Czytelniczo-filmowe inspiracje na przerwę świąteczną

Jako że święta już za rogiem, nie mogłam się obyć bez posta właśnie w tym klimacie. Co prawda śniegu nie widać, przez co dużo trudniej osiągnąć odpowiedni nastrój, ale mam nadzieję, że zapach pierników i mandarynek będzie dla was przyjemny bez względu na brak zimowej aury :)
Ponieważ święta to bardzo często jedyny czas w roku, kiedy możemy choć trochę odpocząć, warto te wolne chwile dobrze wykorzystać. Jeśli nie wiecie, po jaką książkę sięgnąć albo jaki film obejrzeć w bożonarodzeniowy wieczór, poniżej znajdziecie trochę propozycji ode mnie. Wymienione tytuły w większości przypadków nie mają nic wspólnego z obecną porą roku czy samymi świętami, ale mam nadzieję, że któryś zainteresuje was na tyle, że umili jakiś chłodny, spokojny wieczór.
Czytaj dalej

„Wieczni” Alma Katsu

Nic nie może przecież wiecznie trwać…

Mówią, że książek nie należy oceniać po okładce. Niby się z tym zgadzam, ale i tak czasem galopuję przez całą księgarnię albo bibliotekę, bo coś konkretnego rzuciło mi się w oczy. Przykro się robi, gdy pod ładną oprawą chowa się bubel, jednak czasem uda się znaleźć coś, czego wygląd zewnętrzny zgrywa się z zawartością. Tak mogę ocenić „Wiecznych” autorstwa Almy Katsu, chociaż tego samego nie da się już powiedzieć o stworzonych przez nią bohaterach. O tym później.
Okładka faktycznie należy do najładniejszych, jakie w życiu widziałam, choć napis umieszczony pod tytułem ściągnął mnie na manowce. „Miłość silniejsza niż śmierć”. W połączeniu z opisem z tyłu szybko doszłam do wniosku, że to kolejny paranormal romance – co nie wpłynęło na mnie jakoś negatywnie i postanowiłam przeczytać (tak swoją drogą to całkiem zabawne, jak szybko ten gatunek, tak popularny zwłaszcza wśród młodzieży, stał się dla niektórych synonimem kiepskiej, naiwnej literatury). O ile rzeczywiście nie brakuje w tej książce miłości, o tyle nie porównywałabym tego z żadnym Zmierzchem i całą resztą. Jest dziewczyna beznadziejnie zakochana w miejscowym przystojniaku – który z obiektywnego punktu widzenia jest zwyczajnym dupkiem – ale to wcale nie jest tak, że on doznaje cudownego olśnienia i dochodzi do wniosku, że to z nią chce spędzić całe życie, co też później robi. Nope. W tej historii nic nie jest proste i trzeba przyznać, że sceny beztroskie, szczęśliwe to niewielki ułamek całości.
Czytaj dalej

Czego nie toleruję w tolerancji

Ostatnio (no dobra, może trochę wcześniej niż ostatnio) rzuciła mi się w oczy popularność słowa „tolerancja”. Mogę to nawet nazwać plagą. Szafowanie tym pojęciem jest szczególnie częste w przedziale wiekowym 13-17. Niby nic w tym złego, w końcu powinniśmy się cieszyć, że nasze społeczeństwo bardziej się otwiera… Problem zaczyna się wtedy, kiedy osoba dumnie twierdząca „jestem tolerancyjny/a” tak naprawdę nie rozumie tego, co mówi. Ja wiem, że każdy ma swoją moralność i poglądy, ale istnieją też pewne oczywistości, które warto respektować albo przynajmniej zwracać na nie uwagę.
Czytaj dalej

Na ekranie: „Demon”

„Niektórzy goście weselni przychodzą bez zaproszenia.”

Na początku mamy szczęśliwie zakochaną parę: Piotra (Itay Tiran) i Żanetę (Agnieszka Żulewska). On przyjeżdża dla niej z Anglii, żeby zacząć wspólne życie w Polsce. Problem w tym, że na dzień przed planowanym ślubem Piotr przypadkowo znajduje ludzkie szczątki – na dodatek tuż przy domu, w którym młodzi mają uwić sobie gniazdko. Mężczyzna nie chce mówić narzeczonej o tym dziwnym znalezisku, zwłaszcza że wokół panuje radosna atmosfera związana ze zbliżającym się weselem. Temat wydaje się tymczasowo zamknięty… Niestety kolejne wydarzenia wymykają się spod kontroli. Piotr chyba już nie jest w swoim ciele sam.
Czytaj dalej

KultuSarny Tag Jesienny


Ostatnio trochę mi się nazbierało tych tagów… Ale na pewno wykonam wszystkie nominacje, to mogę obiecać. Dzisiaj coś, z czym nie mogłam dłużej zwlekać, czyli KultuSarny Tag Jesienny. Nie byłoby zbyt tematycznie, gdybym opublikowała go w połowie stycznia, dlatego już dzisiaj dziękuję A. z bloga Chaos Myśli, dzięki której piszę ten post. Zapraszam do czytania :)
Czytaj dalej

(Nie)recenzja: „Lawendowy pokój” Nina George

To nie jest do końca recenzja. Nie chciałam pisać opinii o książce, która doczekała się już naprawdę wielu ocen, zarówno bardzo dobrych, jak i tych nieco mniej. Ale chyba by mnie szlag trafił, gdybym nie wspomniała o tym tytule. Strasznie się cieszę, że wpadł w moje ręce akurat wtedy, kiedy tego potrzebowałam.
Czytaj dalej

Na ekranie: „Kopciuszek” (2015)

Uwielbiam bajki. Nie przeszkadza mi w tym fakt, że teoretycznie jestem na nie za stara. Animowane czy nie – po prostu je bardzo lubię. Nic zatem dziwnego, że nie mogłam sobie odpuścić nowej wersji „Kopciuszka”. Zakochałam się w zwiastunie, zakochałam się w plakatach promujących, a w końcu, po obejrzeniu filmu, zakochałam się też w nim, bo moim zdaniem twórcy odwalili kawał dobrej roboty.
Czytaj dalej

„W krainie ognistego kwiatu” Carla Federico

Tam, gdzie nas nie ma, wcale nie musi być dobrze

Chcieli rozpocząć nowe życie. Wierzyli, że po długiej podróży czeka ich spełnienie marzeń, że wszystko to, co najpotrzebniejsze, samo wpadnie im w ręce. W obcym, egzotycznym kraju spodziewali się lepszych perspektyw na przyszłość i choć tęsknota za ojczyzną wydawała się przerażająca, byli gotowi zostawić ją za sobą i rozpocząć kolejny, w zamyśle szczęśliwszy etap. Nie mieli zielonego pojęcia, że oddalona o wiele kilometrów kraina nie ma nic wspólnego z idyllą… A ciężka praca to jedyna pewna rzecz.
Czytaj dalej

Poison Ivy


Zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę wszystko podlega modzie. Książki, ciuchy, nawet poglądy… To naturalna rzecz. Każde pokolenie rządzi się swoimi prawami. Ale niektórych zjawisk chyba nie jestem w stanie zrozumieć, jako że są tak nielogiczne, że człowiek rozkłada ręce, bo i na płacz, i na śmiech szkoda siły.

W tym wypadku mam na myśli panującą wszędzie, modną teraz depresję. Brzmi dziwnie, dlatego z góry zaznaczam, że nie chodzi mi o ludzi faktycznie chorych, z prawdziwymi problemami – w końcu nie ma co się śmiać, depresja to ciężka, niełatwa do zwalczenia choroba, robienie sobie z tego żartów jest trochę niesmaczne. Nie, nie o to mi chodzi. Od jakichś dwóch lat obserwuję panującą wśród nastolatków modę na samookaleczenia, myśli samobójcze, generalnie nienawiść do siebie samych i całego świata. Jak coś takiego może być modne? Ano właśnie. Też zadaję sobie to pytanie. Sama jestem osobą z niską samooceną i raczej pesymistyczną, mimo że mój śmiech podobno słychać z daleka, zanim jeszcze sama pojawię się na horyzoncie. Lubię pisać czarne scenariusze, po prostu wychodzę z założenia, że lepiej nie obiecywać sobie za wiele, można przez to zaoszczędzić sobie rozczarowania. Tak czy siak jakoś nigdy nie wpędzałam się w czarną dziurę, w jaką pakuje się teraz wiele dziewczyn, bo nie ma co ukrywać, że problem dotyczy głównie ich. Powtarzam: nie krytykuję tutaj nikogo, kto rzeczywiście sobie nie radzi, ma kłopoty. Nie powinno się prześladować osoby z pociętymi nadgarstkami, tu trzeba pomóc, zainteresować się. Ale wróćmy do tematu. Naprawdę nie wiem, czemu tak popularna stała się tendencja do wiecznego użalania się nad sobą, wymachiwania żyletką na prawo i lewo, snucia planów o skoku z mostu. I niestety, czasem mnie to bawi. Ktoś może sobie pomyśleć, że jestem jakaś nieczuła; nie w tym rzecz. Mam ochotę zwyczajnie popukać się w czoło, kiedy gimnazjalistki opisują siebie mądrymi słowami „stan depresyjny” itepe, a w rzeczywistości chyba nie do końca zdają sobie sprawę, co to oznacza. Halo, szlaban od rodziców to nie powód, żeby iść się pociąć. Sama mam takie dni, w których dosłownie wszystko jest na nie i skopuję się wtedy do najniższego poziomu. A potem mi przechodzi. Innym też powinno i tak się rzeczywiście dzieje, reszta tkwi w dołku, albo raczej tkwiłaby w nim, gdyby faktycznie dało się zapaść pod ziemię przy pierwszej nadarzającej się okazji. Dobra, nie ma co porównywać ludzkich problemów ze sobą; dla jednego zagrożenie z historii to koniec świata, dla drugiego przyszłość się zamknęła, bo w domu nie dzieje się najlepiej. Wszyscy mamy jakąś własną tragedię, mały dramat, który męczy i dusi. Tylko nie wiem, po co na siłę wyolbrzymiać dane sytuacje, tworząc przy okazji osobisty wizerunek męczennicy.

Nie to jest najgorsze. Jak wspomniałam, nie ma prawa, które pozwoliłoby na wartościowanie czyichś zmartwień, niestety jest jeszcze garstka (wskazówka: to eufemizm) osób pozujących na depresyjnych, pokaleczonych ludzi. Widać to zwłaszcza na Twitterze. To jasne, że zawsze chce się zaimponować rówieśnikom, ale od kiedy liczba blizn na rękach czy udach stanowi o popularności?! Ten wykrzyknik był konieczny, bo nie mogę tego pojąć. Na Twitterze panuje fala wstawiania zdjęć pociętych rąk, łzawych historyjek, kłamliwych postów, byleby wyłudzić od innych współczucie i pytanie „co się stało?”. Rozumiem, że można rozpaczliwie pragnąć czyjejś uwagi, ale aż do tego stopnia? Powiem więcej, słyszałam o przypadku, gdy dziewczyna łaziła po szkole i co drugiemu napotkanemu uczniowi chwaliła się swoimi sznytami. Serio…? Wychodzę z założenia, że ktoś z realnym problemem raczej nie podstawia go innym pod nos. O ile spora grupa polskich użytkowników Twittera traktuje go jako pamiętnik, gdzie można skorzystać z anonimowości (co tłumaczyłoby, dlaczego nastolatki tak chętnie rozmawiają o własnym życiu), o tyle takiego ewenementu nie da się wytłumaczyć. Zwłaszcza, że to nie jest coś, co można wykorzystywać do zdobycia zainteresowania. To nic wesołego, to nie kosmicznie droga bluzka, którą można z dumą pokazać koleżankom.

Byłoby dobrze, żeby każda z was usiadła, wzięła głęboki wdech i na spokojnie zastanowiła się, czy nie przesadza ze swoim smutkiem. Czy może same nie potęgujecie negatywnych uczuć, robiąc z igły widły. I rozmawiajcie o tym z innymi. Jeśli nikomu nie ufacie na tyle, by się zwierzyć, to w internecie pełno jest fajnych osób, z którymi można się zaprzyjaźnić. Bo dobrze, kiedy jest ktoś „drugi’, na kogo można zrzucić część tego syfu. O rodzicach też warto sobie czasem przypomnieć, połowa z was traktuje ich jak wrogów, choć nie ma ku temu żadnych poważnych powodów. Już nie wspomnę o tym, że szkoda zdrowia i energii na taki sposób pójścia za tłumem, jak samookaleczanie się czy nawet próby samobójcze. Wbrew pozorom są inne możliwości, by jakoś wybrnąć z ciężkiej sytuacji czy po prostu z trudniejszego okresu w życiu. Nie ma co rzucać groźbami zabicia się. Trzeba naprawdę zostać doprowadzonym do ostateczności, żeby targnąć się na własne życie, bo samobójca, poza ucieczką od bezsilności, zostawia po sobie spustoszenie, żal i poczucie winy. Wiem o czym mówię. Owijanie się paskudnymi emocjami jak trującym bluszczem nigdy nie przyniesie niczego dobrego.

Jeszcze mała rada dla tych, co tylko udają, że są sierotkami Marysiami: walnijcie się w głowę młotkiem. Obowiązkowo gumowym, co by nie zrobić sobie krzywdy, a wybić głupoty ze łba.
Czytaj dalej

7 grzechów głównych książkoholika - tag

Dzisiaj przychodzę do was z kolejnym tagiem, do którego nominowała mnie Sara Gray z zaczarowana-me.blogspot.com. Dziękuję bardzo!


PIERWSZY – PYCHA
O jakiej książce mówisz najwięcej, kiedy chcesz zabrzmieć jak bardzo inteligentny czytelnik?

Nie ma takiej książki. Chętnie mówię o wszystkim, co akurat przeczytałam i nie traktuję tego jako okazji do błyśnięcia intelektem, którym zresztą nie grzeszę (to tak w nawiązaniu do tagu). Lubię pogadać o książkach i przyznaję się, jeśli czegoś nie czytałam, nie kryję swojego zdania itd. Po prostu staram się być szczera, nie tylko w tym wypadku.


DRUGI – CHCIWOŚĆ
Jaka jest najdroższa i najtańsza książka na twojej półce?

Rozumiem, że pytanie nie tyczy się tych książek, które dostałam? W każdym razie moim największym wydatkiem była „Ręka mistrza” Stephena Kinga, zapłaciłam za nią około 50 zł. Najtańszym nabytkiem jest „Chmurołap” Zbigniewa Masternaka – znalazłam ją w koszu z przecenami w Matrasie i wydałam szalone 2 złote.


TRZECI – NIECZYSTOŚĆ
Jakie cechy charakteru uważasz za najbardziej atrakcyjne u bohatera?

Po części pokrywają się one z cechami, których szukam u nowopoznanych osób. Lubię bohaterów otwartych, z poczuciem humoru, oddanych przyjaciołom i rodzinie, wrażliwych na krzywdę innych. Cenię też odwagę i charyzmę, pewnie dlatego, że mnie ich na co dzień brakuje, miło zatem poczytać o kimś, kto się w ten sposób wyróżnia.


CZWARTY – ZAZDROŚĆ
Jakie książki najbardziej chciałabyś dostać jako prezent?

Za dużo ich! Musiałabym je wypisywać godzinami, ale na pewno chciałabym inne dzieła Kinga, „Dom orchidei” i „Dziewczynę na klifie” Lucindy Riley, książki Jane Austen i komplet powieści Nicholasa Sparksa. Na szczęście przyzwyczaiłam rodzinę i znajomych do tego, że książka to dla mnie świetny prezent na każdą okazję, dlatego na święta czy na urodziny zawsze dostaję coś fajnego.


PIĄTY – OBŻARSTWO
Jaką książkę możesz pożerać (czytać) cały czas?

„Harry’ego Pottera” mogłabym czytać bez końca. Naprawdę. Ciągle znajduję w tych książkach coś nowego i nadal mnie wciągają, zupełnie tak, jakbym czytała je po raz pierwszy.


SZÓSTY – GNIEW
Z jakim autorem masz relacje love/hate, czyli jednocześnie go kochasz i nienawidzisz?

Hm, tutaj przyszedł mi do głowy wspomniany już wcześniej Sparks. Kocham jego książki i sposób, w jaki opisuje uczucia, ale nienawidzę go za smutne zakończenia czy niezbyt szczęśliwe rozwiązania niektórych wątków, które nieraz łamały mi serce.


SIÓDMY – LENISTWO
Czytanie jakiej książki zaniedbałaś właśnie przez lenistwo?

Chociaż leniuchem jestem okropnym, nigdy nie zaniedbałam przez to książki. Jeśli już odkładam jakąś na półkę, to tylko dlatego, że wyjątkowo mi się nie spodobała, bo zwykle staram się dokończyć zaczętą powieść, nawet na siłę.


Tym razem nie nominuję nikogo, ale oczywiście zachęcam każdego, kto ma ochotę, do wykonania tego tagu :) 
Czytaj dalej

Nie takie lektury straszne, jak je czytają


Zaczął się nowy rok szkolny, w co aż trudno uwierzyć, bo poprzedni dopiero co dobiegł końca. Mnie został co prawda jeszcze miesiąc wolny od nauki, ale że w przyszłym tygodniu zaczynam praktyki, dołączę do osób narzekających na wczesne pobudki i znacznie mniejszą ilość wolnego czasu. Skoro jednak wrzesień wiąże się z powrotem do szkoły, postanowiłam wspomnieć o lekturach, czy raczej pokazać, że wcale nie są takie złe. W ogóle mnie nie dziwi, że książki omawiane na polskim są zmorą większości uczniów; sama kocham czytać, ale nie znoszę tego robić pod przymusem. Mimo to w trakcie swojej szkolnej kariery trafiłam na naprawdę fajne pozycje, których zresztą sporo się nazbierało, gdy przygotowywałam się do tego posta. Chcę się podzielić z wami tą listą i przy okazji udowodnić, że lekturom czasem warto dać szansę, nawet jeśli sama myśl o nich wywołuje u niektórych płacz i zgrzytanie zębów.

Zdaję sobie sprawę, że wykaz lektur ulegał zmianie w ciągu ostatnich lat, różnice są też w programach przewidzianych w różnych szkołach. Pomogłam sobie trochę internetem, dlatego istnieje możliwość, że część z tych książek nie pojawi się na sprawdzianach w poszczególnych klasach. Wzięłam też pod uwagę lektury ze szkoły podstawowej, bo do niektórych mam po prostu sentyment – i nawet, jeżeli macie podstawówkę czy w ogóle naukę dawno za sobą, może warto odświeżyć pamięć albo nadrobić ewentualne braki :)


„Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett
Kocham tę historię do dzisiaj, kilka miesięcy temu czytałam ją zresztą od nowa. Ponadczasowa i wzruszająca. Pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmianę czy na zaufanie drugiemu człowiekowi. Warto też sięgnąć po „Małą księżniczkę” i „Małego lorda” tej samej autorki.


„Lew, Czarownica i stara szafa” C.S. Lewis
Cóż, u mnie się tego nie przerabiało, a wielka szkoda. Do tej pory nie udało mi się przeczytać całego cyklu „Opowieści z Narnii”, dotarłam do trzeciej części, ale na pewno sięgnę po pozostałe, chociaż mówi się, że jest to seria raczej dla młodszych czytelników. Coś mi się wydaje, że moje wewnętrzne dziecko będzie miało uciechę. Magiczna opowieść.


„Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren
To właśnie w trakcie robienia tego zestawienia przypomniałam sobie, jak bardzo spodobała mi się ta książka, kiedy poleciła mi ją koleżanka wiele lat temu. Muszę przeczytać jeszcze raz! Zafundowała mi mnóstwo emocji i pewnie zrobi to znowu.


„Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery
Jeszcze jedna z moich ulubienic, zdążyłam przeczytać jeszcze zanim nauczycielka zapowiedziała omawianie. Zawsze mocno utożsamiałam się z Anią, to genialna książkowa bohaterka. Ekranizacja z 1985 roku też bardzo mi się podobała.


„Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkien
„Hobbita” przeczytałam dopiero pół roku temu, w szkole nawet nikt o nim nie wspomniał. A warto! Spotkałam się z opiniami, że Tolkien jest zbyt mroczny dla młodszych dzieci, że ma za ciężki styl – niektórzy ludzie nie wiedzą lub zapominają, że ta książka miała być przeznaczona właśnie dla takich odbiorców. Historia Bilba jest opisana niesamowicie i wciąga od pierwszych stron.


„Romeo i Julia” William Szekspir
Jako beznadziejna romantyczka nie mogłam się obejść bez tego tytułu. Z biegiem czasu (i większą ilością szarych komórek) dostrzegłam, że Szekspir zafundował historię dość naiwną i zbyt dramatyczną, ale to nie zmienia faktu, że nadal mam do niej ogromny sentyment.


„Kamienie na szaniec” Aleksander Kamiński
Tej pozycji chyba nie trzeba przedstawiać. Od jakiegoś czasu mam ochotę przeczytać od nowa i chyba rzeczywiście to zrobię. Ciekawa jestem, jak po kilku latach spojrzę na tę książkę.


„Mały Książę” Antoine de Saint-Exupéry
Czy ten wybór kogokolwiek dziwi? Ta niepozorna książeczka potrafi wiele nauczyć i bywa pociechą w trudniejszych chwilach. Dziwię się, że jeszcze nie mam swojego egzemplarza.


„Lalka” Bolesław Prus
Opasłe dzieło, które przeczytałam wyjątkowo szybko. Nie przypuszczałam, że tak bardzo mnie wciągnie, pamiętam jak praktycznie nie rozstawałam się z nią przez pierwsze dni ferii zimowych. Owszem, czasem dłużyły mi się te szczegółowe opisy Prusa, ale ogólnie miło ją wspominam i byłam rozczarowana, kiedy na studiach została pominięta.


„Ludzie bezdomni” Stefan Żeromski
Bardzo lubię refleksje Żeromskiego i ogólnie jego styl, jak dla mnie bardzo przystępny. A sama książka naprawdę ukazuje bezdomność w przeróżnym tego słowa znaczeniu.


„Inny świat” Gustaw Herling-Grudziński
Polecam głównie ze względu na temat, bo zrobiła na mnie duże wrażenie. Miałam co prawda pewne trudności w przebrnięciu przez nią – nie jest to najkrótsza książka, a i opisy były momentami męczące. Nie jest to jednak ważne ze względu na szczegółowość wspomnień autora i zawarty w nich bolesny obraz niewoli sowieckiej.


„Cierpienia młodego Wertera” Johann Wolfgang von Goethe
Krótkie, raczej smutne dziełko w postaci listów – czyta się szybko i nawet jeśli po drodze człowiek łapie trochę przygnębienia od tytułowego bohatera, to warto.


„Makbet” William Szekspir
No i znowu Szekspir. Bardzo lubię tę tragedię, jest nieco mroczna, ale nie brakuje w niej zwrotów akcji. Pozytywne wrażenie zostało utrwalone przez spektakl teatralny, który miałam okazję obejrzeć z klasą (pozdrawiam przystojnego odtwórcę Malkolma, któremu mogłam się dobrze przyjrzeć z pierwszego rzędu).


„Zbrodnia i kara” Fiodor Dostojewski
Tego też nie trzeba specjalnie reklamować. Świetna i jako kryminał, ale przede wszystkim jako powieść psychologiczna. Czułam się, jakbym była wewnątrz głowy Raskolnikowa.


Tak jak wspomniałam, trochę tego jest, a trzeba powiedzieć, że wybrałam tylko te lektury, które najbardziej zapadły mi w pamięć – na upartego dałoby się jeszcze dopisać kilka tytułów. Jakie lektury szkolne szczególnie podobały się wam?
Czytaj dalej

„Pragnienie” Carrie Jones


Znacie ten ból, kiedy książka wywołuje u was dużo emocji, ale nie umiecie się zdecydować, czy przeważają te pozytywne czy negatywne? Odkładacie skończoną powieść na półkę i tak do końca nie wiecie, czy wam się podobało, bo z jednej strony to było dobre, a z drugiej tamto okazało się kiepskie… U mnie zdarzyło się tak po przeczytaniu „Pragnienia” Carrie Jones. Kupiłam tę książkę zupełnie przypadkiem (ta, jasne, czaiłam się na nią przez tydzień w Dedalusie) i byłam bardzo niezadowolona, gdy po powrocie do domu zorientowałam się, że trzymam pierwszy tom serii. Zazwyczaj nie kupuję w ciemno pierwszej części jakiegoś cyklu, wolę najpierw wybadać historię, która rozciąga się na parę tytułów. No cóż, dałam się skusić ładnej okładce, niskiej cenie i niewinnemu opisowi z tyłu, który zapowiadał zwykłą młodzieżową powieść. I taką się właśnie okazała, niestety nie jestem pewna, czy w dobrym tego słowa znaczeniu.

Nastoletnia Zara traci ojczyma – prawdziwego ojca nigdy nie poznała – co przybija ją na tyle, że za namową matki tymczasowo przeprowadza się do swojej przybranej babci. Nowe otoczenie ma pomóc dziewczynie w otrząśnięciu się po tragedii. To jednak nie jest takie proste, bo okazuje się, że Zarę obserwuje tajemniczy mężczyzna, a w okolicznych lasach zdaje się czaić coś niepokojącego. Zara usiłuje zwalczyć strach poprzez wyliczanie w myślach… nazw fobii. Ma fioła na punkcie definicji różnych lęków, tyle że wciąż musi się mierzyć z własnymi.

Największym minusem tej książki jest z pewnością przewidywalność. Już ten zdawkowy opis ujawnia przerobiony wielokrotnie schemat: nastolatka się przeprowadza, ale zamiast znaleźć w nowym miejscu spokój i szczęście, pakuje się w kłopoty, co jednocześnie nie przeszkadza jej w nawiązywaniu nowych przyjaźni czy poderwaniu szkolnego przystojniaka. Fabuła była przezroczysta w wielu miejscach i zazwyczaj udawało mi się przewidzieć, co się wydarzy. Czasem lubię takie momenty, wtedy się cieszę z własnego geniuszu i umiejętności dedukcji, ale w tym wypadku zaczęło mnie to drażnić.

Autorce udało się mnie jednak zaskoczyć przez wprowadzenie do powieści istot mało znanych, a mianowicie piksów. Czy tylko mi się wydaje, że ta nazwa jest śmieszna? Skojarzyłam ją z chochlikami kornwalijskimi z drugiej części Pottera, a jak się później okazało, obrałam dobry kierunek, bo Jones zaczerpnęła pomysł z brytyjskiego folkloru (tzw. pixie, polecam wygooglować). W „Pragnieniu” piksy nie są niedużymi, niebieskimi stworzonkami o piskliwych głosikach, w tej książce sieją postrach i nie mają oporów przed rozerwaniem komuś gardła, a ponieważ mogą przybierać w pełni ludzki wygląd, są nierozpoznawalne dla osób z zewnątrz. Spodobało mi się, w jaki sposób pisarka opisała ich zwyczaje, zresztą samym plusem jest fakt, że nie wyskoczyła z kolejnym wampirem, chociaż obok piksów możemy spotkać również wilkołaków i innych zmiennokształtnych. Niestety ciągle odnosiłam wrażenie, że te całe piksy są jakieś takie naciągane. Nierealne. Jones miała konkretną wizję, ale ostatecznie wypadła ona blado, a przecież w fantasy chodzi właśnie o to, by zjawiska nadnaturalne wydawały się rzeczywiste.

Sami bohaterowie są dosyć papierowi. Zarę mogę zaliczyć do czołówki najbardziej wkurzających głównych bohaterek, bo nawet ta jej ciekawa wyliczanka z fobiami po pewnym czasie zrobiła się irytująca. Dziewczyna wiele razy zachowywała się bezmyślnie i sama szukała problemów. Babcia Zary to z kolei sympatyczna kobieta, choć czasem rzucała tak niezręcznymi uwagami, że nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy tylko się uśmiechnąć z politowaniem. Polubiłam za to przyjaciół głównej bohaterki, Issie i Devyna, bo co do Nicka, czyli Pana z Numerem Jeden mam mieszane uczucia. Przez ¾ powieści Jones robiła z niego księcia z bajki i gdyby nie przebłysk normalnych ludzkich odruchów pod koniec powieści, to pomyślałabym, że to jakaś maszyna zaprojektowana na życzenie zakochanej nastolatki. Mimo to wątek miłosny przypadł mi do gustu, został przedstawiony z humorem i jakoś tak… uroczo, z braku lepszego słowa. Intrygująca wydaje się także matka Zary, o której nie wiadomo zbyt wiele po pierwszej części – no i główny pan Piks, chyba jedyny przedstawiciel tego gatunku, którego Jones opisała całkiem sensownie.

Pomijając ciekawy sposób zapisywania rozdziałów, gdzie zamiast tytułów i numerów pojawiały się nazwy fobii wraz z ich krótkimi opisami, na korzyść „Pragnienia” przemawia jeszcze dość szybki rozwój wydarzeń i zdynamizowana akcja pod koniec. Mimo to nie potrafiłam do końca wciągnąć się w tę historię. Początek był bardzo chaotyczny, jakby napisany w pośpiechu, a dialogi momentami były sztuczne jak usta Kylie Jenner. No i ta denerwująca narracja w czasie teraźniejszym! W ostatnim czasie jakoś namnożyło się książek napisanych w ten sposób, jednak prawdą jest, że kiedy powieść mi się podoba, ta kwestia niespecjalnie mnie obchodzi. W tym wypadku było inaczej.

Planuję sięgnąć po kontynuację „Pragnienia”, bo podobno jest lepsza niż pierwsza część. Zobaczymy. Otwarcie cyklu oceniam raczej średnio: pomysł był, technicznie też jest dobrze, ale coś cały czas zgrzytało, jakby człowiek próbował na siłę założyć na siebie za małe spodnie. Nie jest to jednak zła pozycja, to całkiem fajna młodzieżowa książka, po prostu mnie mocno rozczarowała.

4,5/10
Czytaj dalej

Na ekranie: „Wykolejona”


W opozycji do ostatniego filmowego postu, tym razem chciałam wspomnieć o bardzo współczesnej produkcji – „Wykolejonej”, której polska premiera miała miejsce 31 lipca. Parę dni później miałam okazję ten film obejrzeć i trzeba powiedzieć, że spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Pierwotny plan obejmował zarezerwowanie biletów na „Magic Mike XXL”; tak, wiem, średnio inteligentny banał, ale jakoś nie mogłam sobie odmówić wlepiania gał w Matta Bomera i Channinga Tatuma. Trzeba było jednak zastosować plan B, bo początek nowego miesiąca przyniósł kilka premier, a co za tym idzie, Mike i reszta jego roznegliżowanych kolegów zostali zredukowani do jednego seansu dziennie, przynajmniej w kinach, do których miałam najbliżej. W ramach planu B kusiły mnie „Papierowe miasta”, ale zwykle staram się nie oglądać filmu przed zapoznaniem się z książką, więc padło na „Wykolejoną”. Nie spodziewałam się fajerwerków, w końcu z komediami różnie bywa, na szczęście z kina wyszłam szeroko uśmiechnięta. 

Film zaliczono do kategorii R (osoby poniżej 17 lat mogą oglądać jedynie z dorosłym opiekunem), bo faktycznie sporo w nim seksu, co ujawnia się już w pierwszych scenach. Twórcy nie stronią od lekko erotycznych ujęć, a żarty na tym tle sypią się gęsto przez większość czasu. Być może kogoś mogłyby obrzydzić niektóre komentarze bohaterów, jednak nie ze mną te numery. Chwilami humor przedstawiony w „Wykolejonej” był naprawdę pospolity i wulgarny, ale nic nie poradzę na to, że mnie takie rzeczy śmieszą. A śmiałam się głośno, co zapewne mogą potwierdzić osoby z obsługi, bo poza mną i moją osobą towarzyszącą na całej sali nie było nikogo. Nie żebym narzekała, przynajmniej nikt w pobliżu nie szeleścił i nie odwracał głowy, kiedy krztusiłam się popcornem.


„Wykolejona” jako komedia udała się nieźle, co z resztą? Na pierwszy plan wysuwa się, a jakże, wątek miłosny. Nie ma w nim nic wyszukanego: pewna dwójka się poznaje, stają się parą, potem się kłócą i rozstają, po czym następuje wyczekiwany przez wszystkich happy end. Od razu można było się domyślić zakończenia tego filmu, co jakoś mi nie przeszkadzało, bawiłam się świetnie. Dodatkowo w „Wykolejonej” istotne są kwestie rodzinne głównej bohaterki i jej praca w charakterze dziennikarki – doceniam twórców za to, że między kolejne dowcipy wpletli odrobinę refleksji i spraw nieco poważniejszych, niż rozterki uczuciowe tytułowej wykolejonej pani.

Nie mogłabym też nie pochwalić pierwszoplanowych aktorów: ujmującego Billa Hadera, do którego od razu czuje się sympatię i genialnej Amy Schumer, która właściwie odwaliła całą robotę, bo to ona zrobiła ten film. Czytałam o tej aktorce i dowiedziałam się, że jest cenioną komediantką, tzw. stand-uperką, co w ogóle mnie nie dziwi. Była bardzo naturalna w swojej roli, to przede wszystkim dzięki niej wybuchałam śmiechem co kilka minut. No i bez bicia przyznam, że miło zobaczyć w głównej roli kobietę o pełniejszych kształtach, a nie kolejną, szczuplutką dziewczynę, jakby wyrwaną prosto z wybiegu dla modelek (nie, to nie ból dupy, to fakt).


Podsumowując: „Wykolejona” sprawdza się idealnie jako letnia, lekka komedyjka, przy której można się odprężyć i szerzej uśmiechnąć. Nie jest to żadne filmowe arcydzieło, ale mi podobało się bardzo – w upalny, wakacyjny dzień potrzebowałam czegoś, co mnie rozluźni i sprawi, że przyjemnie spędzę czas, bez zbędnego wysilania mózgownicy.
Czytaj dalej

Zalotny Tag Książkowy


Czytanie to jedna z moich największych miłości. Zakochałam się w pierwszej klasie szkoły podstawowej i ten związek trwa do dziś, bez żadnych spięć czy rozstań. Żeby to wyrazić, nie ma chyba lepszego tagu, niż The Courtship Book Tag (Zalotny Tag Książkowy). Za nominację dziękuję Ani D.


FAZA PIERWSZA – ZAUWAŻENIE
Książka, którą kupiłam ze względu na okładkę.
Interesujące okładki przyciągają mnie jak magnes, ale głównie w bibliotece; w księgarni, gdzie zazwyczaj mam ograniczony fundusz, długo się zastanawiam, zanim coś wezmę i rzadko daję się skusić ładnej oprawie. Inaczej było z „Pragnieniem” Carrie Jones (recenzja niedługo). Może okładka nie jest jakaś wyszukana, jednak spodobała mi się od razu, generalnie wydawnictwo odwaliło kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o przygotowanie wizualne.


FAZA DRUGA – PIERWSZE WRAŻENIE
Książka, którą kupiłam ze względu na opis.
Często mi się to zdarza, ale jednym z ostatnich takich zakupów jest „Sekretna miłość Szekspira” Karen Harper, która nadal czeka na swoją kolej.


FAZA TRZECIA – SŁODKIE ROZMÓWKI
Książka ze świetnym stylem pisarskim.
Mogłabym się tutaj rozpisać, bo takich książek jest sporo, najlepiej jednak podążyć za pierwszą myślą, którą w moim wypadku była „Gra Geralda” Stephena Kinga. Atmosfera tej powieści, mistrzowskie opisy, napięcie obecne niemal przez całą fabułę, która obejmowała czasowo raptem kilkanaście godzin… Tego nie da się zapomnieć.


FAZA CZWARTA – PIERWSZA RANDKA
Pierwszy tom serii, który sprawił, że chciałam się zabrać za kolejne.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wymieniła tutaj pierwszego tomu o Harrym Potterze, „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Od tej książki zaczęła się nie tylko moja obsesja na punkcie tego cyklu, ale też zamiłowanie do czytania i pisania.


FAZA PIĄTA – NOCNE ROZMOWY TELEFONICZNE
Książka, przy której przetrwałam noc.
„Dom orchidei” Lucindy Riley. Jestem po lekturze raptem dwóch książek tej pisarki, ale już zdążyłam ją pokochać. Pisze świetne, wciągające sagi rodzinne, a wymieniony wyżej tytuł, mimo tak niepozornej i raczej niezachęcającej okładki spodobał mi się tak bardzo, że czytałam prawie do rana i kończyłam oczywiście na wykładach.


FAZA SZÓSTA – ZAWSZE W MYŚLACH
Książka, o której nie mogę przestać myśleć.
Zdecydowanie „Monika B. Nie jestem już waszą córką” Karin Jäckel. Pomijając „Dziewczynę z sąsiedztwa” to chyba najbardziej przerażająca książka, jaką czytałam i co jakiś czas wracam do niej myślami. Kto zna, to zapewne się domyśla, dlaczego.


FAZA SIÓDMA – KONTAKT FIZYCZNY
Książka, którą kocham za towarzyszące przy niej feelsy.
Tutaj jakoś tak od razu przypomniałam sobie o „Niezgodnej”. Spędziłam całe nudnawe seminarium na czytaniu pierwszej części i tylko wierciłam się na krześle, bo nie mogłam głośno komentować akcji, która mnie kompletnie pochłonęła.


FAZA ÓSMA – SPOTKANIE Z RODZICAMI
Książka, którą chcę polecić rodzicom i znajomym.
Sporo ich, jednak wybieram „Lawendowy pokój” Niny George. W swoim czasie pojawi się post na temat tego tytułu, a teraz krótko powiem, że ta książka bardzo mi pomogła i nauczyła mnie tego i owego, prowokując do przemyśleń. Myślę, że każdemu przyda się czasem taka czytelnicza terapia.


FAZA DZIEWIĄTA – MYŚLENIE O PRZYSZŁOŚCI
Książka, którą wiem, że będę ją czytała wiele razy w przyszłości.
Tutaj nie jestem w stanie wybrać tylko jednej pozycji. Regularnie wracam do serii z HP i często mam ochotę po raz kolejny sięgnąć po coś, co już przeczytałam. Mam sporo swoich ulubieńców, którzy chyba nigdy mi się nie znudzą i wiem, że w przyszłości nadal będą mi towarzyszyć.


FAZA DZIESIĄTA – DZIELENIE SIĘ MIŁOŚCIĄ
Kogo taguję?


Powodzenia!
Czytaj dalej

Na ekranie: „Sissi”


Nie znam się na filmach. To nie fałszywa skromność, tylko fakt. Jestem zwykłym widzem i po prostu oglądam to, co mnie zainteresuje – albo mi się spodoba, albo nie. Co prawda książki kocham bardziej, jednak lubię od czasu do czasu pogapić się w ekran. Ostatnio „zagapiłam się” na coś, co skradło mi serce i właśnie tego będzie dotyczył dzisiejszy post.

Bardzo rzadko zdarza mi się obejrzeć coś starszego; mimo mojej pożal się Boże wiedzy na temat kina raczej wolę tytuły współczesne. Ale wobec „Sissi” (1955) nie mogłam przejść obojętnie. Jest to pierwsza część austriackiej trylogii o Elżbiecie Bawarskiej, cesarzowej Austrii i późniejszej królowej Węgier. Jej imię czy też przydomek, który przylgnął do niej na całe życie, obiły mi się o uszy kilka razy, choć wcześniej nie budziły większej ciekawości. Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem wpadłam w internecie na artykuł o Sissi, później wszystko potoczyło się lawinowo. Siedziałam cały wieczór, czytając całkiem obszerne informacje w Wikipedii i przeglądając grafiki z XIX-wiecznymi obrazami, na których uwieczniono tę niezwykłą kobietę. Naprawdę zachęcam do zapoznania się z jej historią.

Mówiąc baaardzo skrótowo: Sissi jako księżniczka Bawarii wychowywała się razem z dziewięciorgiem rodzeństwa. Kochała naturę, uwielbiała jeździć konno. Jej matka była siostrą arcyksiężny Zofii; obie kobiety planowały zaaranżować małżeństwo starszej siostry Sissi, Heleny (zwanej Nene) i syna arcyksiężny, cesarza Franciszka Józefa I. Sissi i Nene pojechały z matką do Austrii, gdzie starsza z sióstr miała bliżej poznać swojego przyszłego męża. Ale Franciszek Józef poprosił o rękę nie Nene, a szesnastoletnią Sissi.


Pierwsza część filmowej trylogii dotyczy wydarzeń, które ostatecznie doprowadziły do ślubu cesarza Austrii i Elżbiety. Na tym nie kończy się historia Sissi, w zasadzie im dalej w las, tym robi się ciekawiej, więc koniecznie muszę obejrzeć pozostałe filmy. Ten zrobił na mnie duże wrażenie. Nie żałuję, że nie wybrałam którejś ze znacznie młodszych wersji, tylko właśnie tę sprzed sześćdziesięciu lat – jej niesamowity klimat przeniósł mnie prosto do XIX wieku. Siedziałam jak zaczarowana i jestem pewna, że przez większość czasu uśmiechałam się jak głupi do sera. Wszystko dlatego, że postać głównej bohaterki wywołuje w człowieku mnóstwo ciepłych uczuć. Nie mam zielonego pojęcia, jaka była ta prawdziwa Sissi, ale filmowa kreacja w wykonaniu Romy Schneider od razu zaskarbiła sobie moją sympatię. Trzeba też dodać, że była to aktorka o wyjątkowej urodzie (te włosy!). W każdym razie w tej roli wypadła bardzo naturalnie.

Pomijając sam fakt, że lubię romanse – a w filmie istotny jest wątek miłosny – podobała mi się muzyka. Zawsze stanowiła świetne tło dla danej sceny i była przyjemna dla ucha. Trudno mi zweryfikować fakty ujęte przez reżysera, w końcu nie jestem historykiem i przede wszystkim nie żyłam w XIX-wieku, ale jak na moje oko Austriacy dobrze oddali atmosferę tamtego czasu, nie przekręcając przy tym wydarzeń. Pewnie tu i tam scenariusz naginał się do fantazji twórcy, nie dało się tego jednak odczuć: nawet gdyby film nie miał charakteru biograficznego, wypadłby bardzo realistycznie.


Jeśli ktoś, podobnie jak ja, lubi się przyglądać rozłożystym sukienkom, balom i sztywnej etykiecie sprzed dziesięcioleci, to zachęcam do obejrzenia. Sissi jako postać historyczna jest naprawdę godna uwagi, a filmowe ujęcie jej losów sprawia, że cesarzowa wydaje się nadal żywa, obecna. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę pozostałe dwie części.

źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

Kto wam podał znieczulenie?


Jestem wstrząśnięta. I przerażona ludzką głupotą i ignorancją. Obudźcie się! Jesteście żywymi istotami, a nie cyborgami, które działają dzięki przygotowanym komputerowo programom.

Sporo z was musiało słyszeć o czternastoletnim Dominiku, który popełnił samobójstwo na początku maja. O całej sprawie zrobiło się głośno zwłaszcza w ostatnim czasie, pojawił się materiał w Uwadze i wiele artykułów na ten temat. Wystarczyło mi przeczytać kilka, by jak najprędzej zamknąć przeglądarkę; byłam za bardzo wściekła. Ile razy jeszcze dojdzie do takiej tragedii? Dominika wyzywano od najgorszych, bo lubił ułożyć sobie włosy i założyć rurki. Przyznaję, że sama nie jestem zachwycona tą modą, ale widziałam zdjęcia tego chłopaka i naprawdę nie dostrzegałam niczego, z czego można by się naśmiewać. Oczywiście musiały posypać się „pedały”, „cioty” i inne takie. Wolę się nie zastanawiać, jak wiele gorszych słów usłyszał Dominik. Nie wytrzymał… Powiesił się. Tak młody chłopak odebrał sobie życie i zostawił wszystko, bo w szkole nie dawano mu spokoju. Jakby tego jeszcze było mało, nauczyciele w żaden sposób nie reagowali, ba, jedna nauczycielka lubiła wyżywać się na Dominiku, jak tylko z czymś sobie nie radził. Sami uczniowie przyznali w ankietach, że nauczyciele bywają złośliwi i często dają się we znaki. I wy macie czelność nazywać się pedagogami? Jak ktoś taki może kończyć studia i pracować z dziećmi/młodzieżą?

Na tym nie koniec. Wierzę, że odpowiednie władze zajmą się sytuacją w szkole, ale… Załamała mnie reakcja niektórych, hm, „kolegów” Dominika. Przypadkiem się na to natknęłam. Jedna dziewczyna na twitterze udostępniła screeny, które, co tu dużo mówić, sprawiły, że zabrakło mi przekleństw, by na nie zareagować. Jakiś wyjątkowo inteligentny ktoś założył na Facebooku stronę o bardzo wymownej nazwie, co widać poniżej. Najwidoczniej fakt, że wyzwiska doprowadziły kogoś do samobójstwa nie okazał się wystarczający, trzeba było wyżywać się dalej:





Strony na szczęście już nie ma, ale krótko po zobaczeniu tych screenów udało mi się jeszcze do niej dotrzeć. Spędziłam tam nie więcej niż trzy minuty, a zrobiło mi się niedobrze, bo komentarze i posty, które tam zamieszczano, były po prostu obrzydliwe. Nie mogę uwierzyć w tę okrutną obojętność ze strony otoczenia. Oczywiście wiadomo, że Dominik miał kolegów i na pewno przeżywają jego śmierć, tylko co z tymi idiotami, którzy faktycznie polajkowali taką stronę? Wy naprawdę nie rozumiecie powagi sytuacji? Wasz kolega się zabił, bo nie mieliście do niego szacunku, co zresztą się nie zmieniło, biorąc pod uwagę chociażby komentarz widoczny na screenie. Wydawało mi się, że 14 lat to wiek, kiedy się już MYŚLI, niestety przypadki waszego pokroju rzucają się cieniem na biednych rówieśnikach, do których coś dotarło. Nie twierdzę, że sama w gimnazjum błyszczałam inteligencją, ale nigdy w życiu nie zachowałabym się w taki sposób. Bo mam uczucia. Dominik też je miał. Najwidoczniej co niektórzy wkopali je pod łóżko.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że podobnych sytuacji jest mnóstwo. Jak już powiedziałam, nie należę do świętych. Wiele razy zdarzyło mi się kogoś urazić, w tym również celowo i nie kryję tego. Ale żałuję i staram się powiedzieć „przepraszam”. Wielka szkoda, że coraz więcej jest osób, które zapominają o tym słowie, a już na pewno nie jest im przykro, że kogoś skrzywdzili. „Ta młodzież taka niewychowana” – jeszcze kilka lat temu brzmiało to typowo po babcinemu, teraz w bardzo łagodny sposób opisuje gorzką prawdę. To okropne, że młodzi (chociaż nie tylko oni) tak często nie patrzą na innych, nie oglądają się za siebie, tylko z cwaniackim uśmieszkiem na ustach pędzą do przodu, nieważne, czy kogoś nie podeptają po drodze. A inny smutny aspekt tej sytuacji jest taki, że wszystko się odbija na tych, którzy nie wsadzili dobrego wychowania w dupę i chcą żyć dobrze.

Ludzie, gdzie wyście podziali współczucie i empatię?
Czytaj dalej

„Dotyk Crossa” Sylvia Day


UWAGA: SPOILERY.

Zastanawiam się czasem, czy sama nie robię sobie na złość. No bo po co pchać się z własnej, nieprzymuszonej woli w coś, co przez długi czas mnie odrzucało? Nie wiem jak u innych, ale gdzieś tam w mojej podświadomości buja się lista książek, po które nie sięgnę, nawet jeśli zacznę się bać, że któraś z nich wyskoczy mi z lodówki. Na tej liście znajdował się także „Dotyk Crossa” Sylvii Day. Co sprawiło, że zaczęłam ją czytać? Ciężko stwierdzić. Częściowo zainteresowała mnie całkiem wysoka ocena na Lubimy Czytać, później w grupie 52 książki co jakiś czas natykałam się na ten tytuł, zupełnie jakby za mną łaził. W końcu dałam się ponieść greyowej manii – lutowa premiera ekranizacji książki E.L. James sprawiła, że dosłownie wszędzie roiło się od Any, Christiana i jego pięćdziesięciu twarzy, a co za tym idzie, podobne temu twory wróciły na tapetę. Głównie po lekturze trylogii Pięćdziesiąt odcieni stwierdziłam, że nie chcę dotykać Crossa, czy raczej żeby on dotykał mnie (chociaż bez bicia przyznaję, że film z Jamiem Dornanem i Dakotą Johnson mi się podobał. No, to teraz czekam na lincz). Ciekawość wzięła jednak górę, podobnie jak moja dewiza: nie krytykuj tego, czego nie znasz. Postanowiłam zatem poznać… i żałuję.

Pierwsze kilka stron mnie zwiodło. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek dałam się tak oszukać po rozpoczęciu jakiejś książki. Wszystko dlatego, że pochwała powtarzająca się w wielu recenzjach sprawdziła się – faktycznie Sylvia Day dysponuje o niebo lepszym stylem niż E.L. James. Zwykle trzeba przebrnąć przez jakąś część powieści, żeby móc sobie wyrobić opinię w tej kwestii, ale tutaj to była naprawdę szybka piłka, co zresztą nie powinno nikogo dziwić, skoro Greya dałoby się zamknąć w kilku, może kilkunastu wyrażeniach, które powtarzały się przez całe trzy części. Rozumiem mieć jakieś ulubione powiedzonka, sformułowania i tak dalej, w końcu kto komu broni prawa do własnych dziwactw, ale we wszystkim jest jakaś granica. Wracając do tematu: „Dotyk Crossa” zaczął się nieźle. Nie łudziłam się, wiedziałam z jakim typem powieści mam do czynienia, co nie zmienia faktu, że nabrałam nadziei na miłą lekturę. To nie jest tak, że hejtuję „Pięćdziesiąt twarzy Greya” od góry do dołu, jestem po prostu zdania, że przy lepszym warsztacie pisarskim i innym poprowadzeniu fabuły powstałaby ciekawsza (ciekawsza dla mnie), lepsza trylogia. Tematyki się absolutnie nie czepiam, w końcu w bibliotekach jest miejsce i dla erotyków, i dla kryminałów czy fantasy. Cholera, znowu nie o tym, co chciałam… W każdym razie: rozsiadłam się wygodniej, nawet uśmiechnęłam, bo doszłam do wniosku, że może niepotrzebnie odrzuciłam twórczość Sylvii Day i zaczerpnę trochę przyjemności z czytania. Marzenie ściętej głowy, a głowa ta odpadła kilka akapitów później, kiedy to główna bohaterka pierwszy raz wpadła na obiekt swoich westchnień i szybko zaczęła myśleć o rżnięciu. Tak, musiałam użyć właśnie tego słowa. Pociąg seksualny jest normalny, gdy w pobliżu znajduje się atrakcyjna osoba, ale ten wyraz użyty od tak, od razu, nieco mnie odrzucił. Może jestem nadwrażliwa, trudno. I tak ta moja wrażliwość została nieźle narażona na szwank podczas śledzenia dalszej akcji.

Autorka dość szybko przeszła „do rzeczy”. Początkowo mnie to ucieszyło, później stopniowo nabierałam wrażenia, że wszystko dzieje się w zawrotnym tempie i człowiek nawet nie ma czasu, żeby ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. Chociaż nie, to nie do końca prawda, bo książka mocno trzymała się schematu: szczęście-kłótnia-szczęście-kłótnia… Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie stałe odczucie, że te kryzysy w związku Evy i Gideona (jasny gwint, skąd to imię?) są momentami wprowadzone na siłę. W końcu musi się coś popsuć, żeby potem para mogła się pogodzić. Co do tego godzenia się, to mam bardzo mieszane uczucia w stosunku – ech, ta dwuznaczność – do scen erotycznych, które, rzecz oczywista, pojawiają się bardzo często. Niby są dopracowane i zmysłowe, niby autorce udawało się wytworzyć odpowiedni nastrój, problem w tym, że psuła go wulgarnymi wyrazami. Nie jestem osobą stroniącą od przekleństw, ale w książkach średnio za nimi przepadam, bo naprawdę potrafią zrujnować atmosferę. 

Jak wspomniałam wcześniej, taka sinusoida uczuciowa w związku głównych bohaterów to coś normalnego, przecież nasze życie codzienne też wygląda jak jedna wielka fala Dunaju. Niestety momentami brakowało mi logiki w postępowaniu bohaterów, a przynajmniej nie była to logika pojmowana przeze mnie. Przykład: Eva miała za sobą niezbyt przyjemną przeszłość naznaczoną wykorzystywaniem seksualnym. Zasadniczo niewiele na ten temat mogę powiedzieć, bo podobne doświadczenia znam wyłącznie z innych książek, mimo to wydało mi się nieco naciągane, że kobieta, którą ktoś zmuszał kiedyś do współżycia, później wykazuje się taką… hm, inwencją, jeśli chodzi o intymny kontakt. Do tej pory sądziłam, że osoby po takich przejściach z trudem przechodzą do tego etapu relacji, dlatego zachowanie Evy odebrałam jako celowe naginanie rzeczywistości na potrzeby fabuły. Ale może się nie znam, więc to zostawmy. Nie mogę jednak przejść obojętnie wobec dwóch perełek, czyli dwóch scen, które powaliły mnie na łopatki i sprawiły, że zabrakło mi słów komentarza. Co zabawne, występują one praktycznie jedna po drugiej, co tylko spotęgowało efekt zdziwienia czy raczej dezaprobaty.

Numer jeden: Eva i Gideon spędzają razem noc. Wszystko pięknie i cudownie, nagle jednak Crossowi zaczynają śnić się koszmary, więc Eva, zaalarmowana jego krzykami, budzi się i stara się mu jakoś pomóc. Sytuacja z czasem się uspokaja, nic nowego, tak już bywa. Wtem Eva wpada na pomysł, by pocieszyć Gideona, chociaż ten nie zdradza jej szczegółów koszmaru. Bohaterka od razu wciela swój plan życie – innymi słowy najzwyczajniej w świecie zaczyna się do niego dobierać. Och. Myślałam, że go po prostu przytuli i powie, żeby się nie martwił.

Numer dwa: po udanym pocieszeniu para spokojnie sobie zasypia. Ojej, jak słodko. Nastaje poranek, Eva się budzi… Z Gideonem w sobie [sic!]. Ten tłumaczy coś w stylu, że nie mógł się powstrzymać, już nie pamiętam, na co ona ochoczo przyjmuje do wiadomości ten fakt. Aha? Może na relacjach damsko-męskich też się nie znam, ale gdyby mój facet próbował zrobić coś takiego, to odbiłabym mu dłoń na twarzy.

Żeby nie było, że tylko krytykuję: ogromnie doceniam stronę psychologiczną, o którą zadbała pani Day. Postaci są głębsze przez ich czy to mroczną przeszłość, czy przeróżne sekrety, a ich przejścia – w tym bohaterów drugoplanowych, o których autorka nie zapomina – sprawiają, że są bardziej żywi i naturalni. To mi się podobało i to chyba jedyna cecha, która mogłaby mnie skłonić do sięgnięcia po kolejne części. Nie mam jednak zamiaru tego zrobić. Dlaczego? Z powodów wyżej wymienionych, do czego muszę też dodać to, że podobieństwa do trylogii E.L. James są znaczące. Może to przypadek albo rzeczywiście Sylvia Day wzięła przykład z drugiej pisarki – nie wiem. Niemniej nie dało się nie porównywać tych tytułów, co mi strasznie przeszkadzało.

Podsumowując: naprawdę ładny, barwny styl, dobrze przedstawieni bohaterowie, nie najgorsze pomysły, co w połączeniu z pozostałymi cechami tworzy nierówną i dla mnie niezbyt przekonującą całość. Zanosi się na to, że skończę przygodę z Crossem na tej pierwszej części, choć prawdą jest, że nieujawnione tajemnice Gideona mnie zaintrygowały i byłam mocno rozczarowana, kiedy nie zostały odkryte w tej książce. Tak czy siak przez większość czasu się irytowałam, a nie tego szukam w czytaniu.

3/10
Czytaj dalej