Jeszcze jeden odcinek: „Dracula” (2013)


Do obejrzenia tego serialu wcale nie nakłoniła mnie miłość do postaci Drakuli. Prawdę powiedziawszy, do czego się ze wstydem przyznaję, jak dotąd nie przeczytałam słynnej powieści Brama Stokera (przy czym moje przewinienie jest podwójne, bo książkę mam). Nie, powód był zupełnie inny i nie jest to również mój sentyment do wampirów. Jeśli ktoś jeszcze pamięta moją recenzję „Dynastii Tudorów” (klik), to wie, że ogromne wrażenie zrobił na mnie Jonathan Rhys Meyers w roli króla Henryka VIII. Od tamtego czasu moje zauroczenie tym aktorem wcale nie minęło, a nawet wzrosło, więc jego nazwisko przyciąga mnie jak magnes. Bardzo byłam zatem ciekawa, jak poradził sobie w tym przypadku.

W serialowej wersji Dracula przyjmuje nazwisko Alexandra Graysona, wcielając się w Amerykanina, goszczącego w Londynie w interesach. W rzeczywistości wampir planuje zemścić się na organizacji, która przed wieloma laty skazała go na potępienie i zamordowała jego ukochaną. Inteligencja, urok i hojność Graysona wzbudzają zainteresowanie londyńskiej śmietanki towarzyskiej. W nowym środowisku Dracula spotyka Minę – kobietę łudząco podobną do jego zmarłej żony. 


Wiek XIX, Londyn, powłóczyste suknie, konne powozy – klimat bardzo nastrojowy i charakterystyczny. Z ulgą przywitałam fakt, że twórcy udźwignęli wyzwanie i stworzyli nastrój, bez którego osadzenie akcji w takiej epoce nie miałoby racji bytu. Stolica Anglii prezentuje się mrocznie, tajemniczo i niebezpiecznie. Kostiumy są cudowne, reszta scenografii też nie budzi powodów do narzekań; pod względem czysto wizualnym serial znakomicie oddaje atmosferę i nie zaniedbuje tła wydarzeń.

Mimo że nie czytałam książki Stokera, historię Drakuli najbardziej kojarzę z filmem Francisa Forda Coppoli i Garym Oldmanem w tytułowej roli. Nie widziałam tej produkcji w całości, jedynie urywki, bo kiedy puszczali ją w telewizji, rodzice nie byli zachwyceni, gdy próbowałam zerkać (z kolei mój brat bez większych skrupułów obejrzał ze mną „Wywiad z wampirem” – miałam wtedy jakieś 10 lat i po filmie bałam się jak diabli). Tymczasem serial totalnie odbiega od klasycznego hrabiego Drakuli grasującego po swoim zamku. Z jednej strony cieszy mnie oryginalność linii fabularnej, a z drugiej odrobinę brakowało mi tej klasyki. Niemniej wątki są bardzo zgrabnie ze sobą połączone; regularnie w retrospekcjach powracamy do wydarzeń, które ukształtowały głównego bohatera. Poznajemy tajniki Zakonu Smoka, skupiającego nie tylko arystokratów i dostojników Kościoła, ale także łowców wampirów, dostajemy też dość dobry przekrój życia społeczno-obyczajowego. Po drodze trafiamy także na typowy friendzone, zdrady, oszustwa, kilka zagadnień z ówczesnej medycyny i bardzo ciekawy wątek dotyczący opracowywania pewnego niezwykłego serum. Oczywiście nie brakuje tutaj romansu, przy czym chemia jest tak intensywna, że z ekranu niemalże lecą iskry – co jednak nie sprawia, że więź między Alexandrem a Miną przysłania całą resztę. I najważniejsze: wampiry pozostają tutaj wampirami! Potrafią być nieprzewidywalne i groźne, nawet pod maską ciepłego uśmiechu wciąż pozostają maszynami do zabijania. 


Oczywiście pod względem aktorskim nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Meyers jak zwykle mnie oczarował; prawdopodobnie nie jestem obiektywna, bo uwielbiam w tym facecie wszystko, począwszy od barwy głosu, a na sposobie poruszania się kończąc. Jako Dracula wypadł niezwykle przekonująco, nie brakowało mu charyzmy, a wszelkie emocje pokazywał z odpowiednim natężeniem. Jessica De Gouw zachwyciła mnie swoją urodą i... właściwie to wszystko. W duecie z Meyersem – bomba, osobno – raczej średnio. Pomijając jeszcze Olivera Jacksona-Cohena, który odegrał najbardziej irytującą postać, praktycznie wszyscy bohaterowie z pierwszego planu zrobili na mnie dobre wrażenie. Do moich ulubieńców muszę zaliczyć Renfielda, zagranego przez Nonso Anonziego oraz Lucy, w którą wcieliła się urocza Katie McGrath. Do najciekawszych należał również wątek związany z pewną łowczynią, znakomicie zagraną przez Victorię Smurfit. Twórcy poświęcają czas każdemu z nich, na tyle precyzyjnie budując ich wizerunki, że widz bez problemu może ich poznać i zająć własne stanowisko. A że charaktery są naprawdę różnorodne, jest na co zwracać uwagę. Właściwie jestem pełna podziwu, że w ciągu zaledwie dziesięciu odcinków serial pokazał taką mnogość wątków, postaci i motywów.

Pomijając czasem przerysowane i nie do końca wiarygodne sceny walki, strony technicznej nie mogę się przyczepić. Ujęcia wyglądają bardzo dobrze, gra światła znakomicie podkreśla nastrój w odpowiednich momentach. Finał sezonu pozostawia pewien niedosyt i mnóstwo potencjału na kontynuację, dlatego ubolewam, że padła decyzja o anulowaniu. Serial być może nie należał do wybitnych, ale wyróżniał się przede wszystkim inwencją twórców. Poszczególne sceny nie nudzą, a wciągają i zapewniają odpowiednią ilość napięcia i oczekiwania na to, co się stanie. Jeśli lubicie wampiry i chcecie zobaczyć Drakulę w nowej odsłonie – serial może się okazać naprawdę przyjemną rozrywką.



źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

„Skaza” Cecelia Ahern


Celestine bezgranicznie wierzy w słuszność i sprawiedliwość decyzji Trybunału. Przecież to jasne, że każdy, kto w jakikolwiek sposób splamił swój charakter, musi ponieść karę. Trudno też sprzeciwiać się panującemu prawu, kiedy spotyka się z synem sędziego Crevana, jednego z najważniejszych ludzi w kraju. Wszystko jednak się zmienia, gdy tamtego ranka do autobusu wsiada staruszek, który przypomina Celestine jej dziadka. Dziewczyna w ciągu zaledwie kilku dni staje się twarzą rewolucji, mającej obalić obecny porządek i wprowadzić nowe prawo.

Tytuł: „Skaza”
Tytuł oryginalny: „Flawed”
Autor: Cecelia Ahern
Cykl: Skaza, tom 1
Wydawca: Wydawnictwo Akurat
Liczba stron: 448
Rok wydania: 2016

Cecelia Ahern przyzwyczaiła swoich czytelników do romansów – całkiem zgrabnych i przyjemnych romansów, należy dodać. Byłam mocno zaskoczona, kiedy okazało się, że „Skaza” została utrzymana w klimatach dystopii / antyutopii. Miejscem akcji jest Highland, fikcyjne państwo, gdzie kontrolę sprawuje Trybunał, instytucja osądzająca i karząca tych członków społeczeństwa, którzy przestali być idealni. Wykrycie wady – może to być kłamstwo, może to być nielojalność wobec panującego systemu – powoduje, że oskarżonemu wypala się w wyznaczonym miejscu symbol z literką „s” w okręgu, co spycha go na margines i odtąd zmusza do wyzbycia się wszelkich luksusów. 

Bardzo szybko i niestety z rozczarowaniem zorientowałam się, że „Skaza” to takie popłuczyny po „Igrzyskach śmierci” i „Niezgodnej”. Schemat jest niemalże identyczny: mamy totalitarne rządy, które szokują swoim okrucieństwem, jednak wkrótce z cienia wychodzi grupa opozycjonistów. A na ich czele, chcąc nie chcąc, staje nastoletnia dziewczyna, która przeradza się w ikonę buntu. Brzmi znajomo? Bo jest znajome. „Skaza” nie zaskoczyła mnie praktycznie ani razu; fabuła jest tak przewidywalna, że niemal przezroczysta. Cały czas nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że już o tym czytałam. Kreacja trybunału, koncepcja obowiązującego prawa, jak i sam wymiar kary to niby pomysły autorskie, ale właściwie nie odstają one do podziału społeczeństwa na frakcje, co zrobiła Veronica Roth czy też od organizacji śmiertelnie niebezpiecznego turnieju, co pojawia się w trylogii Suzanne Collins.

Nie mogę powiedzieć, by książkę czytało się źle. Po raz kolejny Cecelia Ahern kupiła mnie przyjemnym, lekkim stylem, który sprawił, że błyskawicznie pochłaniałam kolejne rozdziały. Akcja szybko się rozkręca, autorka niemal od razu przechodzi do rzeczy. Bohaterowie są wykreowani całkiem w porządku, a co najważniejsze: Celestine jako główna postać nie jest jakoś bardzo irytująca (choć oazy spokoju ze mnie nie zrobiła). Czasem zachowuje się jak ostatnia naiwniara, ale da się przeżyć. Sympatię budzi przede wszystkim jej siostra, Juniper, a także dziadek dziewczyn, który zdecydowanie zasługuje na miano najlepszego bohatera tej książki. Przede wszystkim dlatego, że ani razu mnie nie zdenerwował, a jego motywacja od samego początku jest jasna i jednoznaczna.

Co ironiczne, konstrukcja „Skazy” ma... skazę, i to w sumie nie jedną, a kilka. Wychwyciłam parę nielogicznych punktów, budowa świata przedstawionego też nie jest pełna. Do końca książki nie mamy pojęcia, gdzie leży Highland, jak to państwo w ogóle powstało, jaką ma właściwie historię. Z początku byłam przekonana, że akcja toczy się w zupełnie alternatywnej, fikcyjnej rzeczywistości, dopóki autorka nie poczyniła wzmianek wskazujących, że świat (przynajmniej pod względem historyczno-geograficznym) niewiele się tutaj zmienił. Ponadto widać, że niektóre sceny były zwyczajnie po to, żeby pchnąć fabułę do przodu. Celestine, oskarżona za niewielkie przewinienie, jest traktowana jak największa przestępczyni. Co więcej, szybko zaczyna odczuwać jakiś rodzaj porozumienia z chłopakiem, z którym właściwie nie zamieniła ani słowa. Mogłabym to po prostu zrzucić na nielogiczność jej zachowania, jednak można się zorientować, że bez tego nie byłoby otwarcia kolejnych wątków. Niestety efekt jest nieco wymuszony.

Skłamałabym mówiąc, że „Skaza” zupełnie mi się nie podobała. Lubię zarówno „Igrzyska śmierci”, jak i „Niezgodną”, dlatego dobrze się odnalazłam w tym dystopijnym otoczeniu. Akcja jest dość dynamiczna, na szczęście autorka w zupełności zrezygnowała ze zbędnych zapychaczy czy wszelkich innych zabiegów, które spowolniłyby fabułę lub też zwyczajnie zwiększyłyby objętość książki. Po kilku rozdziałach odkryłam, że się wciągnęłam, że realia Highlandu mnie pochłonęły i zaczęłam w głębi serca kibicować nie tylko Celestine, ale także wszystkim rebeliantom, którzy zdecydowali się zwrócić przeciwko Crevanowi. „Skaza” dostarczyła mi fajnej, wakacyjnej rozrywki, jednak nie jestem przekonana, czy Cecelia Ahern dobrze postąpiła, odchodząc od swoich tradycyjnych romansów (choć i tutaj uświadczymy wątku romansowego!).

Pierwszy tom przygód Celestine mogę określić mianem przyjemnego czytadła, które nie wyróżnia się niczym specjalnym; fabułę ma dość oklepaną, kompozycja czy sam pomysł nie budzi większego zachwytu. Ale bawiłam się nieźle. Fanom młodzieżówek, którzy lubią takie klimaty, powieść z pewnością przypadnie do gustu. Ja również nie mówię „nie” i z chęcią sięgnę po drugą część.
Czytaj dalej

„Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” Sumia Sukkar


Adam ma zaledwie czternaście lat, kiedy w Syrii, jego rodzinnym kraju, wybucha wojna domowa. Chłopiec obserwuje najpierw drobne, subtelne zmiany w otoczeniu, by ostatecznie zostać wrzuconym w sam środek konfliktu, który staje się dla niego synonimem strachu. Dotychczas bezpieczny, nieskomplikowany świat Adama traci swoje żywe barwy, by na długo skąpać się w szarości.

Tytuł: „Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę”
Tytuł oryginalny: „The Boy From Aleppo Who Painted the War”
Autor: Sumia Sukkar
Wydawca: Wydawnictwo Jaguar
Liczba stron: 312
Rok wydania: 2017

Zrecenzowanie tej książki nie należy do najłatwiejszych zadań. O wojnie w Syrii słyszał każdy, nawet ten, kto niespecjalnie interesuje się wydarzeniami na świecie. Nasza wiedza jest w głównej mierze oparta na tym, co mówią media. A media, chcąc nie chcąc, z reguły pokazują tylko jedną stronę medalu. My też jesteśmy po tej stronie, teoretycznie niezaangażowanej, ograniczającej się niemal wyłącznie do poglądów na temat uchodźców. Tymczasem książka Sumii Sukkar prezentuje wydarzenia w Syrii od wewnątrz, na dodatek oczami wyjątkowego dziecka. Adam choruje na zespół Aspergera i pojmuje świat zupełnie inaczej. Właśnie za pomocą jego perspektywy zetknęłam się z obliczem wojny, które okazało się jednym ze straszniejszych w znanej mi do tej pory literaturze.

Adam nie tylko kocha malować, ale także postrzega rzeczywistość przez pryzmat kolorów; co więcej, tytuły rozdziałów to zarazem nazwy poszczególnych odcieni. Barwy stają się tutaj swoistym kodem językowym, którym główny bohater i zarazem narrator powieści komunikuje się zdecydowanie sprawniej, niż słowami. Poznajemy jego rodzinę: ojca, trzech starszych braci oraz siostrę Yasmine, która po śmierci matki stała się dla Adama niemal jej następczynią. Ich całkiem proste życie przerywa widmo wojny, najpierw jedynie krążące nad ich domem, a później uderzające z całą siłą. 

Adam nie rozumie wojny. Początkowo nawet jej nie zauważa, bo kojarzy mu się wyłącznie z mundurami. Jego domowe ognisko zostaje brutalnie zgaszone, cierpią najbliżsi. To, że główny bohater ma zespół Aspergera wcale nie sprawia, że obraz wydarzeń w Aleppo jest wypaczony czy zniekształcony, wprost przeciwnie. Prostolinijność czternastoletniego chłopca, jego wiara i ufność jedynie podkreśliły absurd wojny. Brutalność i okrucieństwo walk w Syrii tym bardziej szokuje, a przede wszystkim prowokuje krótkie, ale bardzo trudne pytanie: „dlaczego?”. Adam próbuje odpowiedzieć na nie w swój sposób, czyli malując obrazy, które z nieco przerażającą precyzją wydobywają na światło dzienne całe zło, doświadczane przez niewinnych ludzi.

Pod względem technicznym nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak dobrze Sumia Sukkar wcieliła się w swojego czternastoletniego bohatera, jak dokładnie zarejestrowała za pomocą jego oczu wydarzenia w Syrii. Prosty język i wyjątkowo lekki jak na tematykę styl spowodował, że czytelnik może skupić się wyłącznie na warstwie fabularnej. A tutaj dzieje się wiele. Przy niektórych scenach musiałam przerywać czytanie, bo ładunek emocjonalny był niezwykle mocny. Chyba właśnie fakt, że autorka zdecydowała się na przedstawienie Aleppo z perspektywy zwykłej, syryjskiej rodziny sprawił, że historia jest nie tylko bardzo prawdziwa, ale pozwala także na utożsamienie się z bohaterami. Zwłaszcza że w czasie wojny nie ma miejsca na litość czy jakąkolwiek empatię. Każda więź, nawet wśród najbliższej rodziny, zostaje wystawiona na próbę i właściwie tylko od zwykłego szczęścia zależy, czy uda jej się przetrwać piekło. 

Nie będę się rozpisywać, bo tak naprawdę nie ma to sensu. Każdy powinien poznać historię „Chłopca z Aleppo, który namalował wojnę”. Gdyby wszyscy na świecie tak jak Adam usiedli i zastanowili się, czy warto zabijać drugiego człowieka w imię jakiejkolwiek idei, to może wreszcie osiągnęlibyśmy pokój. Debiut Sumii Sukkar to książka niezwykła, świetnie napisana, ale przede wszystkim – przerażająca. Bo takie rzeczy się dzieją, nie trzeba wcale daleko szukać. Nasz świat jest kolorowy tak długo, jak decydujemy się nie widzieć tych wszystkich odcieni szarości i czerni.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Jaguar oraz agencji BookSenso.
Czytaj dalej

„Dziewczyna z nagietkowym szalem” Susan Meissner


Taryn od dekady poszukuje pewnego wyjątkowego materiału z delikatnym wzorem w nagietki. Dzięki niemu mogłaby odtworzyć szal, który tamtego okropnego poranka osłaniał jej twarz, ratując życie. To wówczas nieznajomy mężczyzna bez namysłu postanowił jej pomóc, bo sama nie była w stanie. I chociaż Taryn wolałaby zapomnieć, że istnieje jakikolwiek dzień pomiędzy 10 a 12 września, nie może przestać myśleć o szalu, który cały wiek wcześniej należał do kogoś zupełnie innego.

Tytuł: „Dziewczyna z nagietkowym szalem”
Tytuł oryginalny: „A Fall of Marigolds”
Autor: Susan Meissner
Wydawca: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2017

„Dziewczyna z nagietkowym szalem” to jedna z tych książek, gdzie na przemian można śledzić rozwój dwóch różnych historii. Narratorkami są dwie młode kobiety, które dzieli sto lat, zaś łączy rozpacz związana z utratą ukochanego człowieka oraz jeden, wyjątkowy szal. Pierwsza z opowieści koncentruje się na Clarze Wood, pielęgniarce, która znalazła schronienie na nowojorskiej wyspie Ellis. To miejsce ma pozwolić jej wyleczyć ranę po śmierci Edwarda, którego poznała w szwalni, gdzie niedługo później wybuchnął tragiczny pożar. Druga narracja koncentruje się zaś na Taryn, samotnie wychowującej córkę po tym, jak jej mąż zginął w zamachu na World Trade Center. Obie historie zostały zapisane w pierwszej osobie, dzięki czemu mogłam wyjątkowo dobrze wczuć się w sytuację obu kobiet. Zabieg polegający na przeplataniu przeszłości i teraźniejszości należy do jednego z moich ulubionych w literaturze (przywodzi mi na myśl książki Lucindy Riley), dlatego czytanie nie sprawiło mi najmniejszej trudności.

Na początku byłam nieco rozczarowana, kiedy zorientowałam się, że narracja Clary zdecydowanie dominuje. Sądziłam, że autorka zachowa równowagę, jednak szybko okazało się, że postać Taryn i jej przeżycia to tak naprawdę punkt wyjścia dla opowieści o młodej pielęgniarce. Z czasem do tego przywykłam, powiem więcej: taka kompozycja ostatecznie przemówiła na korzyść powieści. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wątek Taryn został bardziej rozbudowany, jednak sposób, w jaki obie historie wzajemnie się uzupełniły i splotły sprawił, że nie miałam więcej powodów do narzekań. Tym bardziej, że opowieść Clary jest cholernie wciągająca.

Jak można zauważyć, książka bazuje na prawdziwych wydarzeniach – tragicznych wydarzeniach, należy dodać. Okoliczności zamachu na WTC znane są wszystkim, również pożar szwalni Triangle Shirtwaist w Nowym Jorku miał rzeczywiście miejsce. Autorka znakomicie osadziła na tym tłach swoje bohaterki, czyniąc je przez to żywszymi. Oczywiście liczę się z tym, że niektóre fakty mogą być naciągane, przekoloryzowane czy wprost przeciwnie, nieoddane z właściwą precyzją. W końcu trudno być pewnym szczegółów, nie będąc świadkiem żadnego z tych wydarzeń. O ile można się przyczepić do pewnej naiwności w fabule, generalnie uważam, że pisarka całkiem zręcznie wybrnęła z pewnych niedogodności i luk, które musiała uzupełnić wyłącznie swoją wyobraźnią.

Powieść wyraźnie pokazuje, że nie potrzeba wiele czasu, żeby przywiązać się do drugiego człowieka, za to całe lata może trwać tęsknota i smutek po jego stracie. Na dodatek w przypadku Clary wkraczamy w sferę wątpliwości, na ile możemy ingerować w czyjeś życie. Jest to istotne szczególnie w momencie, kiedy pielęgniarka odkrywa, że zmarła żona jednego z pacjentów nie była z nim do końca szczera. Rozterki każdego z bohaterów, ich problemy, zmartwienia, radości – nic z tego nie było absolutnie wymuszone. Wszyscy byli ludźmi z krwi i kości, z którymi bardzo łatwo utożsamić się w trakcie czytania.

Na mnie największe wrażenie zrobiła jednak emocjonalność tej książki. Tragedie, szczególnie takie na miarę World Trade Center zawsze sprawiają, że przechodzą mnie ciarki, nawet jeśli nie jestem w żaden sposób z tym wydarzeniem związana. I choć, jak wspomniałam wcześniej, autorka w trakcie pisania nie mogła mieć pewności co do mniejszych lub większych detali, to jednak autentyczność uczuć jest tutaj niepodważalna. Rozpacz Taryn po utracie męża jest niemalże namacalna, podobnie jak smutek Clary, która nie znała dobrze Edwarda, a mimo to opłakiwała go każdego dnia. Groza zamachu i pożaru szwalni zostały przedstawione tak prawdziwie, że szczególnie pod koniec książki przy niektórych fragmentach miałam gęsią skórkę. Fikcja tak mocno spaja się tutaj z faktami, że nie sposób się do niej zdystansować. 

Co za tym idzie – muszę pogratulować Susan Meissner rewelacyjnego, naszpikowanego emocjami stylu, przez który w ciepły letni dzień zrobiło mi się zimno, a po dotarciu do ostatniej kartki jeszcze długo nie ruszałam się z miejsca. Obrazowość języka, jakim posługuje się autorka, w dużej mierze odpowiada za sukces tej książki. 

Co tu więcej mówić? „Dziewczyna z nagietkowym szalem” to, owszem, powieść o miłości, o jej utracie, o żalu i złamanych sercach. Ale to żadne płytkie romansidło, które umyka z pamięci w chwili, kiedy zamyka się książkę. Wielbicielom nieprzesadzonego sentymentalizmu zdecydowanie polecam.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

Na ekranie: „Król Artur: Legenda miecza”


Na nowego Króla Artura poszłam do kina bez większych oczekiwań. Chociaż nie, to nie do końca prawda. Na parę dni przed planowanym seansem napisałam przyjaciółce wprost: „słyszałam, że film beznadziejny, ale przynajmniej gra przystojny aktor”. Możecie nazwać mnie płytką, ale taka jest rzeczywistość: przekonywałam siebie, że nawet jeśli mi się nie spodoba, to przynajmniej nacieszę oko Charliem Hunnamem. A że lubię takie klimaty i sama tematyka bardzo mnie interesuje, tuż po zgaszeniu świateł w sali kinowej obiecałam sobie, że odrzucę od siebie negatywne opinie i postaram się być obiektywna.

Król Uther Pendragon ginie z rąk jednej z najbliższych sobie osób: swojego brata. Vortigern natychmiast przejmuje rządy, stając się klasycznym tyranem. Kiedy jednak z wody wyłania się miecz zatopiony w skale, nowy król odczuwa niepokój. Wszystko wskazuje na to, że jego bratanek, prawowity władca, jednak przeżył i będzie chciał odzyskać tron.

„Król Artur: Legenda miecza” odchodzi od tradycyjnego podania i robi to w sposób naprawdę udany. Historia nabrała nowego, świeżego kolorytu, dzięki czemu raczej nie powinna nudzić nawet największych fanów tej legendy. Oczywiście nie ma w tym nic niebanalnego; jakby na nie patrzeć, fabuła jest dość oklepana. Jest sobie facet, który żył normalnym, niemal nudnym życiem, dopóki nie okazało się, że jest wybrańcem. Nie do końca akceptuje swoje przeznaczenie, ale kiedy to robi, okazuje się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Oczywiście musi pokonać stereotypowego antagonistę, który generalnie jest straszną mendą. Nie trzeba legendy o królu Arturze, by odnaleźć takie same wątki w wielu innych filmach, szczególnie w epoce dystopii i szeroko pojętej fantastyki młodzieżowej. 


Mimo to jestem pod wrażeniem. Zdjęcia są po prostu piękne, szczególnie zachwyciła mnie dokładność pojedynczych ujęć, zwracanie uwagi na detale. Choć montaż w kilku miejscach zgrzytał (był taki moment, który skojarzył mi się ze średnio śmiesznymi komediami), całość jest bardzo płynna i serwuje odpowiednią dawkę emocji, by później, tylko przez chwilę, nieco przystopować i dać widzowi odpocząć. 

Skoro już mówimy o niezbyt zabawnych komediach, z dużą ulgą stwierdzam, że akurat humor w „Królu Arturze...” jest naprawdę fajny, wyważony. Koleżanka, z którą poszłam, też się śmiała, więc raczej nie mogę tego zrzucić wyłącznie na swój wypaczony mózg. Połączenie legendarno-historycznego tła z fantastyką też wypadło nieźle, choć trochę szkoda, że w filmie nie uświadczy się takich standardowych postaci jak Merlin czy Ginewra. Podobał mi się za to wątek z czarodziejką czy raczej, żeby mówić profesjonalnie, z magiem. Przy okazji: bardzo dziękuję twórcom za to, że nie próbowali na siłę zrobić z tego romansu, bo to zdecydowanie zepsułoby cały efekt. 

Na obsadzie się, szczerze mówiąc, nie zawiodłam. Charlie Hunnam wypadł bardzo przekonująco w roli Króla Artura (i nie mówię tak tylko dlatego, że jest przystojny, przysięgam). Chłop po prostu ma swój urok, a kiedy trzeba, może być bardzo charyzmatyczny. Muszę jednak wyznać, że moje serce zupełnie skradł Jude Law jako wielki, zły Vortigern. Wiem, że powinnam dziada nienawidzić, w końcu to czarny charakter, zamiast tego nie mogłam oderwać oczu od tego bohatera. Bardzo ciekawie wypadła również Astrid Bergès-Frisbey czy też Eric Bana, który sportretował ojca Artura. Do obsady załapał się nawet David Beckham, choć do dziś się zastanawiam, co on tam w ogóle robił i dlaczego.


Poszczególne sceny w filmie są niezwykle widowiskowe, dużo się dzieje, nie ma tu raczej miejsca na nudę. Niestety, nie sposób nie wspomnieć o zdecydowanie największym minusie tej produkcji, którym są... efekty specjalne. Tak przesadzonych i przekoloryzowanych już dawno nie widziałam. Przy finalnej walce miałam wrażenie, że oglądam sobie, jak ktoś gra na Play Station, tak bardzo przypominało mi to grę: grę o świetnej grafice, ale nierealnej. Strasznie mnie to drażniło, bo kulminacyjne momenty, zamiast zapierać dech w piersiach, bardziej robiły oczom krzywdę. Na szczęście jest też coś, co zrównoważyło ten przykry widok. Miód na moje uszy, czyli muzyka. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu jest absolutnie bezbłędna. Nic tak dobrze nie kreowało nastroju, nie podkreślało wagi, humoru czy emocjonalności danej sceny. Za to chylę przed Danielem Pembertonem czoła, bo odwalił kawał dobrej roboty, przygotowując muzykę do tej produkcji.

Co więcej mogę powiedzieć? Film Guya Ritchiego nie jest z pewnością wybitny, dużo mu zresztą do tej wybitności brakuje. Nie wywołuje „wow”, w szczególności w warstwie efektów specjalnych, nie sprawia też, że widz jak na rozżarzonych węglach czeka na finał, bo z góry wiadomo, jak to się skończy. Mimo to niezłe aktorstwo, muzyka i przyjemne widowisko, jakim ta produkcja jednak jest, nie wywołuje u mnie wyrzutów sumienia, że poszłam na ten seans. Nie żałuję, bo po prostu dobrze się bawiłam.



źródło zdjęć: filmweb.pl
Czytaj dalej