłę. Obawiałam się nawet, że incydent z wężem miał popchnąć Lexy w ramiona pewnego faceta, ale na szczęście tak się nie stało – dodatkowy wątek miłosny jeszcze bardziej wydłużyłby książkę. Największy sekret został ujawniony w punkcie kulminacyjnym powieści i choć przyznaję, że nie domyśliłam się, że coś takiego się stanie, nie czułam z tego powodu większych emocji. Naprawdę nie wiem, w czym tkwi problem, ale to, co powinno wywoływać pewne określone emocje, wypadło ostatecznie blado i nieprzekonująco. Nawiasem mówiąc: samo zakończenie jest absurdalne. Przez chwilę się nawet zastanawiałam, czy mój egzemplarz jest kompletny, czy może zabrakło kilku ostatnich stron, bo mnie z całą pewnością taki finał nie usatysfakcjonował.

Muszę też poświęcić chwilkę czasu głównej bohaterce, o której już zresztą wspomniałam. Dawno żadna postać literacka nie drażniła mnie z taką intensywnością. Gdybym tylko mogła, weszłabym do książki i dałabym Lexy w twarz, zresztą Helen też przydałoby się potrząsnąć. Moja irytacja sięgnęła zenitu szczególnie pod koniec, przez co, wierzcie lub nie, zdarzało mi się soczyście zakląć, inaczej nie dałabym rady czytać dalej. Lexy okazała się istotą tak wścibską, niewrażliwą, infantylną i na dodatek narzucającą się, że strasznie mnie zdziwiło, że żaden inny bohater nie wpadł na to, by zdzielić jej jakąś cegłówką. Bywało zresztą, że zachowania niektórych postaci budziły mojej wątpliwości; wydawały mi się po prostu nielogiczne. Sytuację ratują tak naprawdę czarne charaktery, no i fakt, że nie da się ukryć, że była tutaj konkretna wizja na każdego z bohaterów. Ich charakter był z góry określony. Szkoda, że w przypadku postaci, która z punktu widzenia świata przedstawionego miała być najważniejsza, ten obmyślony charakter okazał się tak trudny do zniesienia.

Absolutnie nie zgadzam się z niektórymi głosami twierdzącymi, że „List z przeszłości” ma w sobie coś z thrillera. To po prostu powieść obyczajowa zbudowana na zasadzie sagi rodzinnej. W jej kompozycji nie znajdzie się niczego oryginalnego, bo odkrywanie przeszłości przez listy czy opowieść bohatera drugoplanowego to tak naprawdę zabiegi stare jak świat. Nie czytało mi się źle, nie byłam jakaś umęczona, no i historia rozgrywająca się przed kilkudziesięcioma laty okazała się w gruncie ciekawa. Bardzo mnie ucieszyło, że część akcji rozgrywała się w afrykańskim Malawi, bo to dodało powieści kolorytu – niestety niewystarczająco. Bez tak wkurzającej Lexy zapewne wszystko jawiłoby w cieplejszych barwach. Powtórzę się: jak na debiut całkiem nieźle, ale nic poza tym.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

Zapowiedzi październikowe (i jedna listopadowa) od Edipresse Książki


Rzadko (żeby nie powiedzieć: prawie wcale) pojawiają się tutaj wpisy dotyczące zbliżających się premier. Chyba w głębi duszy uznawałam samą zapowiedź za tekst niewarty zachodu, bo ileż może być w nim wkładu własnego? Opis fabuły i podstawowe dane są zwykle podane na tacy... W tym przypadku jednak nie mogę się oprzeć. Kiedy zobaczyłam, jakie fajne rzeczy szykują się w Edipresse Książki w najbliższych tygodniach, post właściwie zaczął pisać się sam. Mniej samej wpadły w oko szczególnie dwie pozycje, więc prawdopodobnie wy też znajdziecie coś dla siebie :)


„Smakuj życie” Mariola Bojarska-Ferenc, Aleksander Ferenc
Premiera: 11 października
OPIS: Mariola Bojarska-Ferenc wie, jak smakować życie i czerpać z niego garściami. Swoją życiową wiedzę pragnęła przekazać dzieciom. Dziś wie, że udało jej się to w stu procentach! Właśnie ukazała się jej ósma książka, którą napisała wraz z młodszym synem Aleksandrem. „Smakuj życie” to publikacja o wspólnym gotowaniu i biesiadowaniu, o odkrywaniu nowych smaków i otwartości na inne kultury. Ale przede wszystkim to książka o pielęgnowaniu więzi rodzinnych i wychowaniu dzieci na otwartych, ciekawych świata ludzi. Aleksander Ferenc dzięki swoim rodzicom jest też niewątpliwe empatycznym człowiekiem. Z jego inicjatywy część zysków autorów ze sprzedaży książki zostanie przekazana klinice BUDZIK.

To akurat zupełnie nie dla mnie. Wynudziłabym się przy tej książce okrutnie, ale... Może lubicie gotować? Albo niedawno założyliście rodzinę? Wydaje mi się, że duet pani Bojarskiej-Ferenc z synem okaże się całkiem przyjemną lekturą, zarówno dla starszych i młodszych, rodziców i dzieci. Jeśli jesteście ciekawi, co kryje „Smakuj życie”, musicie po 11 października popędzić do księgarni; tym bardziej, że część dochodów ze sprzedaży tej książki powędruje do kliniki zajmującej się dziećmi pogrążonymi w śpiączce.


„Pomiędzy nami góry” Charles Martin
Premiera: 11 października
OPIS: Nadciągające śnieżyce i silny mróz paraliżują ruch na lotnisku w Salt Lake City. Perspektywa wielogodzinnego oczekiwania na poprawę pogody zmusza dwoje przygodnych znajomych do wynajęcia awionetki. Ashley spieszy się na własny ślub, a Ben następnego dnia ma przeprowadzić ważną operację na Florydzie. Niestety samolot rozbija się na pustkowiu. Ashley i Ben muszą stoczyć wspólną walkę o przetrwanie. Czy pośród bólu, głodu, lęku i słabości zdołają pokonać góry odcinające ich od świata i te, które wyrastają pomiędzy nimi?

Ta premiera od razu przykuła moją uwagę. Nawet nie musiałam doczytywać opisu fabuły do końca, żeby wiedzieć, że to coś dla mnie. Powieść Charlesa Martina była już wcześniej wydana w Polsce, ale wydawnictwo Edipresse Książki przygotowało wersję z filmową okładką. Co prawda niespecjalnie przepadam za filmowymi wydaniami, jednak tutaj coś mnie w tej okładce urzekło. Zacieram ręce, bo wiążę spore nadzieje z tą powieścią. Kto czytał i może podzielić się wrażeniami? Koniecznie piszcie!


„Dziewczyna na miesiąc. Październik – listopad – grudzień” Audrey Carlan
Premiera: 11 października
OPIS: ​„Dziewczyna na miesiąc”, czyli Mia Saunders, przeszła długą drogę. Dociera już do końca swej dwunastomiesięcznej podróży. Trafia kolejno do Hollywood, Nowego Jorku i Aspen. W październiku zaczyna nowe życie oraz pracę przy programie telewizyjnym, w którym prowadzi część o pięknym życiu. Jej mężczyzna walczy z duchami przeszłości i urazem psychicznym. Razem udaje im się znaleźć sposób na pokonanie przebytej traumy. Następnie Mia jedzie do Nowego Jorku, żeby z okazji Święta Dziękczynienia nagrać program o byciu wdzięcznym. Spełniają się wszystkie jej marzenia poza jednym. Wreszcie, w grudniu, trafia do krainy zimowych cudów – do Aspen w Kolorado, żeby nakręcić odcinek o miejscowych artystach. Podejmuje pracę w wyjątkowych i zaskakujących okolicznościach. Przygotuj się na koniec ekscytującej podróży Mii!

W tym przypadku musiałabym najpierw nadrobić poprzednie tomy, których niestety nie widziałam nawet na oczy. Ostatnio jakoś unikam erotyków (może przez okropne opisy seksu, które zafundowała mi na początku września pewna książka...), ale przyznaję, że ta seria mnie intryguje. Myślę, że to może być coś innego, że to nie tylko oklepane powieści erotyczne, które, zamiast dostarczyć rozrywki, będą jedynie drogą przez mękę. Na razie mogę wyłącznie gdybać. W każdym razie 11 października to data godna zapamiętania, jeśli jest się fanem powieści Audrey Carlan, a w szczególności tego cyklu.


„Przed zmierzchem” Nora Roberts 
Premiera: 25 października
​OPIS: Bodine Longbow jest szefową ośrodka wypoczynkowego na ranczu w Montanie. Choć jest bardzo mocno skupiona na pracy, to najważniejsza jest dla niej rodzina i ludzie, którzy ją otaczają. Dlatego gdy jedna z jej pracownic zostaje znaleziona martwa, Bodine bardzo chce pomóc w wyjaśnieniu jej śmierci. Ale sprawy przybierają coraz gorszy obrót – w pobliżu ośrodka ktoś napada i zabija kolejną młodą kobietę, a miejscowy szeryf nie jest w stanie wytropić zabójcy. Czy te sprawy łączą się z historią Alice, ciotki Bodine, która zaginęła 25 lat wcześniej?

Nora Roberts to jedna z tych pisarek, o której sporo słyszałam i nadal słyszę, jednak wciąż nie miałam okazji poznać jej twórczości, mimo że jej dorobek literacki jest naprawdę bogaty. Uwielbiam wątki związane z seryjnymi mordercami, więc „Przed zmierzchem” zapowiada się nieźle. Może nie rzucę się na tę książkę od razu po premierze, ale zdecydowanie wpiszę ją na listę „must read”. Bardzo jestem ciekawa, jakie będzie rozwiązanie zagadki kryminalnej i czy autorka umiejętnie połączy przeszłość z teraźniejszością, bo potencjał z pewnością jest. Wielbiciele prozy Nory Roberts – miejcie się na baczności!


„Anka. Inne oblicze szczęścia” Nina Majewska-Brown
Premiera: 25 października
OPIS: „Anka, inne oblicze szczęścia” to pierwsza część historii o czterdziestoletniej Ani, która nieustająco poszukuje spełnienia, miłości i akceptacji. Mimo pozornego szczęścia jej życiem targają niespełnione marzenia, z których największym jest to o wielkiej miłości, dobrej pracy i radosnym domu. Tymczasem musi zmierzyć się z toksyczną szefową, wypalonym małżeństwem i synem nieudacznikiem. 
Anka to jedna z twoich przyjaciółek, która zwierzy ci się z najskrytszych pragnień.

Mam silne przeczucie, że z tą książką bardzo by się polubiła moja mama, zresztą obie kochamy obyczajówki i zawsze wymieniamy się nimi po kolejnych wizytach w bibliotece. Wydaje mi się, że tytułowa Anka to jedna z tych bohaterek, z którą mogłoby się utożsamić wiele kobiet, bez względu na wiek. To taka pani z sąsiedztwa, bliska koleżanka, tyle że na papierze. Sprezentowałabym mamie tę książkę pod choinkę, ale to byłoby bez sensu – ostatecznie zrobiłabym prezent sama sobie, bo po co mamie własna, nawet malutka półka na książki, skoro u córki zawsze się coś znajdzie? Niemniej: z chęcią sięgnę w przyszłości po pierwszy tom o Ance.


„Światło w cichą noc” Krystyna Mirek
Premiera: 8 listopada
​OPIS: Trwają przygotowania do świąt. Na osiedlu położonym na obrzeżach Krakowa lśnią tysiące świateł. Tylko dwa domy stoją ciemne. Przedwojenna willa i niewielki budynek obok niej.
Antek Milewski wraca do domu po latach. Zostawia za sobą porażkę życiową i chce zacząć wszystko od nowa. Kiedy przekracza próg starej willi, wracają dawne wspomnienia. Zaczyna rozumieć, że nie odnajdzie spokoju, dopóki nie rozwiąże tajemnicy z przeszłości. Dlaczego kochający ojciec nagle porzucił żonę i sześcioletniego syna? Czemu nigdy nie próbował naprawić błędu?
W małym jednorodzinnym domu nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia, bo kojarzą się z tragicznym wypadkiem. Magda Łaniewska i jej dwaj bracia zawsze wtedy wyjeżdżają do ciepłych krajów. Ale tym razem staną przed wielkim wyzwaniem. Będą musieli zorganizować prawdziwą Wigilię.

Podobnie jak w przypadku Nory Roberts, nie czytałam jeszcze ani jednej książki Krystyny Mirek i bardzo mnie to frustruje. Dlatego stwierdziłam, że tym razem MUSZĘ się skusić. Ta klimatyczna okładka sprawiła, że serce od razu mi szybciej zabiło. W mojej domowej biblioteczce brakuje typowo świątecznych powieści, więc „Światło w cichą noc” będzie idealne, żeby te braki uzupełnić. Czuję, że szykuje się ciepła, przyjemna obyczajówka idealna na chłodne wieczory. 


I jak? Czy któraś z propozycji Edipresse Książki szczególnie do was przemówiła? :)
Czytaj dalej

Jeszcze jeden odcinek: „Teen Wolf”


Jesteśmy świeżo po finale i zarazem 100 odcinku „Teen Wolf”. Nie byłam z tym serialem od początku, bo zaczęłam go oglądać jakoś w 2014 roku. I chociaż wytrwałam do końca przez te trzy lata, nie mogę powiedzieć, że ten serial zalicza się do moich ulubionych – choć jednocześnie będę go wspominała ze sporym sentymentem.

Właściwa akcja rozpoczyna się w chwili, w której 16-letni Scott McCall podczas niezbyt rozsądnego wałęsania się po lesie zostaje zaatakowany i ugryziony przez wilkołaka. Zanim do niego dociera, co się właściwie stało, jego ciało zaczyna dziwnie reagować, a on sam odkrywa w sobie nowe zdolności. Scott przechodzi trudną przemianę, tym samym stając się stworzeniem, które do tej pory uważał za wytwór wyobraźni. Jak się okazuje, nie jest on jedyną paranormalną istotą w swoim rodzinnym mieście.


Mam wrażenie, że „Teen Wolf” choruje na tzw. Syndrom Trzeciego Sezonu. Objawy tego schorzenia pojawiają się w czwartej, czasem dopiero piątej serii produkcji i polegają głównie na tym, że poziom serialu zaczyna spadać, by pod koniec osiągnąć niemalże stan wegetatywny. Ten sam syndrom zdiagnozowałam w przypadku „The Vampire Diaries”, „Pretty Little Liars” czy „Once Upon a Time”. Po świetnych trzech, czasem czterech sezonach stery zaczynają przejmować nuda, powtarzalność i przewidywalność. W przypadku „Teen Wolf” było identycznie. Sam początek specjalnie mnie nie urzekł, ale po kilku odcinkach się wciągnęłam, a moja sympatia stopniowo rosła, by osiągnąć punkt kulminacyjny w sezonie 3B, który okazał się zdecydowanie najlepszy. Entuzjastyczna postawa utrzymywała się u mnie również w przypadku czwartej serii. Niestety piąty i szósty sezon to już jedno wielkie „meh”. Widać było, że twórcy idą na łatwiznę, że fabuła cały czas jest budowana w podobny sposób (ogromne zagrożenie, które może wszystko zmieść z powierzchni ziemi, jednak ostatecznie zostaje pokonane przez Scotta i jego paczkę). Pod koniec, o zgrozo, scenarzyści zaczęli łączyć w pary nawet tych bohaterów, którzy wcześniej nie przejawiali na ekranie żadnej chemii. Ba, jedna z postaci nagle zmieniła orientację – nagle, bo twórcy się nie kwapili, żeby ten wątek jakoś rozbudować i odpowiednio przedstawić. Że już nie wspomnę o bohaterach, których historie zostały po prostu ucięte. Wydawać by się mogło, że umarli, ale nie, oni po prostu zniknęli z serialu.


Mimo wszystko jest kilka powodów, dla których naprawdę warto obejrzeć Teen Wolf.

Po pierwsze: to całkiem fajna młodzieżówka z silnie rozwiniętymi elementami fantastycznymi. Twórcom zdarzyło się parę świetnych, rewelacyjnych wręcz pomysłów na fabułę, czasem inspirowali się mitologią i podaniami, co było moim zdaniem najlepsze. Istoty paranormalne, które pojawiają się w serialu, są całkiem oryginalne (nie ograniczają się wyłącznie do oklepanych już wilkołaków). Oczywiście, że nie brakuje tutaj schematów, ale zwykle się nie nudziłam i 40 minut odcinka mijało mi w błyskawicznym tempie. „Teen Wolf” jest idealnym rozluźniaczem po ciężkim dniu, kiedy człowiekowi nie chce się specjalnie główkować nad tym, co może się wydarzyć – choć emocji także tutaj nie brakuje. Co prawda efekty nie są najwyższych lotów, jednak odnoszę wrażenie, że ich specyfika to jeden z wielu czynników budujących klimat tego serialu. 

Po drugie: bohaterowie. Postacie naprawdę ciekawie ewoluowały na przestrzeni tych sześciu sezonów. Bywało, że ktoś, kogo na początku nie znosiłam, później stawał się moim ulubieńcem. Oczywiście muszę tutaj wyróżnić Dylana O’Briena w roli Stilesa, który jest chyba najbardziej charakterystycznym bohaterem z całego serialu. Kojarzyłam go jeszcze zanim zaczęłam oglądać. Dylan jest ostatnimi czasy wszędobylski i często widać go w mediach, ale jego wkład w powołanie Stilesa do życia jest naprawdę nieoceniony. Nikt nie zagrałby tego lepiej. Wśród moich ulubieńców znaleźli się również Derek (Tyler Hoechlin), Malia (Shelley Henning) czy Allison (Crystal Reed), choć tak naprawdę każdy z aktorów wykonał kawał dobrej roboty. Tylera Poseya w roli Scotta też łatwo da się lubić, świetna była także Holland Roden jako Lydia. Oczywiście nie da się również nie wspomnieć rewelacyjnego trenera! Nie mam też zarzutów wobec większości antagonistów, którzy przewinęli się przez wszystkie sezony. Bohaterowie są tak różnorodni i dobrze wykreowani, że łatwo się do nich przywiązać. Trochę szkoda, że nie każdy z nich dostał w finale swoje zakończenie, no ale...


Po trzecie (przy okazji też po czwarte i po piąte): humor, muzyka i czołówka. Wiem, że ładna czołówka raczej nie sprawi, że pokochacie jakiś serial, ale ta w „Teen Wolf” zdecydowanie należy do moich ulubionych. Ponadto produkcja ma naprawdę bezbłędny soundtrack. Muzyka zawsze jest idealnie dopasowana do tego, co widzimy na ekranie, na dodatek większość z tych kawałków tak wpada w ucho, że człowiek z przyjemnością wraca do nich również po skończeniu odcinka. Dziękujemy, MTV, że od razu wyświetlacie na pasku tytuł i wykonawcę danej piosenki, dzięki czemu nie trzeba używać Shazam albo wpisywać pojedynczych słów w Google. No i jest jeszcze humor, jeden z najlepszych elementów tego serialu. Nieraz się uśmiałam, komizm był odpowiednio wyważony, nie infantylny, nieprzerysowany. Żarciki sytuacyjne to absolutny standard. 

Podsumowując: „Teen Wolf” nie wyróżnia się specjalnie na tle innych młodzieżówek, bo nawet Syndrom Trzeciego Sezonu się zgadza, ale o ile TVD czy PLL kończyłam z ulgą, o tyle za Scottem, Stilesem i resztą będę trochę tęskniła. Może nawet zrobię rewatch? Kto wie. Fani bardzo lekkich fantasy na pewno będą usatysfakcjonowani; „Teen Wolf” to przede wszystkim rozrywka i pod tym względem nie mam mu zbyt wiele do zarzucenia.



źródło zdjęć: imdb
Czytaj dalej

Nawyki czytelnicze TAG


Już jakiś czas temu zastanawiałam się nad stworzeniem wpisu, w którym opowiedziałabym wam o swoich przyzwyczajeniach, „rytuałach” czytelniczych. Zabierałam się do tego jak pies do jeża, zresztą zawsze, kiedy już, już siadałam do pisania, uznawałam, że są ważniejsze posty, które czekają na publikację. Tymczasem Agata Blackbird z bloga Czarnym Piórem Pisane nominowała mnie do świetnego tagu, gdzie 10 zadanych pytań w zupełności wyczerpuje temat. Agacie dziękuję za nominację, a ja, już nie przedłużając, zapraszam was na moje odpowiedzi dotyczące nawyków czytelniczych :)

1. Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Najczęściej czytam w łóżku albo w fotelu przy oknie, bo lubię mieć naturalne światło. Jeśli jest ciepło, to potrafię przesiedzieć cały dzień z książką w ogrodzie. 

2. Czy w trakcie czytania używasz zakładki, czy przypadkowych świstków papieru?
Zakładki, zdecydowanie! Ogólnie mam świra na punkcie zakładek i zaczynam je kolekcjonować niemal tak samo, jak książki. Moje skrzywienie sięga do tego stopnia, że zawsze, kiedy zaczynam nową książkę, staram się jakoś dobrać do niej zakładkę (pod względem kolorystyki, motywu, czegokolwiek).

3. Czy możesz po prostu skończyć czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału, okrągłej liczby stron?
Niemal zawsze staram się dobrnąć do końca rozdziału, nie lubię przerywać w trakcie. No chyba, że muszę (np. kiedy widzę, że się zagapiłam i zaraz powinnam wysiadać z autobusu). 

4. Czy pijesz albo jesz w trakcie czytania?
Zazwyczaj piję, najczęściej kawę lub herbatę. Podjadać też mi się w sumie zdarza, choć jedzenie zdecydowanie bardziej mi „pasuje” do oglądania filmu lub serialu. 

5. Czy jesteś wielozadaniowa? Potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film w trakcie czytania?
Nope. Nie przeszkadza mi jakaś muzyka w tle, np. włączone radio, zresztą potrafię czytać bez problemu w głośnym autobusie, ale nic poza tym. Lubię być skupiona wyłącznie na książce, kompletnie nie wiedziałabym, jakich słuchałam piosenek albo co się działo w filmie, więc to raczej mija się z celem.

6. Czy czytasz jedną książkę, czy kilka naraz?
Jakoś nie przepadam za czytaniem kilku książek naraz, z reguły skupiam się na jednej. Czasem bywa, że czytam dwie, np. lekturę na studia i coś wyłącznie dla przyjemności, ale to rzadkie przypadki. 

7. Czy czytasz w domu, czy gdziekolwiek?
Tak naprawdę gdziekolwiek się da. Oczywiście w domu robię to najczęściej, bo mam spokój, ale często wlokę ze sobą książkę chociażby na uczelnię, żeby poczytać w autobusie lub między zajęciami. Niestety nie mieszkam w mieście, więc parki czy inne miejsca tego typu odpadają, mimo to w 80% przypadków noszę w torebce jakąś książkę.

8. Czytasz na głos czy w myślach?
W myślach, oczywiście. Chyba, że ktoś mnie poprosi o przeczytanie czegoś na głos.

9. Czy czytasz naprzód, poznając zakończenie? Pomijasz fragmenty książki?
Kiedy byłam znacznie młodsza, zdarzało mi się pomijać jakieś nudne fragmenty. Teraz tego nie robię, zawsze zaciskam zęby i staram się przebrnąć (najwyraźniej im jestem starsza, tym bardziej odkrywam w sobie masochistyczne skłonności). Co do zerkania na zakończenie, raczej się powstrzymuję. Bywa, że przebiegnę wzrokiem do końcówki rozdziału, ale to wszystko, nie chcę sobie psuć frajdy.

10. Czy zginasz grzbiet książki?
Celowo – nigdy. Ale wypadki się zdarzają, zwłaszcza jeśli trzyma się książkę w torbie wypełnionej masą innych rzeczy. No i czasem okładka naturalnie się wygina podczas czytania. Do szału mnie to doprowadza, prawdę mówiąc :D

Tradycyjnie do wykonania tagu nie nominuję nikogo konkretnego, ale jeśli macie ochotę odpowiedzieć na powyższe pytania – śmiało! Swoimi własnymi nawykami czytelniczymi możecie się też podzielić w komentarzach :)
Czytaj dalej

„Ślad po złamanych skrzydłach” Sejal Badani (PREMIERA)


Przy łóżku pogrążonego w śpiączce Brenta gromadzą się cztery kobiety: jego żona i trzy córki. Lekarz jest pod wrażeniem, że mężczyzna posiada tak kochającą rodzinę, jednak to tylko pozory. Tak naprawdę każda z nich przeszła z Brentem piekło. Teraz, kiedy jedna z najbliższych im osób i zarazem oprawca znajduje się na skraju życia i śmierci, brudne, głęboko skrywane tajemnice wychodzą na światło dzienne.

Tytuł: „Ślad po złamanych skrzydłach”
Tytuł oryginalny: „Trail of Broken Wings”
Autor: Sejal Badani
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 488
Rok wydania: 2017

Ta książka to naprawdę ciekawa sprawa. Niby jest napakowana wątkami, na dodatek bardzo trudnymi i przede wszystkim ważnymi, jednak czytelnik nastawiający się na dynamiczną akcję srogo się zawiedzie. „Ślad po złamanych skrzydłach” to przede wszystkim opowieść oparta na nostalgii, rozczarowaniu, ogromnym cierpieniu i żalu. To mieszanka przesiąkniętych bólem wspomnień i rozmyślań nad tym, co dalej począć. Dla jednych taka formuła może okazać się nużąca, dla innych to będzie interesująca podróż w głąb psychiki aż czterech różnych bohaterek.

Przyznaję, że dotarłam mniej więcej do połowy książki, zanim wreszcie zdołałam się wciągnąć. Wcześniej nie mogłam się jakoś „wgryźć” w fabułę, łatwo się rozpraszałam i dzieliłam sobie czytanie na niewielkie raty. Dopiero później powieść zyskała moją pełną uwagę. Rozdziały się przeplatają, dzięki czemu poznajemy kilka perspektyw: Ranee, żony Brenta oraz ich trzech córek: Marin, Trishy i Sonyi. Co było dla mnie kompletnie niezrozumiałe, dwie narracje prowadzone były w pierwszej osobie, pozostałe w trzeciej. Nie ułatwiło to specjalnie czytania, ale z czasem się przyzwyczaiłam.

Chociaż, jak już zresztą wspomniałam, nie uświadczy się tutaj większej akcji, mam wrażenie, że książka niemalże „krzyczy”. Jej podstawowym tematem jest przemoc domowa, jej skutki i konsekwencje, które ofiary jeszcze długo odczuwają na własnej skórze, nawet jeśli udaje im się wyrwać z toksycznej relacji. Bohaterki regularnie odnoszą się do wydarzeń z przeszłości, które sprawiały, że mogłam się tylko krzywić. Nie da się ukryć, że wszystkie cztery kobiety doświadczały na co dzień okrucieństwa i brutalności, które odcisnęły piętno na całej ich rodzinie. Nie wiem, na ile Sejal Badani przygotowała się do pisania tej książki, ale zakładam, że jako była prawniczka swoje w życiu widziała. „Ślad po złamanych skrzydłach” to manifest, który nakazuje głośno mówić prawdę, by oprawca nie mógł uniknąć kary; niestety chyba każdy z nas wie, że przyznanie się nawet przed samym sobą do pewnych rzeczy wymaga niebywałej odwagi.

Pisarce udało się bardzo dobrze i przekonująco zarysować charaktery swoich bohaterek. Choć mają cechy wspólne – w końcu spędziły pod jednym dachem większość życia – każda z nich to chodząca indywidualność. Z ciekawością śledziłam ich losy i retrospekcje z dzieciństwa, bo zauważały różne szczegóły, przez co tło wydarzeń było pełniejsze i bardziej barwne. Chociaż czasem zachowanie którejś z kobiet doprowadzało mnie do szału (głównie była to Marin i cyrki z jej córką, Gią), to jednak mogę powiedzieć, że wszystkie mają mocne, silne charaktery, nawet jeśli ojciec/mąż uczynił z nich ofiary. Co do postaci drugoplanowych, właściwie pozostają one w cieniu. Na uwagę zasługuje co najwyżej lekarz David oraz mężowie Marin i Trishy, ale oni z kolei nie pojawiają się zbyt często.

Choć książkę czyta się dobrze, bo nie miałam kłopotów z przyswojeniem stylu czy wyobrażeniem sobie poszczególnych scen, to jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Nie ma wątpliwości, że pod koniec emocje były spore, a wychodzące na jaw tajemnice naprawdę robiły wrażenie i wyprowadzały z równowagi. Mimo to czekałam na jakąś „bombę”, bo wątek, który bardzo chciał za tę „bombę” uchodzić, był niestety do przewidzenia. Na dodatek strasznie żałuję, że motyw rasizmu został tak zepchnięty na margines. Brent razem z żoną i córkami przeprowadził się z Indii do USA, gdzie rzekomo w nowej pracy regularnie spotykał się z prześladowaniem z powodu swojej narodowości. Tymczasem poza kilkoma drobnymi wzmiankami nie dostajemy w tym temacie nic więcej. A wielka szkoda, bo ciekawie byłoby ujrzeć tego bohatera z nieco innej strony – zwłaszcza, że książka opisuje go niemalże wyłącznie jako skończonego drania (i słusznie, na usta aż cisną się bardziej dosadne określenia).

„Ślad po złamanych skrzydłach” to dobra obyczajówka, która być może nie należy do wybitnych, ale porusza się po delikatnym, grząskim gruncie, o którym po prostu warto czytać i pisać. Gwarantuję, że powieść zafunduje wam masę refleksji i nawet jeśli początkowo będziecie przechodzili z rozdziału do rozdziału bez większego przekonania, to później odkryjecie, że lektura pozostała w waszych myślach również po jej skończeniu.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

„To, co zostawiła” Ellen Marie Wiseman


Izzy wreszcie zaczęła czuć, że znalazła coś, co można nazwać namiastką domu. Boi się jednak, że to zbyt piękne, by było prawdziwe; w końcu jest córką kobiety, która zastrzeliła swojego męża we śnie. Izzy, prześladowana tym wspomnieniem z dzieciństwa, stara się odciągnąć własną uwagę przez pomoc przybranym rodzicom, którzy pracują dla lokalnego muzeum. Ich kolejnym zadaniem jest uporządkowanie pozostałości po zamkniętym już szpitalu psychiatrycznym. Wśród zakurzonych rzeczy nastolatka natrafia na pamiętnik młodej kobiety, która szybko staje się jej bardzo bliska.

Tytuł: „To, co zostawiła”
Tytuł oryginalny: „What She Left Behind”
Autor: Ellen Marie Wiseman
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 496
Rok wydania: 2017

W powieści Ellen Marie Wiseman odkryłam jeden z moich ulubionych zabiegów kompozycyjnych: przeplatają się tutaj rozdziały dotyczące dwóch różnych osób, których losy są jednak w pewien sposób powiązane (albo takie się okażą). Clarę i Izzy dzieli 60 lat, a łączy życie naznaczone pozornym szaleństwem. Kiedy nastoletnia dziewczyna przypadkowo bierze do ręki dziennik swojej rówieśniczki, pochodzący z lat 30., nie ma jeszcze pojęcia, że to właśnie on zapoczątkuje drogę do odpowiedzi na pytanie, które prześladowało ją od dzieciństwa. Dlaczego tamtej pamiętnej nocy matka strzeliła ojcu w głowę?

Powiem szczerze, że historia Izzy bez dopełnienia w postaci losów Clary nie obroniłaby się jako samodzielna powieść. Przypominałoby to zwykłą książkę z gatunku new adult, których teraz pełno na rynku. Nastolatka z trudną przeszłością, na dodatek zmagająca się z prześladowaniem w szkole nie jest motywem w żaden sposób oryginalnym. To, co działo się z Clarą zdecydowanie zdominowało tę książkę i najbardziej ją ubarwiło; poprzez tę bohaterkę poznajemy brutalną rzeczywistość, z jaką stykało się wielu pacjentów dawnych szpitali psychiatrycznych. Obraz ten jest niezwykle realistyczny i przede wszystkim przerażający. Autorka pokusiła się o wykorzystanie prawdziwego miejsca, czyli szpitala Willard, co jedynie podkreśla fakt, że może i fabuła jest fikcją, ale takie tragedie jak ta z udziałem Clary rozgrywały się każdego dnia.

Przeciętność fabuły, którą miejscami dostrzegałam, zdecydowanie wynagradzał mi bardzo przystępny, przyjemny w odbiorze styl. Ellen Marie Wiseman pisze wyjątkowo obrazowo, z jej techniki bije szczerość i prostota, dzięki którym mogłam w zupełności skupić się na akcji. Pisarka umiejętnie budowała napięcie i stopniowo podkręcała historie obu swoich bohaterek, przez co z czasem, kiedy urywał się rozdział z jednej perspektywy, a zaczynał z drugiej, nie mogłam się doczekać kontynuacji przerwanej narracji. Przy takiej kompozycji nie jest też zapewne łatwo połączyć dwie różne linie fabularne; tutaj wyszło to bardzo zgrabnie. Postacie Clary i Izzy stały się pełniejsze dzięki sobie nawzajem. Że się wciągnęłam, chyba nie muszę dodawać, bo za to głównie odpowiada sama tematyka, która przyciągała mnie do tej książki od samego początku.

Jak już wspomniałam, główne bohaterki zostały wykreowane bardzo dobrze; obie budzą sympatię, choć zdecydowanie można wskazać więcej różnic między nimi, niż cech wspólnych. Co ciekawe, chociaż Izzy jest prawie w tym samym wieku co Clara, kiedy spotykamy się z nią po raz pierwszy, czytelnika uderza odmienność rzeczywistości, w jakiej im obu przyszło żyć. W czasach przed II wojną światową osiemnastoletnia Clara była już właściwie dorosłą kobietą, która powinna wyjść za mąż. Z kolei jej rówieśniczka Izzy w oczach społeczeństwa może jeszcze uchodzić niemalże za dziecko, osobę niedojrzałą. I pomyśleć, że obyczajowość zmieniła się tak w przeciągu zaledwie kilkudziesięciu lat... Niemniej, świat przedstawiony, jak i tło wydarzeń wypadają bardzo ciekawie i intrygująco. Choć prym wiodą dwie młode kobiety, poznajemy też mnóstwo bohaterów drugoplanowych, których można zarówno pokochać, jak i szczerze znienawidzić.

Niestety jednego nie mogę autorce wybaczyć. Przez to, że (umyślnie lub nie) szala przechyliła się na stronę Clary, pewien wątek z Izzy, bardzo istotny i bardzo trudny, został potraktowany nieco po macoszemu. Sekret, jaki w związku z tym powstał, nieźle mnie zdziwił, kiedy został ujawniony. Tyle że potem... Ten temat niemalże zanika. Gdyby motyw dotyczył czegoś lżejszego, może bym to przełknęła. Ale tutaj, poza elementem zaskoczenia i udramatycznienia nie zadziało się już nic. A wielka szkoda, bo dzięki temu dość banalna historia Izzy zyskałaby w moich oczach.

Zakończenie powieści jest być może nieco przesłodzone i podkoloryzowane, jednak, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie innego. „To, co zostawiła” łączy w sobie straszną prawdę, niezwykłą atmosferę i silne kobiety, które musiały zmierzyć się ze swoim prywatnym piekłem. Mimo drobnych mankamentów książka w zupełności mnie kupiła i zapewniła mocne wrażenia, na które całkiem otwarcie liczyłam. Jest to kawał dobrej powieści, po prostu.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

„Ostatnia aria Mozarta” Matt Rees


Nannerl, mimo że niemal tak samo utalentowana, nigdy nie zrobiła takiej kariery jak jej słynny brat – Wolfgang Amadeusz Mozart. Mijają trzy lata, odkąd rodzeństwo straciło kontakt, kiedy przychodzi list informujący o śmierci wirtuoza. Nannerl przyjeżdża do Wiednia, ściągnięta wyrzutami sumienia oraz niepokojącym przeczuciem. Istnieje możliwość, że jej brat nie zmarł na skutek choroby, tylko został otruty... o czym był przekonany nawet sam muzyk.

Tytuł: „Ostatnia aria Mozarta”
Tytuł oryginalny: „Mozart’s Last Aria”
Autor: Matt Rees
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2017

Zabierając się do lektury tej książki nie przypuszczałam, że po jej skończeniu będę miała taki problem z oceną. Lubię powieści inspirowane faktami i osadzone w historycznej rzeczywistości, nawet jeśli pisarz siłą rzeczy musi nagiąć pewne wydarzenia do własnych potrzeb. Byłam ciekawa, jak może rozwinąć się opowieść o siostrze słynnego kompozytora, która postanowiła na własną rękę odkryć przyczynę jego śmierci. Po przeczytaniu nie potrafiłam określić – i właściwie nadal nie mogę – czy książka mi się podobała, czy też może przyćmiły ją minusy, które zauważyłam.

Po kilkudziesięciu stronach z rozczarowaniem odkryłam, że... wieje nudą. Jak na powieść, w której wątkiem wiodącym jest amatorskie, ale jednak kryminalne śledztwo, akcja jest bardzo spokojna i powolna. Co najgorsze, główną bohaterką targały silne emocje, w końcu zmarł jej ukochany brat, na dodatek wszystko wskazywało na to, że ktoś go zabił, jednak jakoś nie potrafiłam odczuć związanego z tym napięcia. Co więcej, przez dłuższy czas nie mogłam także zagłębić się w realia XVIII wieku. Gdyby nie fakt, że wspominane są charakterystyczne elementy stroju czy też to, że bohaterowie poruszają się konnymi powozami, właściwie bym nie odczuła, że wydarzenia rozgrywają się ponad 200 lat temu. 

Nie ulega wątpliwościom, że autor książki odrobił pracę domową, o czym zresztą wspomniał w notce końcowej. Przeczytał masę dzieł dotyczących życia Mozarta, sam interesował się muzyką, udało mu się nawet zwiedzić te wiedeńskie zakątki, które dla kompozytora stały się domem. Mimo tego... to wszystko wydawało mi się mało realne. Nawet dla takiej muzycznej ignorantki jak ja Mozart to postać charakterystyczna, niezwykła, tymczasem tutaj zupełnie tego nie odczuwałam. Może takie było zadanie: pokazać geniusza jako niepozornego człowieka, który również miał swoje lęki i problemy? Autor fajnie wykorzystał to, że śmierć muzyka wiązała się z licznymi spekulacjami, podoba mi się też sam pomysł wybrania na główną bohaterkę siostry Mozarta – ale nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, by cały ten obrazek, złożony niewątpliwie misternie, przekonał mnie do siebie i wywołał chociażby pozorne wrażenie autentyczności.

Mniej więcej w połowie powieści zrobiło się naprawdę ciekawie. Wówczas się wciągnęłam i nareszcie zaczęłam śledzić akcję z należytą uwagą. Autor barwnie rozwinął wątek dotyczący masonów, a to są zdecydowanie moje klimaty. Zrobiło się bardzo dynamicznie, gdzieś po drodze udało mi się podłapać mroczną, niepokojącą atmosferę. Na jaw wychodziły nowe fakty, Nannerl stawała się coraz bardziej dociekliwa, a ja razem z nią, bo chciałam wiedzieć, kto otruł jej brata. I wiecie co? Rozwiązanie okazało się naprawdę niespodziewane. Dzięki temu książka zdecydowanie zapunktowała w moich oczach. Ponadto autor zastosował fajną klamrę kompozycyjną, co sprawiło, że całość wydała mi się skonstruowana w przemyślany, logiczny sposób.

Warto zwrócić uwagę na opisy muzyki, które naprawdę były przepiękne. Właściwie wspomniane utwory stały się odrębnymi bohaterami, zresztą sama opera „Czarodziejski flet” odegrała tutaj dużą rolę. Styl Matta Reesa jest prosty i przystępny, a chociaż zwykle wolę, kiedy książki z tłem historycznym pisane są współczesnym językiem, tutaj przydałby się od czasu do czasu jakiś archaizm (pomijając zwroty grzecznościowe), bo może to spowodowałoby, że klimat byłby bardziej wyczuwalny. Podobało mi się natomiast, że pisarz starał się wniknąć w psychikę swojej bohaterki i faktycznie dobrze sobie przemyślał, jaka powinna być Nannerl w jego wydaniu. No i wątek miłosny! Chociaż uważam, że pewne rzeczy wydarzyły się nieco zbyt szybko, to jednak nie da się odmówić chemii, która buchała ze stron już od pierwszego spotkania pewnej dwójki. 

„Ostatnia aria Mozarta” ma świetny pomysł na fabułę, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że jego potencjał nie został w pełni wykorzystany. Wątek dotyczący zabójstwa poprowadzono całkiem nieźle, co w połączeniu z urokliwym Wiedniem oraz przebiegłymi masonami dało fajną, ale miejscami nieprzekonującą mieszankę. I właśnie tu jest problem z moją oceną: książka jest całkiem niezła, jednak dużo rzeczy nie zagrało, a już na pewno zabrakło tego „czegoś”. Dam znać, kiedy się dowiem, czym to „coś” jest.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

„CzaroMarownik 2018” – prezent dla jednej z was


Zgodnie z obietnicą po recenzji „CzaroMarownika 2018” przyszedł czas na wytypowanie blogerki, do której trafi egzemplarz tego wyjątkowego kalendarza :) Powiem szczerze, że gdybym mogła, obdarowałabym każdą z was. Cenię wszystkie blogi, które znajdują się w ramce „Zaglądam”; do was zawsze wracam i z przyjemnością czytam kolejne wpisy. Poza tym, nie da się ukryć, każda kobieta po prostu zasługuje na tak zgrabny i przydatny prezent. W tym wypadku musiałam jednak wybrać tylko jedną osobę. 

„CzaroMarownik” wędruje do... Klaudii z bloga Z książką do łóżka!

Lubię Twoje recenzje, Twoją rzetelność i szczerość. Mam nadzieję, że kalendarz umili Ci codzienność, a może nawet trochę pomoże przy planowaniu kolejnych postów :) Poproszę o adres do wysyłki!
Czytaj dalej

„CzaroMarownik 2018” – czarujący kalendarz na nadchodzący rok


Dzisiejsza recenzja jest nieco nietypowa, bo nie dotyczy żadnej powieści. Zamiast tego przyjrzymy się bliżej pewnemu wyjątkowemu kalendarzowi; mowa tutaj o „CzaroMarowniku 2018”, przygotowanym przez Wydawnictwo Kobiece. Sama oprawa prezentuje się świetnie i nie da się ukryć, że wyróżnia się na tle wielu innych kalendarzy. A jak to wszystko wygląda w środku? 

Przyznam od razu, że pierwsze wrażenie wzbudziło we mnie pewne wątpliwości. „Czy to nie wygląda trochę... tandetnie?” – pomyślałam. „CzaroMarownik” wita nas horoskopem na nadchodzący rok, ponadto widać, że takie szczegóły, jak znak zodiaku czy fazy Księżyca zostały w pewien sposób uwypuklone. Horoskopy czytać lubię, ale z reguły się z nich śmieję; potraktowałam zatem ten wstęp z przymrużeniem oka. Dopiero po przejrzeniu zawartości reszty kalendarza doszłam do wniosku, że to coś idealnego dla mnie.

Pod względem czysto wizualnym „CzaroMarownik” nie budzi żadnych zastrzeżeń. Widać, że został przygotowany z pasją, z dbałością o każdy element, a najdrobniejsze detale po prostu cieszą oko. Każdemu dniu została poświęcona osobna strona, dzięki czemu bez trudu znajdzie się miejsce na notatki, zapisanie ważnych wydarzeń czy zaplanowanie jakiegoś przedsięwzięcia. Od kilku lat bardzo często noszę ze sobą kalendarz, żeby w razie potrzeby zanotować coś ważnego, dlatego propozycja od Wydawnictwa Kobiecego będzie jak znalazł.


Mimo wszystko nie jest to kalendarz jak każdy inny, bo jeszcze żaden nie ujął mnie wykonaniem pełnym ciepła i troski o właścicielkę. Wydawało mi się, jakby „CzaroMarownik” został przygotowany specjalnie dla mnie. Widać, że redakcja włożyła dużo serca w pracę nad tym dziełem, przez co efekt przybrał charakter niemalże personalny. Jeszcze nie zaczęłam z niego korzystać, a już czuję się przywiązana :) Poza tym w środku znajduje się mnóstwo porad dotyczących zdrowia, dbania o własny wygląd, odżywiania, wystroju domu i wiele, wiele więcej. Nie zabrakło także przepisów na proste triki, dzięki którym możemy umilić sobie życie. Dodatkowo przy każdym kolejnym dniu witają nas proste, poprawiające humor aforyzmy, dzięki którym korzystanie z kalendarza będzie jeszcze przyjemniejsze.

Jeśli lubicie ładne, a zarazem praktyczne i przydatne gadżety tak samo jak ja, to „CzaroMarownik” na pewno wpadnie wam w oko. To fajny, kobiecy dodatek do każdej torebki, który nie tylko dobrze wygląda, ale będzie także pod ręką w różnych sytuacjach. 

Premiera: 13 października


Mam jeszcze dla was małą niespodziankę. Już pojutrze, czyli 13 września, wybiorę jedną ze znajomych blogerek, do której powędruje „CzaroMarownik”. Osobę, którą w ten sposób wyróżnię, proszę o zgłoszenie się z adresem do wysyłki – kalendarz trafi do niej po jego oficjalnej premierze. Czekajcie zatem na kolejny post, bo może akurat Ty zostaniesz szczęśliwą właścicielką „CzaroMarownika” :)
Czytaj dalej

„Przebudzona” Iga Wiśniewska (PRZEDPREMIEROWO)

Wolne Miasto Rades ponownie opanowuje chaos. Okrutna bestia co miesiąc, podczas pełni księżyca, zabija każdego, kto wejdzie jej w drogę. Media huczą, kolejne rodziny pogrążają się w żałobie. Tymczasem ktoś z równą premedytacją morduje paranormalnych. David, przywódca zmiennokształtnych, musi stanąć na wysokości zadania i wytropić obu morderców. Nie będzie działać sam, choć nie przypuszczał, że pomoc nadejdzie również z tak niespodziewanej strony.

Tytuł: „Przebudzona”
Cykl: „Przeklęta”, tom 2
Autor: Iga Wiśniewska
Wydawnictwo: Lucky
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2017

Na kontynuację „Przeklętej” wyczekiwałam z utęsknieniem, tym bardziej, że pierwszy tom zakończył się takim cliffhangerem, że jeszcze długo nie mogłam się otrząsnąć. Książkę pochłonęłam wówczas błyskawicznie, dlatego za lekturę „Przebudzonej” zabrałam się z ogromnym entuzjazmem. Często, sięgając po drugi tom serii, która przypadła mi do gustu, mam w sobie pewne obawy. Tutaj szybko się one rozwiały, bo ponownie wciągnęły mnie wydarzenia w Radesie.

Mam wrażenie, że akcja w „Przebudzonej” nieco zwolniła i była mniej dynamiczna, niż w „Przeklętej”. Oczywiście są sceny, które wywracają wszystko do góry nogami i czytelnik w napięciu czeka na to, co się stanie, jednak tym razem miałam okazję się zatrzymać i zastanowić nie tyle nad tym, czy stanie się coś złego, tylko nad uczuciami poszczególnych bohaterów. Iga Wiśniewska ponownie wykorzystała narrację pierwszoosobową, która jednak regularnie przeskakuje od jednej postaci do drugiej. Ten zabieg nie jest ani trochę męczący, głównie dlatego, że trudno mi sobie wyobrazić bardziej różniących się od siebie bohaterów. Każda z ich perspektyw jest wyjątkowa, a ponieważ tempo zwolniło, mogłam ich jeszcze lepiej poznać. 

Nie wiem, czy kiedykolwiek miało to miejsce, ale każda z postaci pierwszoplanowych zasłużyła na moją sympatię. Miriam, David, Iwan, Vivian i Ben – uwielbiam wszystkich za indywidualny styl bycia i niepowtarzalność. Razem tworzą mieszankę wybuchową. Ponadto zastanawiałam się, jak autorka pokieruje Miriam, która, nie ukrywajmy, miała za sobą niezłe przeżycia. Z ulgą odkryłam, że przemiana tej bohaterki została ukazana bardzo naturalnie; widać, że przeszłość odcisnęła na niej spore piętno, jednak nie przestała być tą samą osobą, którą poznałam w „Przeklętej”. 

Jeśli chodzi o stronę techniczną, nie mam większych zarzutów. Styl Igi Wiśniewskiej, lekki i przystępny jak zawsze, po raz kolejny dał o sobie znać. Dialogi są niesamowicie płynne i błyskotliwe, co jakiś czas przebija się także przyjemny humor, dzięki któremu czytanie staje się jeszcze łatwiejsze. Miejscami żałowałam, że pewne wydarzenia nie są opisane bardziej szczegółowo, choć nie da się ukryć, że pole do wyobraźni jest spore, co zresztą stanowi sporą zaletę. Moje największe zastrzeżenie to... długość tej powieści! Poważnie, miałam wrażenie, że strony dosłownie przelatują mi przez palce i zanim się obejrzałam, dotarłam do finału. Za krótko! 

Nie wspomniałam jeszcze o samej fabule, bo, muszę przyznać, jestem zaskoczona i jednocześnie – bardzo usatysfakcjonowana. Po raz kolejny autorka zainspirowała się mitologią grecką, a ponieważ uwielbiam taką tematykę, nie mogłam czuć się bardziej dopieszczona. Iga Wiśniewska fajnie wykorzystuje motywy znane z mitów i dostosowuje je do swoich pomysłów, dzięki czemu powstaje coś wciągającego i interesującego. Napięcie rośnie bardzo stopniowo, razem z innymi mieszkańcami Wolnego Miasta Rades możemy odczuć wzbierającą panikę, by dopiero na końcu przekonać się, kto jest za nią odpowiedzialny. No i to, co wyszło na jaw na temat Miriam... Przyznaję, że opadła mi szczęka. Miałam co prawda pewne podejrzenia, ale akurat na coś takiego bym nie wpadła.

Nie zabrakło także wątku miłosnego, którego zalążki mogliśmy już zaobserwować w „Przeklętej”. Tutaj sprawa znacząco się rozwija, absolutnie nie odciągając uwagi od głównej akcji. Nie da się jednak ukryć, że między dwójką bohaterów sporo jest chemii i wzajemnego przyciągania, któremu trudno nie ulec. I chociaż fabuła mogłaby spokojnie się obyć bez jakiegokolwiek romansu – wystarczyłyby przeboje Iwana z jego narzeczoną – to jednak wydaje mi się, że dzięki temu jest pełniejsza i bogatsza.

„Przebudzona” dorównała poziomem swojej poprzedniczce i tym samym znowu zabrała mi kilka godzin z życia, czego absolutnie nie żałuję. Zakończenie pozostawiło mnie z kolejnymi pytaniami, więc mam ogromną nadzieję, że tom trzeci na nie odpowie. Cykl Igi Wiśniewskiej to fajne, młodzieżowe fantasy, które przyciąga od pierwszych stron i pozostawia z uczuciem dziwnie przyjemnego niedosytu. Czekam na więcej.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorce.
Czytaj dalej

„Biedny Tom już wystygł” Maureen Jennings


Kiedy młody konstabl, Oliver Wicken, nie wraca z typowego, nocnego obchodu, koledzy z komisariatu zaczynają się niepokoić. William Murdoch rozpoczyna poszukiwania, które doczekują się nieprzyjemnego finału: w jednym z opuszczonych domów detektyw odnajduje ciało konstabla z raną postrzałową głowy. Żadnych śladów walki, tylko liścik, wyraźnie sugerujący, że Wicken popełnił samobójstwo. I choć początkowo wszyscy są przekonani, że mężczyzna się zabił, na jaw zaczynają wychodzić fakty, które pozwalają sądzić, że ktoś mógł być zamieszany w tę tragiczną śmierć.

Tytuł: „Biedny Tom już wystygł”
Tytuł oryginalny: „Poor Tom is cold”
Autor: Maureen Jennings
Cykl: Seria o detektywie Murdochu, tom 3
Wydawca: Wydawnictwo Oficynka
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2011

To już moje trzecie spotkanie z Williamem Murdochem oraz twórczością Maureen Jennings. Zdążyłam już przywyknąć do jej plastycznego, przyjemnego w odbiorze w stylu, a także do umiejętności konstruowania zawiłych, przemyślanych zagadek kryminalnych. Z jednej strony nie zawiodłam się, a z drugiej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten tom wypada jak dotąd najsłabiej z całej serii. 

Po raz pierwszy nie mogłam się wciągnąć w śledztwo detektywa i ulec autentycznemu zaciekawieniu, które wiodło do odpowiedzi na klasyczne pytanie „kto zabił?”. Całkiem prawdopodobne, że okoliczności morderstwa przedstawionego w „Biedny Tom już wystygł” nie wydały mi się tak intrygujące, jak w poprzednich dwóch częściach. Kiedy stopniowo, razem z głównym bohaterem, odkrywamy kolejne poszlaki, poznajemy też pewną nietypową (żeby nie powiedzieć wprost: dziwną) rodzinę. Dawno nie spotkałam się z tak pokręconą linią pokrewieństwa czy też powinowactwa, łączącą ludzi mieszkających pod jednym dachem. Początkowo nie mogłam się w tym połapać, dlatego nabrałam dystansu do samej zagadki. Na szczęście im dalej w las, tym lepiej, a autorce znakomicie udało się zwieść moją spostrzegawczość i jedynie w połowie spotkać z przewidywaniami.

Podczas gdy wreszcie zaczęłam się dobrze bawić, tropiąc potencjalnego mordercę ramię w ramię z Murdochem, po raz kolejny mogłam się zachwycić uroczym Toronto z końca XIX-wieku. Właśnie za to najbardziej sobie cenię ten cykl: za jego wyjątkowy klimat, dzięki którym śledztwa kryminalne zyskują barwne, ciekawe tło. Jednocześnie język jest bardzo prosty, absolutnie nie archaiczny czy sztywny, dzięki czemu każdy współczesny czytelnik z łatwością się odnajdzie.

Z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że w tym tomie pojawił się wątek miłosny. Jego zalążki dostrzegałam już wcześniej, jednak były to zabiegi tak nieśmiałe i niepewne, że nie wiedziałam, jak to się dalej potoczy. Również i tutaj rozwijający się romans jest niezwykle subtelny i absolutnie nie przyćmiewa wątku kryminalnego. I chociaż patrząc z boku dochodzę do wniosku, że tej miłości nie uświadczy się w książce zbyt wiele, wywołuje ona ciepły uśmiech i pewnego rodzaju nadzieję na przyszłość. Poza tym William Murdoch po raz kolejny totalnie mnie rozczulił swoją nieporadnością w kontaktach z kobietami.

Skoro wspomniałam już o głównym bohaterze, nie mogę pominąć milczeniem tego, co najbardziej podobało mi się w tej powieści. Autorka nareszcie delikatnie uchyliła rąbek tajemnicy w związku z dzieciństwem detektywa. Wcześniej były to dosłownie jednozdaniowe wzmianki; tym razem mogłam się przekonać, że przeszłość Murdocha jest tak mroczna, jak się spodziewałam. Dzięki temu dostałam pełniejszy obraz tej postaci i lepiej ją zrozumiałam. Jednocześnie ubolewam, że nieco kuleje kreacja bohaterów drugoplanowych. Poza małżeństwem Kitchenów, u których detektyw mieszka, o innych wiemy niewiele ponad podstawowymi informacjami. Wyczekuję też niecierpliwie pełniejszego opisu tego, co wydarzyło się z dawno narzeczoną Murdocha i mam ogromną nadzieję, że autorka mnie pod tym względem nie zawiedzie.

„Biedny Tom już wystygł” nie dorównuje co prawda swoim dwóm poprzedniczkom, jednak książka mimo wszystko się broni, głównie przez zachowanie charakterystycznej dla serii atmosfery. Drobne usterki nie przeszkodziły mi w czerpaniu przyjemności z czytania, a co za tym idzie, nie mogę się już doczekać kolejnego tomu. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Oficynka.
Czytaj dalej

ZAPOWIEDŹ: „Przebudzona” Iga Wiśniewska (PATRONAT MEDIALNY)

Nazwisko Igi Wiśniewskiej przewijało się na moim blogu już kilkukrotnie; jak dotąd każdą z jej książek wspominam bardzo ciepło. Po „Przeklętej”, którą miałam przyjemność zrecenzować w zeszłym roku (klik), czekałam niecierpliwie na zapowiadaną kontynuację. Doczekałam się. Już 8 września nakładem Wydawnictwa Lucky ukaże się „Przebudzona”, drugi tom tego wciągającego fantasy. Przy okazji mam przyjemność ogłosić, że mój blog objął ten tytuł patronatem medialnym.

Opis wydawcy:
Gdy nad Wolnym Miastem Rades pojawia się księżyc w pełni, ulice pustoszeją. Ani zwykli, ani paranormalni mieszkańcy nie mogą czuć się bezpieczni. Tajemnicza bestia przez kilka nocy w miesiącu poluje na ludzi, a brutalny morderca wybija kolejnych paranormalnych, nie zważając na fazy księżyca.
David, władca zmiennokształtnych, musi ustalić, czy obie sprawy jakoś się ze sobą łączą, zabić bestię i złapać mordercę. Wszystko przed kolejną pełnią.
Żeby wygrać wyścig z czasem, będzie zmuszony poprosić o pomoc nie tylko nierozgarniętego naukowca i medium, lecz także kobietę, która powinna być martwa.

Za parę dni możecie się spodziewać przedpremierowej recenzji „Przebudzonej”. Lekturę mam już za sobą – nie chcę zbyt wiele zdradzać, więc wspomnę tylko, że fani Igi Wiśniewskiej czy też samej „Przeklętej” nie będą rozczarowani :) Na pewno pojawi się również konkurs, w którym będziecie mogli wygrać egzemplarz „Przebudzonej”, dlatego bądźcie czujni!

Przypominam: premiera już 8 września.


Czytaj dalej