Czytelniczo-filmowe inspiracje na przerwę świąteczną

Jako że święta już za rogiem, nie mogłam się obyć bez posta właśnie w tym klimacie. Co prawda śniegu nie widać, przez co dużo trudniej osiągnąć odpowiedni nastrój, ale mam nadzieję, że zapach pierników i mandarynek będzie dla was przyjemny bez względu na brak zimowej aury :)
Ponieważ święta to bardzo często jedyny czas w roku, kiedy możemy choć trochę odpocząć, warto te wolne chwile dobrze wykorzystać. Jeśli nie wiecie, po jaką książkę sięgnąć albo jaki film obejrzeć w bożonarodzeniowy wieczór, poniżej znajdziecie trochę propozycji ode mnie. Wymienione tytuły w większości przypadków nie mają nic wspólnego z obecną porą roku czy samymi świętami, ale mam nadzieję, że któryś zainteresuje was na tyle, że umili jakiś chłodny, spokojny wieczór.
Czytaj dalej

„Wieczni” Alma Katsu


Mówią, że książek nie należy oceniać po okładce. Niby się z tym zgadzam, ale i tak czasem galopuję przez całą księgarnię albo bibliotekę, bo coś konkretnego rzuciło mi się w oczy. Przykro się robi, gdy pod ładną oprawą chowa się bubel, jednak czasem uda się znaleźć coś, czego wygląd zewnętrzny zgrywa się z zawartością. Tak mogę ocenić „Wiecznych” autorstwa Almy Katsu, chociaż tego samego nie da się już powiedzieć o stworzonych przez nią bohaterach. O tym później.

Okładka faktycznie należy do najładniejszych, jakie w życiu widziałam, choć napis umieszczony pod tytułem ściągnął mnie na manowce. „Miłość silniejsza niż śmierć”. W połączeniu z opisem z tyłu szybko doszłam do wniosku, że to kolejny paranormal romance – co nie wpłynęło na mnie jakoś negatywnie i postanowiłam przeczytać (tak swoją drogą to całkiem zabawne, jak szybko ten gatunek, tak popularny zwłaszcza wśród młodzieży, stał się dla niektórych synonimem kiepskiej, naiwnej literatury). O ile rzeczywiście nie brakuje w tej książce miłości, o tyle nie porównywałabym tego z żadnym Zmierzchem i całą resztą. Jest dziewczyna beznadziejnie zakochana w miejscowym przystojniaku – który z obiektywnego punktu widzenia jest zwyczajnym dupkiem – ale to wcale nie jest tak, że on doznaje cudownego olśnienia i dochodzi do wniosku, że to z nią chce spędzić całe życie, co też później robi. Nope. W tej historii nic nie jest proste i trzeba przyznać, że sceny beztroskie, szczęśliwe to niewielki ułamek całości.

Luke Findlay, lekarz w niewielkim miasteczku St. Andrews, przyjmuje do szpitala młodą kobietę, która zgodnie ze słowami policji popełniła morderstwo. Zanim pan doktor się orientuje, Lanore – zdrobniale Lanny – opowiada mu dzieje swojego życia, więc zwykłe badanie zamienia się w podróż do przeszłości. Pierwsze, co ujawnia Lanore, to fakt, że jest nieśmiertelna. Moje pierwsze skojarzenie: wampir jak nic, ewentualnie coś pokrewnego. Nic z tych rzeczy, co bardzo mnie zaskoczyło, a zaskakujących momentów było jeszcze mnóstwo. Słowa Lanny w niesamowity sposób przenoszą czytelnika do początku XIX wieku, kiedy St. Andrews było dopiero rozwijającą się osadą, a Jonathan, wspomniany wyżej dupek, zyskiwał względy każdej napotkanej kobiety. Owszem, Lanore udało się zbliżyć do Jonathana. Tak, coś ich połączyło. Ale ptaszki nie ćwierkały, nie posypały się kwiatki ani konfetti w kształcie serduszek. 

Podobało mi się bardzo, naprawdę. Autorka miała oryginalny pomysł i świetnie go wykorzystała, dlatego jestem szczerze zdziwiona, że niewiele się o tej książce słyszy. Podobno jest już kontynuacja, tylko jak dotąd nie przetłumaczono jej na polski – nie sprzedaje się? Damn, to czemu inne… „perełki” rozchodzą się w tempie uciekających minut, kiedy człowiek rano zaśpi? Styl jest na dobrym poziomie, tym bardziej że pisarka nie stroni od nieco brutalniejszych, obscenicznych scen. Mimowolnie w trakcie czytania wyobrażałam sobie „Wiecznych” w formie filmu, bo opisy były tak plastyczne, że reżyser i scenarzyści nie mieliby zbyt dużo do roboty. Akcja na tyle mnie wciągnęła, że mimo ograniczonego przez studia czasu czytałam dosłownie wszędzie, gdzie się dało, wliczając w to wykłady. Jak na fantasy wydarzenia są przedstawione naprawdę realistycznie, poza tym przynajmniej kilkakrotnie nie spodziewałam się danego obrotu sytuacji. Żeby nie było, to nie jest jakaś powalająca lektura. Nie nazwałabym tej książki ulubioną, chociaż chętnie postawiłabym ją na swojej półce. 

Oczywiście nie wszystko jest takie piękne. Nie zwaliło mnie z nóg, więc nie mogę wychwalać „Wiecznych” pod niebiosa, poza tym są zgrzyty, które przeszkadzały mi w czytaniu. Tym dominującym są przeskoki w czasie, jakie zastosowała autorka. Kompozycja książki polega na tym, że bez końca przemieszczamy się od XIX wieku do czasów współczesnych i z powrotem, co w sumie byłoby całkiem fajne, gdyby nie to, że razem z tym zmienia się narracja. Kiedy czytamy o tym, jak Luke poznaje Lanore, narracja jest trzecioosobowa w czasie teraźniejszym, a gdy górę bierze Lanny, narracja przechodzi w pierwszoosobową w czasie przeszłym. Na dłuższą metę strasznie mnie to wkurzało i wytrącało z równowagi. Poza tym, skoro już mowa o Lanore, to z ręką na sercu muszę powiedzieć, że dawno nie spotkałam się z tak doprowadzającą do szewskiej pasji główną bohaterką. Niby rozumiało się jej pobudki, niby znajdowało się jakieś wytłumaczenie, ale i tak większość czasu spędziłam, pukając się w czoło, bo serio, ta dziewczyna odpychała od siebie niemal każdą decyzją, jaką podjęła. Jest też Jonathan, pan boski żigolo – no dobra, może przesadziłam, co nie zmienia faktu, że nasz amant nie mógł długo chodzić z zapiętym rozporkiem (chyba nie było jeszcze wtedy rozporków, więc potraktujmy to jako metaforę). Urodę to on miał, to nie ulegało wątpliwości, ale i tak się dziwiłam, że Lanny tak za nim latała. Najbardziej nie znosiłam go za te wszystkie słodkie słówka, które potrafił gorączkowo szeptać, póki jakaś naiwniara podwijała przed nim halki, co później zmieniało się w telenowelę pod tytułem „on zimny, ona gorąca”. Poza tym są też gorsze momenty pod względem fabularnym, co tak samo wpłynęło na mój odbiór tej książki.

Niemniej z chęcią poczytałabym, co wydarzy się dalej. Czy Luke dowie się od Lanore czegoś jeszcze, czy poznamy skład dziwnego eliksiru, za sprawą którego można zyskać nieśmiertelność i co dalej z Adairem, który jest najciekawszą, a jednocześnie najbardziej przerażającą postacią tej książki. Raczej nie chciałabym go poznać. Dodatkowo nie mogłam nie zwrócić uwagi na wymiar psychologiczny tej historii, na kilka morałów wyskakujących z poszczególnych rozdziałów. Miłość może człowieka zniszczyć, anioł czasem okazuje się demonem, a wieczne życie to wcale nie śliczny prezent, jak wydawało się alchemikom szukającym magicznych eliksirów i innym takich. Po prostu trzeba uważać na to, czego się pragnie. 
Czytaj dalej

Na ekranie: „Demon”

„Niektórzy goście weselni przychodzą bez zaproszenia.”

Na początku mamy szczęśliwie zakochaną parę: Piotra (Itay Tiran) i Żanetę (Agnieszka Żulewska). On przyjeżdża dla niej z Anglii, żeby zacząć wspólne życie w Polsce. Problem w tym, że na dzień przed planowanym ślubem Piotr przypadkowo znajduje ludzkie szczątki – na dodatek tuż przy domu, w którym młodzi mają uwić sobie gniazdko. Mężczyzna nie chce mówić narzeczonej o tym dziwnym znalezisku, zwłaszcza że wokół panuje radosna atmosfera związana ze zbliżającym się weselem. Temat wydaje się tymczasowo zamknięty… Niestety kolejne wydarzenia wymykają się spod kontroli. Piotr chyba już nie jest w swoim ciele sam.

Trudno opowiedzieć mi o swoich odczuciach po tym filmie. Na pewno zrobił na mnie ogromne wrażenie i wywołał masę emocji, które utrzymywały się jeszcze długo po napisach końcowych. Zdecydowanie nie spodziewałam się czegoś takiego. O samej produkcji przeczytałam zupełnie przypadkiem i początkowo byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Polski film z elementami horroru? Jakoś mnie to nie przekonywało. Dopiero po obejrzeniu zwiastuna stwierdziłam, że może być ciekawie. Zaledwie dwa dni później pojawiła się informacja o samobójczej śmierci Marcina Wrony, reżysera; to przykre wydarzenie niechcący stało się chwytem marketingowym, na który również się złapałam. Wtedy wiedziałam już, że koniecznie muszę ten film obejrzeć.

Początek był nieco zwodniczy, wręcz naiwny w porównaniu z tym, co przedstawiały kolejne sceny. Mogłoby się wydawać, że to jeden z horrorów, jakich teraz mnóstwo, w końcu była tajemnica, poczucie jakiejś nadprzyrodzonej obecności i sielanka, która musiała zostać zakłócona. Mimo to nie przypuszczałam, że całość zostanie przedstawiona w tak barwny, a jednocześnie poplątany i mieszający w głowie sposób. „Demon” to przede wszystkim mocny thriller, który poza grozą z klasycznego dreszczowca łączy w sobie wciągający dramat i czarny humor. Tutaj nic nie jest oczywiste. Nawet kiedy zaczynałam się czegoś domyślać, chwilę później ten pomysł zostawał doszczętnie zniszczony przez następne ujęcie. Bardzo mi się spodobało wykorzystanie żydowskiego folkloru, a konkretniej dybuka, wokół którego buduje się cała oś fabularna. Jest opętanie i dziwaczna próba egzorcyzmu, ale jest też chaos i nieprzewidywalność. Nawet kwestia żydowska, istotna w tym filmie, nie została do końca wyjaśniona. Wrona nie zaprezentował zresztą zbyt wielu rozwiązań – zamiast tego zostawił widzowi szerokie pole do interpretacji, które otwiera się zwłaszcza po zaskakującym i nieco wytrącającym z równowagi zakończeniu.

Trudno było mi pozbierać myśli po tym filmie i w pewnym stopniu nadal tego nie potrafię. Nie chodzi wcale o to, że „Demon” był przerażający; choć niektóre momenty sprawiały, że dreszcz przebiegał mi po plecach, nie czułam się przestraszona, raczej zmieszana i zahipnotyzowana. Trudno było oderwać oczy od ekranu, już dawno żaden film nie wywołał we mnie takiej gamy uczuć. Ale skłamałabym mówiąc, że mi się nie podobało, bo podobało się i to bardzo. Muzyka świetnie zbudowała klimat, który wzmagał padający przez sporą część akcji deszcz. Poza tym cieszę się, że reżyser zostawił tak wiele miejsca na domysły, spekulacje, a nawet teorie spiskowe, dzięki czemu ta produkcja niezwykle zapada w pamięć. Aktorsko również bez zarzutu: tutaj szczególnie chciałabym wyróżnić pana młodego, w którego wcielił się Itay Tiran. Musiał włożyć mnóstwo pracy w tę rolę, co się zresztą opłaciło, bo efekt jest wspaniały – jego bohater jest dynamiczny, intrygujący i bardzo prawdziwy. Mile będę też wspominać Agnieszkę Żulewską i oczywiście Andrzeja Grabowskiego, który ze swoją rubasznością znakomicie rozładowywał napięcie.


„Demon” pełen jest groteski i surrealizmu. Humorystyczne akcenty mocno przeplatają się z groźniejszymi, mocniejszymi fragmentami, co z czasem potęguje wrażenie absurdu, ale absurdu zamierzonego. Na pewno wrócę jeszcze do tego filmu, a na razie muszę go na spokojnie w sobie przetrawić.
Czytaj dalej

KultuSarny Tag Jesienny

Ostatnio trochę mi się nazbierało tych tagów… Ale na pewno wykonam wszystkie nominacje, to mogę obiecać. Dzisiaj coś, z czym nie mogłam dłużej zwlekać, czyli KultuSarny Tag Jesienny. Nie byłoby zbyt tematycznie, gdybym opublikowała go w połowie stycznia, dlatego już dzisiaj dziękuję A. z bloga Chaos Myśli, dzięki której piszę ten post. Zapraszam do czytania :)


1. Jaka książka wydaje Ci się być idealna do czytania jesiennymi wieczorami?
Książki są świetne bez względu na porę roku, ale jesienią szczególnie podobają mi się kryminały i thrillery. Wydaje mi się, że ten chłód i deszcz za oknem są świetnym tłem dla nierozwiązanych zbrodni, tajemnic i grozy. Poza tym na jesień idealnie sprawdzą się te powieści, które sprowokują nas do przemyśleń, bo październikowe i listopadowe wieczory sprzyjają melancholii. Pasują mi tutaj książki Karen Kingsbury, np. „Jak puch z dmuchawca” albo „W odcieniach błękitu”.

2. Oglądałaś kiedyś film z motywem Halloween?
W tej chwili jedyne, co przychodzi mi do głowy, to odcinki specjalne seriali związane z tym świętem, np. w Pretty Little Liars niemal co sezon wykorzystywano ten motyw. Pewnie oglądałam też kiedyś jakiś horror związany z Halloween, ale chyba musiał być kiepski, skoro go nie zapamiętałam.

3. Suszyłaś kiedyś liście? Jaka książka padła ich ofiarą?
Suszyłam liście jak byłam mała, zwykle wkładałam je do encyklopedii, generalnie do każdej grubszej książki, jaką znalazłam w pobliżu. Nie trwało to jakoś długo, chyba wolałam patrzeć na opadające liście niż znosić je do domu.

4. Czy w którejś książce/filmie znalazłaś motyw świąt/obrzędów jesiennych?
„Dziady”! Moja pierwsza i jedyna myśl. Nie jestem wielbicielką tego dzieła, w sumie to go nie lubię (przepraszam, panie Mickiewicz), jedynie druga część zawsze mi się podobała.

5. Lubisz jesień? Jak tak, to za co?
Nie jest to moja ulubiona pora roku, ale tak, lubię ją, właściwie wszystkie sezony mają swój urok. Uwielbiam taką typową, „złotą jesień”, kiedy jest dużo słońca i wszędzie walają się różnokolorowe liście – przy spacerowaniu trzeba tylko uważać, żeby nie zarobić kasztanem w głowę, co raz prawie mnie spotkało. Chociaż w te dni dużo rozmyślam i często wpadam w typowy dołek, chyba dobrze mieć taki czas na zatrzymanie się i skupienie na sobie. No i herbata smakuje lepiej!


Nie nominuję nikogo konkretnego, dlatego jeśli ktoś nie miał okazji wykonać tego tagu – zapraszam.
Czytaj dalej

(Nie)recenzja: „Lawendowy pokój” Nina George

To nie jest do końca recenzja. Nie chciałam pisać opinii o książce, która doczekała się już naprawdę wielu ocen, zarówno bardzo dobrych, jak i tych nieco mniej. Ale chyba by mnie szlag trafił, gdybym nie wspomniała o tym tytule. Strasznie się cieszę, że wpadł w moje ręce akurat wtedy, kiedy tego potrzebowałam.

Mowa o „Lawendowym pokoju” Niny George. Jak już wspomniałam, recenzje w internecie były naprawdę różne: sporo osób wychwalało pod niebiosa, inni twierdzili, że autorka miała fajny pomysł i go najzwyczajniej w świecie zepsuła. Tak czy siak często natykałam się na jakąś wzmiankę o tej powieści, dlatego zabrałam ją do domu po wypadzie do biblioteki. Niestety, jak to bywa w moim przypadku, wypożyczyłam też multum innych książek i stosik ten topniał bardzo powoli, bo ustawiłam go na półce akurat wtedy, kiedy zaczynał się gorący okres na studiach – same zaliczenia, kolokwia, artykuły do napisania… a do tego lektury, które musiałam czytać. To wszystko sprawiło, że powieść George dawkowałam sobie przez bite trzy tygodnie w niewielkich ilościach. I o ile zwykle takie coś mnie denerwowało, bo nie lubię czegoś robić na tak małe raty, o tyle tym razem okazało się to wyjątkowo zbawienne. Jak terapia.

Głównym bohaterem książki jest Jean Perdu – pięćdziesięcioletni facet prowadzący niezwykłą księgarnię o nazwie „Apteka Literacka”. Niezwykłą z dwóch powodów: po pierwsze, nie prowadził sprzedaży w żadnym budynku, tylko na swojej łodzi zwanej pieszczotliwie Lulu, a po drugie: Perdu miał niesamowitą zdolność odgadywania, czego w danej chwili potrzebuje klient, zatem polecał książkę zupełnie tak, jak aptekarz dobry lek na jakąś dolegliwość. I zwykle udawało mu się trafić w samo sedno. Księgarz pomagał wszystkim wokół, tymczasem sam nie mógł sobie poradzić z własnym smutkiem. Przed dwudziestoma laty porzuciła go ukochana i od tamtego czasu nie miał odwagi przeczytać listu, który przyszedł od niej jakiś czas później. Starał się odgrodzić od wspomnień, nie chciał słuchać tłumaczeń w stylu „tu nie chodzi o ciebie, tylko o mnie” (czołówka najgłupszych tekstów na zerwanie), więc przez dwa dziesięciolecia chował w sobie urazę i tęsknotę. Aż przyszedł dzień, kiedy odczytał wiadomość, która sprowokowała go do tego, że pierwszy raz odcumował Lulu i wyruszył w podróż, zabierając ze sobą młodego pisarza poszukującego weny.

Powyższy akapit to bardzo oszczędny opis fabuły, bo tak naprawdę to właśnie od podróży Perdu zaczyna się właściwa akcja. Rozumiem zarzuty wielu czytelników twierdzących, że autorka bardzo przeciągała wydarzenia, „przynudzała”, nie serwując niesamowitych zwrotów akcji czy momentów zapierających dech w piersiach. Ale wydaje mi się, że to nie było jej celem, przynajmniej ja tak to odbieram. Bohater stworzony przez Ninę George pomagał ludziom książkami – a z kolei jej powieść pomogła mnie. Między innymi dzięki tej historii przetrwałam średnio ciekawy okres w życiu. To nie tak, że teraz jest wszystko okej i pogodziłam się z tym, co się stało. Nie, ale jest mi po prostu łatwiej. Zrozumiałam to i owo. Dlatego tak się cieszę, że czytałam „Lawendowy pokój” wyjątkowo długo. Mogłam dłużej czytać zdania, które bardzo do mnie trafiały. Jak na mój gust właśnie o to chodziło autorce; nie o pościgi i wybuchy, tylko o chwilowe zatrzymanie się, refleksję. Gdybym mogła, w książce zaznaczyłabym co drugą stronę z pięknym cytatem, bo tych znalazłoby się mnóstwo. Ale kiedyś na pewno kupię własny egzemplarz, przeczytam jeszcze raz i nie omieszkam wpisać do zeszytu najważniejsze słowa, które zrobiły na mnie duże wrażenie.

Książkę polecam osobom, które lubią opowieści o miłości, ale przede wszystkim tym, które kiedyś kogoś straciły. Bez względu na to, w jaki sposób. Chociaż powieść obraca się wokół wątku miłosnego, autorka skupiła się głównie na poczuciu straty, tęsknocie, żałobie, usilnej chęci cofnięcia czasu i żalu, że nie da się tego zrobić. Jak już wyżej wspomniałam, nie oczekujcie wartkiej akcji. W zamian za to dostaniecie nadzieję.
Czytaj dalej

Na ekranie: „Kopciuszek” (2015)

Uwielbiam bajki. Nie przeszkadza mi w tym fakt, że teoretycznie jestem na nie za stara. Animowane czy nie – po prostu je bardzo lubię. Nic zatem dziwnego, że nie mogłam sobie odpuścić nowej wersji „Kopciuszka”. Zakochałam się w zwiastunie, zakochałam się w plakatach promujących, a w końcu, po obejrzeniu filmu, zakochałam się też w nim, bo moim zdaniem twórcy odwalili kawał dobrej roboty.

Fabuła nie odbiega za bardzo od znanego nam z dzieciństwa kanonu. Poznajemy Ellę, która najpierw traci matkę, a później ojca, zostając na łasce i niełasce macochy oraz jej dwóch średnio inteligentnych córek. Chociaż życie Elli, niegdyś mającej wszystko, diametralnie się zmienia, dziewczyna stara się nie tracić optymizmu. Jest uczciwa, sympatyczna, śliczna i kocha zwierzęta, dlatego przy pierwszej okazji natychmiast kradnie uwagę księcia. I ma szansę spotkać go znowu, głównie dzięki pomocy swojej wróżki chrzestnej.


Naprawdę trudno mi znaleźć jakieś minusy tego filmu. Baśniowy nastrój pochłonął mnie od razu, a genialne efekty specjalne spełniły moje oczekiwania w zupełności. Nie szkodzi, że jestem dorosła i nie powinnam zawracać sobie głowy balowymi sukienkami czy koronami; też przeszłam przez ten etap w życiu, kiedy chciałam zostać księżniczką. „Kopciuszek” to kultowa bajka i z chęcią przeżyłam ją jeszcze raz. Niby nie powinno się ciągle odgrzewać starego kotleta, ale co poradzić, jeśli nadal tak dobrze smakuje.

Nie mogłabym nie wspomnieć o aktorach. Jeśli chodzi o tytułową postać, to jak na moje oko Lily James sprawdziła się w swojej roli idealnie. Była przeurocza i chociaż jeszcze przed premierą filmu były spore wątpliwości z nią związane, to wydaje mi się, że później się one rozwiały. Chyba zostałam fanką jej urody, bo chociaż nie jest typową pięknością, zdecydowanie ma coś w sobie. Podobnie sprawa ma się z księciem – Richard Madden wymieniony w obsadzie nie zwrócił mojej uwagi, za to w trakcie oglądania totalnie przepadłam przez te jego błękitne oczy (no cholera, co ja poradzę, że mam do takich słabość). Jednak najbardziej doceniam kreacje aktorskie Cate Blanchett i Heleny Bonham Carter. Blanchett w roli macochy była niezwykła: chłodna, wyniosła i charyzmatyczna, siała postrach samym spojrzeniem i sarkastycznym uśmiechem. Z kolei Bonham Carter jako wróżka chrzestna wzbudzała same ciepłe uczucia. Nieco oderwana od rzeczywistości i szalona, czyli taka, jaka wróżka powinna być.


Żałuję, że nie udało mi się pójść na ten film do kina, chociaż się wybierałam. Podejrzewam, że cudowna suknia Kopciuszka i jej złota kareta wyglądałyby jeszcze lepiej na dużym ekranie. Tak czy siak oceniam film dość wysoko: był kolorowy, nie brakowało akcentów humorystycznych oraz morałów, no i happy end był dokładnie taki, jakiego oczekiwałam. Idealna bajka.

Komu polecam? Na pewno takim osobom jak ja, które lubią baśniowe krainy, księżniczki i przystojnych panów na koniach. Film jest dobry dla całej rodziny, można usiąść razem i spędzić miły wieczór przy czymś lekkim i urzekającym, bo wydaje mi się, że widz w każdym wieku znajdzie tutaj coś dla siebie. Aż nie mogę się doczekać nowej wersji „Pięknej i Bestii”!

źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

„W krainie ognistego kwiatu” Carla Federico

Chcieli rozpocząć nowe życie. Wierzyli, że po długiej podróży czeka ich spełnienie marzeń, że wszystko to, co najpotrzebniejsze, samo wpadnie im w ręce. W obcym, egzotycznym kraju spodziewali się lepszych perspektyw na przyszłość i choć tęsknota za ojczyzną wydawała się przerażająca, byli gotowi zostawić ją za sobą i rozpocząć kolejny, w zamyśle szczęśliwszy etap. Nie mieli zielonego pojęcia, że oddalona o wiele kilometrów kraina nie ma nic wspólnego z idyllą… A ciężka praca to jedyna pewna rzecz.

Tytuł: „W krainie ognistego kwiatu” 
Tytuł oryginalny: „Im Land der Feuerblume” 
Autor: Carla Federico 
Wydawnictwo: Sonia Draga 
Liczba stron: 656 
Rok wydania: 2012

„W krainie ognistego kwiatu” upolowałam na przecenie w Matrasie, dzięki czemu zamiast 35 zł, zapłaciłam jedynie 20. Nie ukrywam, że uwiodła mnie okładka, choć o kupnie ostatecznie zdecydował opis z tyłu. Książka trochę się naczekała na swoją kolej, jednak mogę potwierdzić, że było warto ją kupić. Carla Federico napisała przepiękną rodzinną sagę osadzoną w kolorowym, nieco jednak mrocznym Chile, w którym osiedliła się grupa emigrantów z Niemiec. Z tego co wyczytałam w internecie, jest to debiut tej pani – należy dodać, że debiut bardzo udany.

Książka ma ponad 650 stron; to sporo, aczkolwiek autorka opisała w niej wydarzenia rozciągające się na przestrzeni wielu lat. Oczywiście nie da się uniknąć przeskoku w czasie, stąd powieść jest podzielona na parę części, każda z nich obejmuje dany okres. Najpierw jesteśmy z bohaterami na statku płynącym do Chile, zaś później przyglądamy się, jak wygląda ich nowe życie w obcym, groźnym kraju, który miał stać się dla nich bezpieczną przystanią, a ostatecznie wcale jej nie przypominał. Z tego co mi wiadomo, Federico sama spędziła w Chile kilka lat i to doświadczenie jest bardzo widoczne w jej książce: opisy fauny, flory i całej atmosfery tego miejsca są tak żywe, barwne i plastyczne, że człowiek przenosi się tam od razu, jednocześnie nie odrywając stóp od podłogi. Klimat otaczający akcję jest naprawdę wyjątkowy.

Co z resztą? Autorka ma dobry, przystępny styl, chociaż przyznaję, że na początku trudno było mi się wczuć w tę historię. Początek był lekko nużący, przez pierwsze rozdziały przebrnęłam z pewnym oporem. Ale dalej było coraz lepiej. Powieść jest naprawdę wielowątkowa, mamy do czynienia z wieloma bohaterami i choć część z nich wysuwa się na pierwszy plan, pisarka nie zapominała o pozostałych. Wbrew pozorom wszystko jest jasne i przejrzyste, nie gubiłam się w fabule, a poszczególne części tworzyły spójną całość mimo dość sporych przeskoków czasowych. Niemniej Federico poruszyła w książce wiele tematów: trudy emigracji, konflikty narodowo-kulturowe, miłość, przemoc w rodzinie, zdrada, śmierć, przyplątało się nawet kazirodztwo i coś, co w dużej mierze graniczyło z chorobą psychiczną. Zdecydowanie nie nudziłam się podczas czytania. Podobało mi się, że mimo mnogości wątków, autorka starała się rozwijać każdy z nich, żadnego z nich nie porzucała czy nie ucinała w niewyjaśnionych okolicznościach. 

Bohaterów możemy tutaj spotkać bardzo różnorodnych. Jest Eliza, która początkowo wydaje się zbyt naiwna i delikatna, by móc ciężko pracować, jednak potem wykazuje się niesamowitą determinacją i odwagą. Jest również Korneliusz, często zamyślony i zdystansowany, ale z dobrym sercem. Polubiłam ich oboje, każde za co innego, chociaż moją ulubioną postacią okazała się sarkastyczna, czasem przesadnie szczera Jule, która zawsze mówiła to, co przychodziło jej na myśl. Nie mogłabym też pominąć uroczego, choć nieco narwanego Poldiego. W każdym razie podziwiam autorkę za to, że jej postacie to indywidualności, nie zlewają się ze sobą, ich charaktery są odmienne i bardzo autentyczne. To chyba największy plus tej historii.

Cóż, nie da się ukryć, że opisuję tę powieść w samych superlatywach. Przypadła mi do gustu, nawet bardzo, a do tego pięknie się prezentuje na półce – czego chcieć więcej? Trzeba się wkręcić w nastrój, który towarzyszy poszczególnym wydarzeniom, trzeba jedną nogą wejść do krainy ognistego kwiatu. Wtedy cała reszta przestaje się liczyć, bo właśnie takie odniosłam wrażenie, kiedy na dobre wciągnęłam się w fabułę.
Czytaj dalej

7 grzechów głównych książkoholika - tag

Dzisiaj przychodzę do was z kolejnym tagiem, do którego nominowała mnie Sara Gray z zaczarowana-me.blogspot.com. Dziękuję bardzo!


PIERWSZY – PYCHA
O jakiej książce mówisz najwięcej, kiedy chcesz zabrzmieć jak bardzo inteligentny czytelnik?

Nie ma takiej książki. Chętnie mówię o wszystkim, co akurat przeczytałam i nie traktuję tego jako okazji do błyśnięcia intelektem, którym zresztą nie grzeszę (to tak w nawiązaniu do tagu). Lubię pogadać o książkach i przyznaję się, jeśli czegoś nie czytałam, nie kryję swojego zdania itd. Po prostu staram się być szczera, nie tylko w tym wypadku.


DRUGI – CHCIWOŚĆ
Jaka jest najdroższa i najtańsza książka na twojej półce?

Rozumiem, że pytanie nie tyczy się tych książek, które dostałam? W każdym razie moim największym wydatkiem była „Ręka mistrza” Stephena Kinga, zapłaciłam za nią około 50 zł. Najtańszym nabytkiem jest „Chmurołap” Zbigniewa Masternaka – znalazłam ją w koszu z przecenami w Matrasie i wydałam szalone 2 złote.


TRZECI – NIECZYSTOŚĆ
Jakie cechy charakteru uważasz za najbardziej atrakcyjne u bohatera?

Po części pokrywają się one z cechami, których szukam u nowopoznanych osób. Lubię bohaterów otwartych, z poczuciem humoru, oddanych przyjaciołom i rodzinie, wrażliwych na krzywdę innych. Cenię też odwagę i charyzmę, pewnie dlatego, że mnie ich na co dzień brakuje, miło zatem poczytać o kimś, kto się w ten sposób wyróżnia.


CZWARTY – ZAZDROŚĆ
Jakie książki najbardziej chciałabyś dostać jako prezent?

Za dużo ich! Musiałabym je wypisywać godzinami, ale na pewno chciałabym inne dzieła Kinga, „Dom orchidei” i „Dziewczynę na klifie” Lucindy Riley, książki Jane Austen i komplet powieści Nicholasa Sparksa. Na szczęście przyzwyczaiłam rodzinę i znajomych do tego, że książka to dla mnie świetny prezent na każdą okazję, dlatego na święta czy na urodziny zawsze dostaję coś fajnego.


PIĄTY – OBŻARSTWO
Jaką książkę możesz pożerać (czytać) cały czas?

„Harry’ego Pottera” mogłabym czytać bez końca. Naprawdę. Ciągle znajduję w tych książkach coś nowego i nadal mnie wciągają, zupełnie tak, jakbym czytała je po raz pierwszy.


SZÓSTY – GNIEW
Z jakim autorem masz relacje love/hate, czyli jednocześnie go kochasz i nienawidzisz?

Hm, tutaj przyszedł mi do głowy wspomniany już wcześniej Sparks. Kocham jego książki i sposób, w jaki opisuje uczucia, ale nienawidzę go za smutne zakończenia czy niezbyt szczęśliwe rozwiązania niektórych wątków, które nieraz łamały mi serce.


SIÓDMY – LENISTWO
Czytanie jakiej książki zaniedbałaś właśnie przez lenistwo?

Chociaż leniuchem jestem okropnym, nigdy nie zaniedbałam przez to książki. Jeśli już odkładam jakąś na półkę, to tylko dlatego, że wyjątkowo mi się nie spodobała, bo zwykle staram się dokończyć zaczętą powieść, nawet na siłę.


Tym razem nie nominuję nikogo, ale oczywiście zachęcam każdego, kto ma ochotę, do wykonania tego tagu :) 
Czytaj dalej

Nie takie lektury straszne, jak je czytają


Zaczął się nowy rok szkolny, w co aż trudno uwierzyć, bo poprzedni dopiero co dobiegł końca. Mnie został co prawda jeszcze miesiąc wolny od nauki, ale że w przyszłym tygodniu zaczynam praktyki, dołączę do osób narzekających na wczesne pobudki i znacznie mniejszą ilość wolnego czasu. Skoro jednak wrzesień wiąże się z powrotem do szkoły, postanowiłam wspomnieć o lekturach, czy raczej pokazać, że wcale nie są takie złe. W ogóle mnie nie dziwi, że książki omawiane na polskim są zmorą większości uczniów; sama kocham czytać, ale nie znoszę tego robić pod przymusem. Mimo to w trakcie swojej szkolnej kariery trafiłam na naprawdę fajne pozycje, których zresztą sporo się nazbierało, gdy przygotowywałam się do tego posta. Chcę się podzielić z wami tą listą i przy okazji udowodnić, że lekturom czasem warto dać szansę, nawet jeśli sama myśl o nich wywołuje u niektórych płacz i zgrzytanie zębów.

Zdaję sobie sprawę, że wykaz lektur ulegał zmianie w ciągu ostatnich lat, różnice są też w programach przewidzianych w różnych szkołach. Pomogłam sobie trochę internetem, dlatego istnieje możliwość, że część z tych książek nie pojawi się na sprawdzianach w poszczególnych klasach. Wzięłam też pod uwagę lektury ze szkoły podstawowej, bo do niektórych mam po prostu sentyment – i nawet, jeżeli macie podstawówkę czy w ogóle naukę dawno za sobą, może warto odświeżyć pamięć albo nadrobić ewentualne braki :)


„Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett
Kocham tę historię do dzisiaj, kilka miesięcy temu czytałam ją zresztą od nowa. Ponadczasowa i wzruszająca. Pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmianę czy na zaufanie drugiemu człowiekowi. Warto też sięgnąć po „Małą księżniczkę” i „Małego lorda” tej samej autorki.


„Lew, Czarownica i stara szafa” C.S. Lewis
Cóż, u mnie się tego nie przerabiało, a wielka szkoda. Do tej pory nie udało mi się przeczytać całego cyklu „Opowieści z Narnii”, dotarłam do trzeciej części, ale na pewno sięgnę po pozostałe, chociaż mówi się, że jest to seria raczej dla młodszych czytelników. Coś mi się wydaje, że moje wewnętrzne dziecko będzie miało uciechę. Magiczna opowieść.


„Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren
To właśnie w trakcie robienia tego zestawienia przypomniałam sobie, jak bardzo spodobała mi się ta książka, kiedy poleciła mi ją koleżanka wiele lat temu. Muszę przeczytać jeszcze raz! Zafundowała mi mnóstwo emocji i pewnie zrobi to znowu.


„Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery
Jeszcze jedna z moich ulubienic, zdążyłam przeczytać jeszcze zanim nauczycielka zapowiedziała omawianie. Zawsze mocno utożsamiałam się z Anią, to genialna książkowa bohaterka. Ekranizacja z 1985 roku też bardzo mi się podobała.


„Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkien
„Hobbita” przeczytałam dopiero pół roku temu, w szkole nawet nikt o nim nie wspomniał. A warto! Spotkałam się z opiniami, że Tolkien jest zbyt mroczny dla młodszych dzieci, że ma za ciężki styl – niektórzy ludzie nie wiedzą lub zapominają, że ta książka miała być przeznaczona właśnie dla takich odbiorców. Historia Bilba jest opisana niesamowicie i wciąga od pierwszych stron.


„Romeo i Julia” William Szekspir
Jako beznadziejna romantyczka nie mogłam się obejść bez tego tytułu. Z biegiem czasu (i większą ilością szarych komórek) dostrzegłam, że Szekspir zafundował historię dość naiwną i zbyt dramatyczną, ale to nie zmienia faktu, że nadal mam do niej ogromny sentyment.


„Kamienie na szaniec” Aleksander Kamiński
Tej pozycji chyba nie trzeba przedstawiać. Od jakiegoś czasu mam ochotę przeczytać od nowa i chyba rzeczywiście to zrobię. Ciekawa jestem, jak po kilku latach spojrzę na tę książkę.


„Mały Książę” Antoine de Saint-Exupéry
Czy ten wybór kogokolwiek dziwi? Ta niepozorna książeczka potrafi wiele nauczyć i bywa pociechą w trudniejszych chwilach. Dziwię się, że jeszcze nie mam swojego egzemplarza.


„Lalka” Bolesław Prus
Opasłe dzieło, które przeczytałam wyjątkowo szybko. Nie przypuszczałam, że tak bardzo mnie wciągnie, pamiętam jak praktycznie nie rozstawałam się z nią przez pierwsze dni ferii zimowych. Owszem, czasem dłużyły mi się te szczegółowe opisy Prusa, ale ogólnie miło ją wspominam i byłam rozczarowana, kiedy na studiach została pominięta.


„Ludzie bezdomni” Stefan Żeromski
Bardzo lubię refleksje Żeromskiego i ogólnie jego styl, jak dla mnie bardzo przystępny. A sama książka naprawdę ukazuje bezdomność w przeróżnym tego słowa znaczeniu.


„Inny świat” Gustaw Herling-Grudziński
Polecam głównie ze względu na temat, bo zrobiła na mnie duże wrażenie. Miałam co prawda pewne trudności w przebrnięciu przez nią – nie jest to najkrótsza książka, a i opisy były momentami męczące. Nie jest to jednak ważne ze względu na szczegółowość wspomnień autora i zawarty w nich bolesny obraz niewoli sowieckiej.


„Cierpienia młodego Wertera” Johann Wolfgang von Goethe
Krótkie, raczej smutne dziełko w postaci listów – czyta się szybko i nawet jeśli po drodze człowiek łapie trochę przygnębienia od tytułowego bohatera, to warto.


„Makbet” William Szekspir
No i znowu Szekspir. Bardzo lubię tę tragedię, jest nieco mroczna, ale nie brakuje w niej zwrotów akcji. Pozytywne wrażenie zostało utrwalone przez spektakl teatralny, który miałam okazję obejrzeć z klasą (pozdrawiam przystojnego odtwórcę Malkolma, któremu mogłam się dobrze przyjrzeć z pierwszego rzędu).


„Zbrodnia i kara” Fiodor Dostojewski
Tego też nie trzeba specjalnie reklamować. Świetna i jako kryminał, ale przede wszystkim jako powieść psychologiczna. Czułam się, jakbym była wewnątrz głowy Raskolnikowa.


Tak jak wspomniałam, trochę tego jest, a trzeba powiedzieć, że wybrałam tylko te lektury, które najbardziej zapadły mi w pamięć – na upartego dałoby się jeszcze dopisać kilka tytułów. Jakie lektury szkolne szczególnie podobały się wam?
Czytaj dalej

„Pragnienie” Carrie Jones


Znacie ten ból, kiedy książka wywołuje u was dużo emocji, ale nie umiecie się zdecydować, czy przeważają te pozytywne czy negatywne? Odkładacie skończoną powieść na półkę i tak do końca nie wiecie, czy wam się podobało, bo z jednej strony to było dobre, a z drugiej tamto okazało się kiepskie… U mnie zdarzyło się tak po przeczytaniu „Pragnienia” Carrie Jones. Kupiłam tę książkę zupełnie przypadkiem (ta, jasne, czaiłam się na nią przez tydzień w Dedalusie) i byłam bardzo niezadowolona, gdy po powrocie do domu zorientowałam się, że trzymam pierwszy tom serii. Zazwyczaj nie kupuję w ciemno pierwszej części jakiegoś cyklu, wolę najpierw wybadać historię, która rozciąga się na parę tytułów. No cóż, dałam się skusić ładnej okładce, niskiej cenie i niewinnemu opisowi z tyłu, który zapowiadał zwykłą młodzieżową powieść. I taką się właśnie okazała, niestety nie jestem pewna, czy w dobrym tego słowa znaczeniu.

Tytuł: „Pragnienie”
Tytuł oryginalny: „Need”
Autor: Carrie Jones
Cykl: „Pragnienie”, tom 1
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 308
Rok wydania: 2010

Nastoletnia Zara traci ojczyma – prawdziwego ojca nigdy nie poznała – co przybija ją na tyle, że za namową matki tymczasowo przeprowadza się do swojej przybranej babci. Nowe otoczenie ma pomóc dziewczynie w otrząśnięciu się po tragedii. To jednak nie jest takie proste, bo okazuje się, że Zarę obserwuje tajemniczy mężczyzna, a w okolicznych lasach zdaje się czaić coś niepokojącego. Zara usiłuje zwalczyć strach poprzez wyliczanie w myślach… nazw fobii. Ma fioła na punkcie definicji różnych lęków, tyle że wciąż musi się mierzyć z własnymi.

Największym minusem tej książki jest z pewnością przewidywalność. Już ten zdawkowy opis ujawnia przerobiony wielokrotnie schemat: nastolatka się przeprowadza, ale zamiast znaleźć w nowym miejscu spokój i szczęście, pakuje się w kłopoty, co jednocześnie nie przeszkadza jej w nawiązywaniu nowych przyjaźni czy poderwaniu szkolnego przystojniaka. Fabuła była przezroczysta w wielu miejscach i zazwyczaj udawało mi się przewidzieć, co się wydarzy. Czasem lubię takie momenty, wtedy się cieszę z własnego geniuszu i umiejętności dedukcji, ale w tym wypadku zaczęło mnie to drażnić.

Autorce udało się mnie jednak zaskoczyć przez wprowadzenie do powieści istot mało znanych, a mianowicie piksów. Czy tylko mi się wydaje, że ta nazwa jest śmieszna? Skojarzyłam ją z chochlikami kornwalijskimi z drugiej części Pottera, a jak się później okazało, obrałam dobry kierunek, bo Jones zaczerpnęła pomysł z brytyjskiego folkloru (tzw. pixie, polecam wygooglować). W „Pragnieniu” piksy nie są niedużymi, niebieskimi stworzonkami o piskliwych głosikach, w tej książce sieją postrach i nie mają oporów przed rozerwaniem komuś gardła, a ponieważ mogą przybierać w pełni ludzki wygląd, są nierozpoznawalne dla osób z zewnątrz. Spodobało mi się, w jaki sposób pisarka opisała ich zwyczaje, zresztą samym plusem jest fakt, że nie wyskoczyła z kolejnym wampirem, chociaż obok piksów możemy spotkać również wilkołaków i innych zmiennokształtnych. Niestety ciągle odnosiłam wrażenie, że te całe piksy są jakieś takie naciągane. Nierealne. Jones miała konkretną wizję, ale ostatecznie wypadła ona blado, a przecież w fantasy chodzi właśnie o to, by zjawiska nadnaturalne wydawały się rzeczywiste.

Sami bohaterowie są dosyć papierowi. Zarę mogę zaliczyć do czołówki najbardziej wkurzających głównych bohaterek, bo nawet ta jej ciekawa wyliczanka z fobiami po pewnym czasie zrobiła się irytująca. Dziewczyna wiele razy zachowywała się bezmyślnie i sama szukała problemów. Babcia Zary to z kolei sympatyczna kobieta, choć czasem rzucała tak niezręcznymi uwagami, że nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy tylko się uśmiechnąć z politowaniem. Polubiłam za to przyjaciół głównej bohaterki, Issie i Devyna, bo co do Nicka, czyli Pana z Numerem Jeden mam mieszane uczucia. Przez ¾ powieści Jones robiła z niego księcia z bajki i gdyby nie przebłysk normalnych ludzkich odruchów pod koniec powieści, to pomyślałabym, że to jakaś maszyna zaprojektowana na życzenie zakochanej nastolatki. Mimo to wątek miłosny przypadł mi do gustu, został przedstawiony z humorem i jakoś tak… uroczo, z braku lepszego słowa. Intrygująca wydaje się także matka Zary, o której nie wiadomo zbyt wiele po pierwszej części – no i główny pan Piks, chyba jedyny przedstawiciel tego gatunku, którego Jones opisała całkiem sensownie.

Pomijając ciekawy sposób zapisywania rozdziałów, gdzie zamiast tytułów i numerów pojawiały się nazwy fobii wraz z ich krótkimi opisami, na korzyść „Pragnienia” przemawia jeszcze dość szybki rozwój wydarzeń i zdynamizowana akcja pod koniec. Mimo to nie potrafiłam do końca wciągnąć się w tę historię. Początek był bardzo chaotyczny, jakby napisany w pośpiechu, a dialogi momentami były sztuczne jak usta Kylie Jenner. No i ta denerwująca narracja w czasie teraźniejszym! W ostatnim czasie jakoś namnożyło się książek napisanych w ten sposób, jednak prawdą jest, że kiedy powieść mi się podoba, ta kwestia niespecjalnie mnie obchodzi. W tym wypadku było inaczej.

Planuję sięgnąć po kontynuację „Pragnienia”, bo podobno jest lepsza niż pierwsza część. Zobaczymy. Otwarcie cyklu oceniam raczej średnio: pomysł był, technicznie też jest dobrze, ale coś cały czas zgrzytało, jakby człowiek próbował na siłę założyć na siebie za małe spodnie. Nie jest to jednak zła pozycja, to całkiem fajna młodzieżowa książka, po prostu mnie mocno rozczarowała.
Czytaj dalej

Na ekranie: „Wykolejona”


W opozycji do ostatniego filmowego postu, tym razem chciałam wspomnieć o bardzo współczesnej produkcji – „Wykolejonej”, której polska premiera miała miejsce 31 lipca. Parę dni później miałam okazję ten film obejrzeć i trzeba powiedzieć, że spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Pierwotny plan obejmował zarezerwowanie biletów na „Magic Mike XXL”; tak, wiem, średnio inteligentny banał, ale jakoś nie mogłam sobie odmówić wlepiania gał w Matta Bomera i Channinga Tatuma. Trzeba było jednak zastosować plan B, bo początek nowego miesiąca przyniósł kilka premier, a co za tym idzie, Mike i reszta jego roznegliżowanych kolegów zostali zredukowani do jednego seansu dziennie, przynajmniej w kinach, do których miałam najbliżej. W ramach planu B kusiły mnie „Papierowe miasta”, ale zwykle staram się nie oglądać filmu przed zapoznaniem się z książką, więc padło na „Wykolejoną”. Nie spodziewałam się fajerwerków, w końcu z komediami różnie bywa, na szczęście z kina wyszłam szeroko uśmiechnięta. 

Film zaliczono do kategorii R (osoby poniżej 17 lat mogą oglądać jedynie z dorosłym opiekunem), bo faktycznie sporo w nim seksu, co ujawnia się już w pierwszych scenach. Twórcy nie stronią od lekko erotycznych ujęć, a żarty na tym tle sypią się gęsto przez większość czasu. Być może kogoś mogłyby obrzydzić niektóre komentarze bohaterów, jednak nie ze mną te numery. Chwilami humor przedstawiony w „Wykolejonej” był naprawdę pospolity i wulgarny, ale nic nie poradzę na to, że mnie takie rzeczy śmieszą. A śmiałam się głośno, co zapewne mogą potwierdzić osoby z obsługi, bo poza mną i moją osobą towarzyszącą na całej sali nie było nikogo. Nie żebym narzekała, przynajmniej nikt w pobliżu nie szeleścił i nie odwracał głowy, kiedy krztusiłam się popcornem.


„Wykolejona” jako komedia udała się nieźle, co z resztą? Na pierwszy plan wysuwa się, a jakże, wątek miłosny. Nie ma w nim nic wyszukanego: pewna dwójka się poznaje, stają się parą, potem się kłócą i rozstają, po czym następuje wyczekiwany przez wszystkich happy end. Od razu można było się domyślić zakończenia tego filmu, co jakoś mi nie przeszkadzało, bawiłam się świetnie. Dodatkowo w „Wykolejonej” istotne są kwestie rodzinne głównej bohaterki i jej praca w charakterze dziennikarki – doceniam twórców za to, że między kolejne dowcipy wpletli odrobinę refleksji i spraw nieco poważniejszych, niż rozterki uczuciowe tytułowej wykolejonej pani.

Nie mogłabym też nie pochwalić pierwszoplanowych aktorów: ujmującego Billa Hadera, do którego od razu czuje się sympatię i genialnej Amy Schumer, która właściwie odwaliła całą robotę, bo to ona zrobiła ten film. Czytałam o tej aktorce i dowiedziałam się, że jest cenioną komediantką, tzw. stand-uperką, co w ogóle mnie nie dziwi. Była bardzo naturalna w swojej roli, to przede wszystkim dzięki niej wybuchałam śmiechem co kilka minut. No i bez bicia przyznam, że miło zobaczyć w głównej roli kobietę o pełniejszych kształtach, a nie kolejną, szczuplutką dziewczynę, jakby wyrwaną prosto z wybiegu dla modelek (nie, to nie ból dupy, to fakt).


Podsumowując: „Wykolejona” sprawdza się idealnie jako letnia, lekka komedyjka, przy której można się odprężyć i szerzej uśmiechnąć. Nie jest to żadne filmowe arcydzieło, ale mi podobało się bardzo – w upalny, wakacyjny dzień potrzebowałam czegoś, co mnie rozluźni i sprawi, że przyjemnie spędzę czas, bez zbędnego wysilania mózgownicy.
Czytaj dalej

Zalotny Tag Książkowy


Czytanie to jedna z moich największych miłości. Zakochałam się w pierwszej klasie szkoły podstawowej i ten związek trwa do dziś, bez żadnych spięć czy rozstań. Żeby to wyrazić, nie ma chyba lepszego tagu, niż The Courtship Book Tag (Zalotny Tag Książkowy). Za nominację dziękuję Ani D.


FAZA PIERWSZA – ZAUWAŻENIE
Książka, którą kupiłam ze względu na okładkę.
Interesujące okładki przyciągają mnie jak magnes, ale głównie w bibliotece; w księgarni, gdzie zazwyczaj mam ograniczony fundusz, długo się zastanawiam, zanim coś wezmę i rzadko daję się skusić ładnej oprawie. Inaczej było z „Pragnieniem” Carrie Jones (recenzja niedługo). Może okładka nie jest jakaś wyszukana, jednak spodobała mi się od razu, generalnie wydawnictwo odwaliło kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o przygotowanie wizualne.


FAZA DRUGA – PIERWSZE WRAŻENIE
Książka, którą kupiłam ze względu na opis.
Często mi się to zdarza, ale jednym z ostatnich takich zakupów jest „Sekretna miłość Szekspira” Karen Harper, która nadal czeka na swoją kolej.


FAZA TRZECIA – SŁODKIE ROZMÓWKI
Książka ze świetnym stylem pisarskim.
Mogłabym się tutaj rozpisać, bo takich książek jest sporo, najlepiej jednak podążyć za pierwszą myślą, którą w moim wypadku była „Gra Geralda” Stephena Kinga. Atmosfera tej powieści, mistrzowskie opisy, napięcie obecne niemal przez całą fabułę, która obejmowała czasowo raptem kilkanaście godzin… Tego nie da się zapomnieć.


FAZA CZWARTA – PIERWSZA RANDKA
Pierwszy tom serii, który sprawił, że chciałam się zabrać za kolejne.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wymieniła tutaj pierwszego tomu o Harrym Potterze, „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Od tej książki zaczęła się nie tylko moja obsesja na punkcie tego cyklu, ale też zamiłowanie do czytania i pisania.


FAZA PIĄTA – NOCNE ROZMOWY TELEFONICZNE
Książka, przy której przetrwałam noc.
„Dom orchidei” Lucindy Riley. Jestem po lekturze raptem dwóch książek tej pisarki, ale już zdążyłam ją pokochać. Pisze świetne, wciągające sagi rodzinne, a wymieniony wyżej tytuł, mimo tak niepozornej i raczej niezachęcającej okładki spodobał mi się tak bardzo, że czytałam prawie do rana i kończyłam oczywiście na wykładach.


FAZA SZÓSTA – ZAWSZE W MYŚLACH
Książka, o której nie mogę przestać myśleć.
Zdecydowanie „Monika B. Nie jestem już waszą córką” Karin Jäckel. Pomijając „Dziewczynę z sąsiedztwa” to chyba najbardziej przerażająca książka, jaką czytałam i co jakiś czas wracam do niej myślami. Kto zna, to zapewne się domyśla, dlaczego.


FAZA SIÓDMA – KONTAKT FIZYCZNY
Książka, którą kocham za towarzyszące przy niej feelsy.
Tutaj jakoś tak od razu przypomniałam sobie o „Niezgodnej”. Spędziłam całe nudnawe seminarium na czytaniu pierwszej części i tylko wierciłam się na krześle, bo nie mogłam głośno komentować akcji, która mnie kompletnie pochłonęła.


FAZA ÓSMA – SPOTKANIE Z RODZICAMI
Książka, którą chcę polecić rodzicom i znajomym.
Sporo ich, jednak wybieram „Lawendowy pokój” Niny George. W swoim czasie pojawi się post na temat tego tytułu, a teraz krótko powiem, że ta książka bardzo mi pomogła i nauczyła mnie tego i owego, prowokując do przemyśleń. Myślę, że każdemu przyda się czasem taka czytelnicza terapia.


FAZA DZIEWIĄTA – MYŚLENIE O PRZYSZŁOŚCI
Książka, którą wiem, że będę ją czytała wiele razy w przyszłości.
Tutaj nie jestem w stanie wybrać tylko jednej pozycji. Regularnie wracam do serii z HP i często mam ochotę po raz kolejny sięgnąć po coś, co już przeczytałam. Mam sporo swoich ulubieńców, którzy chyba nigdy mi się nie znudzą i wiem, że w przyszłości nadal będą mi towarzyszyć.


FAZA DZIESIĄTA – DZIELENIE SIĘ MIŁOŚCIĄ
Kogo taguję?


Powodzenia!
Czytaj dalej

Na ekranie: „Sissi”


Nie znam się na filmach. To nie fałszywa skromność, tylko fakt. Jestem zwykłym widzem i po prostu oglądam to, co mnie zainteresuje – albo mi się spodoba, albo nie. Co prawda książki kocham bardziej, jednak lubię od czasu do czasu pogapić się w ekran. Ostatnio „zagapiłam się” na coś, co skradło mi serce i właśnie tego będzie dotyczył dzisiejszy post.

Bardzo rzadko zdarza mi się obejrzeć coś starszego; mimo mojej pożal się Boże wiedzy na temat kina raczej wolę tytuły współczesne. Ale wobec „Sissi” (1955) nie mogłam przejść obojętnie. Jest to pierwsza część austriackiej trylogii o Elżbiecie Bawarskiej, cesarzowej Austrii i późniejszej królowej Węgier. Jej imię czy też przydomek, który przylgnął do niej na całe życie, obiły mi się o uszy kilka razy, choć wcześniej nie budziły większej ciekawości. Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem wpadłam w internecie na artykuł o Sissi, później wszystko potoczyło się lawinowo. Siedziałam cały wieczór, czytając całkiem obszerne informacje w Wikipedii i przeglądając grafiki z XIX-wiecznymi obrazami, na których uwieczniono tę niezwykłą kobietę. Naprawdę zachęcam do zapoznania się z jej historią.

Mówiąc baaardzo skrótowo: Sissi jako księżniczka Bawarii wychowywała się razem z dziewięciorgiem rodzeństwa. Kochała naturę, uwielbiała jeździć konno. Jej matka była siostrą arcyksiężny Zofii; obie kobiety planowały zaaranżować małżeństwo starszej siostry Sissi, Heleny (zwanej Nene) i syna arcyksiężny, cesarza Franciszka Józefa I. Sissi i Nene pojechały z matką do Austrii, gdzie starsza z sióstr miała bliżej poznać swojego przyszłego męża. Ale Franciszek Józef poprosił o rękę nie Nene, a szesnastoletnią Sissi.


Pierwsza część filmowej trylogii dotyczy wydarzeń, które ostatecznie doprowadziły do ślubu cesarza Austrii i Elżbiety. Na tym nie kończy się historia Sissi, w zasadzie im dalej w las, tym robi się ciekawiej, więc koniecznie muszę obejrzeć pozostałe filmy. Ten zrobił na mnie duże wrażenie. Nie żałuję, że nie wybrałam którejś ze znacznie młodszych wersji, tylko właśnie tę sprzed sześćdziesięciu lat – jej niesamowity klimat przeniósł mnie prosto do XIX wieku. Siedziałam jak zaczarowana i jestem pewna, że przez większość czasu uśmiechałam się jak głupi do sera. Wszystko dlatego, że postać głównej bohaterki wywołuje w człowieku mnóstwo ciepłych uczuć. Nie mam zielonego pojęcia, jaka była ta prawdziwa Sissi, ale filmowa kreacja w wykonaniu Romy Schneider od razu zaskarbiła sobie moją sympatię. Trzeba też dodać, że była to aktorka o wyjątkowej urodzie (te włosy!). W każdym razie w tej roli wypadła bardzo naturalnie.

Pomijając sam fakt, że lubię romanse – a w filmie istotny jest wątek miłosny – podobała mi się muzyka. Zawsze stanowiła świetne tło dla danej sceny i była przyjemna dla ucha. Trudno mi zweryfikować fakty ujęte przez reżysera, w końcu nie jestem historykiem i przede wszystkim nie żyłam w XIX-wieku, ale jak na moje oko Austriacy dobrze oddali atmosferę tamtego czasu, nie przekręcając przy tym wydarzeń. Pewnie tu i tam scenariusz naginał się do fantazji twórcy, nie dało się tego jednak odczuć: nawet gdyby film nie miał charakteru biograficznego, wypadłby bardzo realistycznie.


Jeśli ktoś, podobnie jak ja, lubi się przyglądać rozłożystym sukienkom, balom i sztywnej etykiecie sprzed dziesięcioleci, to zachęcam do obejrzenia. Sissi jako postać historyczna jest naprawdę godna uwagi, a filmowe ujęcie jej losów sprawia, że cesarzowa wydaje się nadal żywa, obecna. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę pozostałe dwie części.

źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

„Dotyk Crossa” Sylvia Day


UWAGA: SPOILERY.

Zastanawiam się czasem, czy sama nie robię sobie na złość. No bo po co pchać się z własnej, nieprzymuszonej woli w coś, co przez długi czas mnie odrzucało? Nie wiem jak u innych, ale gdzieś tam w mojej podświadomości buja się lista książek, po które nie sięgnę, nawet jeśli zacznę się bać, że któraś z nich wyskoczy mi z lodówki. Na tej liście znajdował się także „Dotyk Crossa” Sylvii Day. Co sprawiło, że zaczęłam ją czytać? Ciężko stwierdzić. Częściowo zainteresowała mnie całkiem wysoka ocena na Lubimy Czytać, później w grupie 52 książki co jakiś czas natykałam się na ten tytuł, zupełnie jakby za mną łaził. W końcu dałam się ponieść greyowej manii – lutowa premiera ekranizacji książki E.L. James sprawiła, że dosłownie wszędzie roiło się od Any, Christiana i jego pięćdziesięciu twarzy, a co za tym idzie, podobne temu twory wróciły na tapetę. Głównie po lekturze trylogii Pięćdziesiąt odcieni stwierdziłam, że nie chcę dotykać Crossa, czy raczej żeby on dotykał mnie (chociaż bez bicia przyznaję, że film z Jamiem Dornanem i Dakotą Johnson mi się podobał. No, to teraz czekam na lincz). Ciekawość wzięła jednak górę, podobnie jak moja dewiza: nie krytykuj tego, czego nie znasz. Postanowiłam zatem poznać… i żałuję.

Tytuł: „Dotyk Crossa”
Tytuł oryginalny: „Bared To You”
Autor: Sylvia Day
Cykl: „Rozpalona”, tom 1
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2012

Pierwsze kilka stron mnie zwiodło. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek dałam się tak oszukać po rozpoczęciu jakiejś książki. Wszystko dlatego, że pochwała powtarzająca się w wielu recenzjach sprawdziła się – faktycznie Sylvia Day dysponuje o niebo lepszym stylem niż E.L. James. Zwykle trzeba przebrnąć przez jakąś część powieści, żeby móc sobie wyrobić opinię w tej kwestii, ale tutaj to była naprawdę szybka piłka, co zresztą nie powinno nikogo dziwić, skoro Greya dałoby się zamknąć w kilku, może kilkunastu wyrażeniach, które powtarzały się przez całe trzy części. Rozumiem mieć jakieś ulubione powiedzonka, sformułowania i tak dalej, w końcu kto komu broni prawa do własnych dziwactw, ale we wszystkim jest jakaś granica. Wracając do tematu: „Dotyk Crossa” zaczął się nieźle. Nie łudziłam się, wiedziałam z jakim typem powieści mam do czynienia, co nie zmienia faktu, że nabrałam nadziei na miłą lekturę. To nie jest tak, że hejtuję „Pięćdziesiąt twarzy Greya” od góry do dołu, jestem po prostu zdania, że przy lepszym warsztacie pisarskim i innym poprowadzeniu fabuły powstałaby ciekawsza (ciekawsza dla mnie), lepsza trylogia. Tematyki się absolutnie nie czepiam, w końcu w bibliotekach jest miejsce i dla erotyków, i dla kryminałów czy fantasy. Cholera, znowu nie o tym, co chciałam… W każdym razie: rozsiadłam się wygodniej, nawet uśmiechnęłam, bo doszłam do wniosku, że może niepotrzebnie odrzuciłam twórczość Sylvii Day i zaczerpnę trochę przyjemności z czytania. Marzenie ściętej głowy, a głowa ta odpadła kilka akapitów później, kiedy to główna bohaterka pierwszy raz wpadła na obiekt swoich westchnień i szybko zaczęła myśleć o rżnięciu. Tak, musiałam użyć właśnie tego słowa. Pociąg seksualny jest normalny, gdy w pobliżu znajduje się atrakcyjna osoba, ale ten wyraz użyty od tak, od razu, nieco mnie odrzucił. Może jestem nadwrażliwa, trudno. I tak ta moja wrażliwość została nieźle narażona na szwank podczas śledzenia dalszej akcji.

Autorka dość szybko przeszła „do rzeczy”. Początkowo mnie to ucieszyło, później stopniowo nabierałam wrażenia, że wszystko dzieje się w zawrotnym tempie i człowiek nawet nie ma czasu, żeby ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. Chociaż nie, to nie do końca prawda, bo książka mocno trzymała się schematu: szczęście-kłótnia-szczęście-kłótnia… Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie stałe odczucie, że te kryzysy w związku Evy i Gideona (jasny gwint, skąd to imię?) są momentami wprowadzone na siłę. W końcu musi się coś popsuć, żeby potem para mogła się pogodzić. Co do tego godzenia się, to mam bardzo mieszane uczucia w stosunku – ech, ta dwuznaczność – do scen erotycznych, które, rzecz oczywista, pojawiają się bardzo często. Niby są dopracowane i zmysłowe, niby autorce udawało się wytworzyć odpowiedni nastrój, problem w tym, że psuła go wulgarnymi wyrazami. Nie jestem osobą stroniącą od przekleństw, ale w książkach średnio za nimi przepadam, bo naprawdę potrafią zrujnować atmosferę. 

Jak wspomniałam wcześniej, taka sinusoida uczuciowa w związku głównych bohaterów to coś normalnego, przecież nasze życie codzienne też wygląda jak jedna wielka fala Dunaju. Niestety momentami brakowało mi logiki w postępowaniu bohaterów, a przynajmniej nie była to logika pojmowana przeze mnie. Przykład: Eva miała za sobą niezbyt przyjemną przeszłość naznaczoną wykorzystywaniem seksualnym. Zasadniczo niewiele na ten temat mogę powiedzieć, bo podobne doświadczenia znam wyłącznie z innych książek, mimo to wydało mi się nieco naciągane, że kobieta, którą ktoś zmuszał kiedyś do współżycia, później wykazuje się taką… hm, inwencją, jeśli chodzi o intymny kontakt. Do tej pory sądziłam, że osoby po takich przejściach z trudem przechodzą do tego etapu relacji, dlatego zachowanie Evy odebrałam jako celowe naginanie rzeczywistości na potrzeby fabuły. Ale może się nie znam, więc to zostawmy. Nie mogę jednak przejść obojętnie wobec dwóch perełek, czyli dwóch scen, które powaliły mnie na łopatki i sprawiły, że zabrakło mi słów komentarza. Co zabawne, występują one praktycznie jedna po drugiej, co tylko spotęgowało efekt zdziwienia czy raczej dezaprobaty.

Numer jeden: Eva i Gideon spędzają razem noc. Wszystko pięknie i cudownie, nagle jednak Crossowi zaczynają śnić się koszmary, więc Eva, zaalarmowana jego krzykami, budzi się i stara się mu jakoś pomóc. Sytuacja z czasem się uspokaja, nic nowego, tak już bywa. Wtem Eva wpada na pomysł, by pocieszyć Gideona, chociaż ten nie zdradza jej szczegółów koszmaru. Bohaterka od razu wciela swój plan życie – innymi słowy najzwyczajniej w świecie zaczyna się do niego dobierać. Och. Myślałam, że go po prostu przytuli i powie, żeby się nie martwił.

Numer dwa: po udanym pocieszeniu para spokojnie sobie zasypia. Ojej, jak słodko. Nastaje poranek, Eva się budzi… Z Gideonem w sobie [sic!]. Ten tłumaczy coś w stylu, że nie mógł się powstrzymać, już nie pamiętam, na co ona ochoczo przyjmuje do wiadomości ten fakt. Aha? Może na relacjach damsko-męskich też się nie znam, ale gdyby mój facet próbował zrobić coś takiego, to odbiłabym mu dłoń na twarzy.

Żeby nie było, że tylko krytykuję: ogromnie doceniam stronę psychologiczną, o którą zadbała pani Day. Postaci są głębsze przez ich czy to mroczną przeszłość, czy przeróżne sekrety, a ich przejścia – w tym bohaterów drugoplanowych, o których autorka nie zapomina – sprawiają, że są bardziej żywi i naturalni. To mi się podobało i to chyba jedyna cecha, która mogłaby mnie skłonić do sięgnięcia po kolejne części. Nie mam jednak zamiaru tego zrobić. Dlaczego? Z powodów wyżej wymienionych, do czego muszę też dodać to, że podobieństwa do trylogii E.L. James są znaczące. Może to przypadek albo rzeczywiście Sylvia Day wzięła przykład z drugiej pisarki – nie wiem. Niemniej nie dało się nie porównywać tych tytułów, co mi strasznie przeszkadzało.

Podsumowując: naprawdę ładny, barwny styl, dobrze przedstawieni bohaterowie, nie najgorsze pomysły, co w połączeniu z pozostałymi cechami tworzy nierówną i dla mnie niezbyt przekonującą całość. Zanosi się na to, że skończę przygodę z Crossem na tej pierwszej części, choć prawdą jest, że nieujawnione tajemnice Gideona mnie zaintrygowały i byłam mocno rozczarowana, kiedy nie zostały odkryte w tej książce. Tak czy siak przez większość czasu się irytowałam, a nie tego szukam w czytaniu.
Czytaj dalej