„Mroczne zakamarki” Kara Thomas


Tessa i Callie w dzieciństwie były najbliższymi przyjaciółkami; rozdzieliła je pewna tragiczna noc. Jako zaledwie kilkuletnie dziewczynki stanęły przed sądem, żeby zeznać przeciwko Wyattowi Stokesowi – podejrzewanemu o bycie seryjnym mordercą zwanym „Potworem znad rzeki Ohio”. Stokes trafił do więzienia w oczekiwaniu na karę śmierci, a w hrabstwie Fayette zapanował spokój. Jednak Tessa wciąż nie potrafi zapomnieć o rzeczach, które zataiła podczas zeznania. Nie może też wyrzucić z głowy myśli, że ona i Callie prawdopodobnie zniszczyły życie niewinnemu człowiekowi.

Tytuł: „Mroczne zakamarki”
Tytuł oryginalny: „Darkest Corners”
Autor: Kara Thomas
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2017 

Ta książka to naprawdę ciekawa sprawa. Choć przeczytałam ją z niemałą przyjemnością, to jednak odnoszę wrażenie, że najbardziej mrocznym elementem jest tutaj... sam tytuł. No, może też okładka. W gruncie rzeczy powieść Kary Thomas to po prostu bardziej ponura młodzieżówka z zagadką kryminalną w tle i całkiem ciekawymi bohaterami. To nie jest do końca thriller, nie jest to też głupiutka opowieść dla małolatów (choć, nie da się ukryć, szczególnie usatysfakcjonowana będzie raczej nastoletnia część odbiorców). 

Główna bohaterka i zarazem narratorka historii, Tessa, wraca do rodzinnego miasteczka po dziewięciu długich latach. Kiedy ostatni raz widziała miejsce, w którym się wychowała, była zaledwie dziewczynką – na dodatek dziewczynką, która przeżyła zdecydowanie za dużo jak na swój wiek. Poza tym, co najważniejsze, czyli próbą odpowiedzi na pytanie, czy Wyatt Stokes słusznie został skazany za zbrodnie „Potwora znad rzeki Ohio”, poznajemy panoramę dysfunkcyjnej rodziny Tessy. Choć sprzyja to szczegółowej i zarazem barwnej charakterystyce samej bohaterki, początkowo byłam nieco zirytowana, że akcja wydaje się bardziej skłaniać ku konfliktom w rodzinie Lowellów; halo, to będziemy szukać tego mordercy, czy jednak nie? Na szczęście szybko się okazało, że tak naprawdę każdy wątek jest ze sobą połączony, więc, co za tym idzie, absolutnie niezbędny. 

Autorce udało się fajnie wybrnąć z zagadki i nie zaplątać w ilość ujawnianych szczegółów. Kolejne skrawki informacji są podawane raczej stopniowo, a dzięki relacji Tessy jesteśmy w stanie się utożsamić i tym samym dobrze bawić, próbując rozwikłać tajemnicę seryjnego mordercy z Fayette. Akcja nie jest jakaś niesamowicie dynamiczna przez większość książki, ale czyta się szybko i jakoś nie znalazłam miejsca na nudę. Dlatego tym bardziej nie potrafię zrozumieć absurdu zakończenia, czy raczej ostatnich 50 stron. Wówczas fabuła niesamowicie gna do przodu, wszystko dzieje się bardzo szybko (w złym tego słowa znaczeniu), jakby autorka w trakcie pisania stwierdziła „a, teraz sobie walnę finał”. Co już całkowicie wyprowadziło mnie z równowagi, wyjaśnienia wątków zostały pod koniec po prostu zrelacjonowane. Nie ma scen z nimi związanych, mało kto ze sobą rozmawia, dostajemy jedynie suchy opis faktów, jak gdyby ktoś streścił resztę fabuły. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało, bo gdyby książka była grubsza nawet o kilkadziesiąt stron, nie zrobiłoby to jej krzywdy, a wprost przeciwnie – porządnie zakończyłoby wątki, zwłaszcza tak istotne, jak te dotyczące poszukiwań siostry Tessy. Chciałabym wiedzieć, czemu tak rozsądne prowadzenie akcji nagle zostało zastąpione czymś, co przypominało film w przyspieszonym tempie.

Co z samym pomysłem na fabułę? Raczej nie mam powodów do narzekań. Może nie musiałam ani razu zbierać szczęki z podłogi, jednak nie da się ukryć, że wciągnęłam się od pierwszych stron. Wbrew pozorom przez powieść przewija się wiele motywów, m.in. przemoc w rodzinie czy alkoholizm. Kara Thomas w wyjątkowo prosty i zarazem do bólu szczery sposób pokazuje, jak wiele problemów może się skrywać we wnętrzu domów, które z zewnątrz wydają się ciepłe i przytulne. Całe szczęście nie pojawił się wątek miłosny, nijak niepasujący do reszty, a miałam pewne obawy, że się tutaj zalęgnie. Język nie należał do skomplikowanych, opisy nie były szalenie szczegółowe, ale to akurat plus, bo autorka nie traciła czasu na wygląd bohaterów czy przedstawienie poszczególnych miejsc, tylko koncentrowała się na wydarzeniach. Klimat chwilami bardziej silił się na mroczny, niż rzeczywiście taki był, choć nie da mu się odmówić pewnej ponurości. 

Jeśli chodzi o bohaterów, mamy interesującą różnorodność. Sama Tessa to wyjątkowo ciekawy przypadek – niby nie brakuje jej cech typowych dla osiemnastoletniej dziewczyny, jednak czasem nie mogłam uwierzyć, że nie jest starsza. To swojego rodzaju dziwak i outsider, za co z miejsca ją polubiłam. Razem z Callie są niemalże jak ogień i woda, stanowią skrajnie inny, ale jednak zgrany duet. Reszta postaci znajduje się raczej na drugim planie, jednak z reguły autorka pozwala czytelnikowi ich poznać; mowa tu chociażby o matce Callie czy o Deckerze, znajomym dziewczyn. Miejscami zabrakło głębszego wejścia w psychikę bohatera (sam „Potwór znad rzeki Ohio” mógłby dostać tak długą i barwną charakterystykę, że starczyłoby na połowę z tych 400 stron), jednak bardziej pochłaniało mnie to, co może wydarzyć się dalej, niż dokładna analiza myśli danej postaci.

„Mroczne zakamarki” nie zbijają z pantałyku ani nie podnoszą adrenaliny. Jeśli ktoś oczekiwałby przyjemnego dreszczyku na chłodniejsze wieczory, to jest cała masa innych tytułów, które zdecydowanie lepiej sprostają temu zadaniu. Mimo to uważam, że Kara Thomas popełniła całkiem dobry debiut, który, miejmy nadzieję, zapowiada w przyszłości dużo bardziej emocjonujące historie, może nawet takie, które zmroziłyby krew w żyłach. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat.
Czytaj dalej

Jeszcze jeden odcinek: „The Keepers”


W moim cyklu serialowym jeszcze ani razu nie pojawiła się żadna produkcja dokumentalna. W tym filmowym zresztą też nie. Powód jest prosty: stanowczo za rzadko oglądam dokumenty, czego niby zawsze żałuję, a później i tak włączam coś fabularnego. Dlatego trochę potrwało, zanim zabrałam się za serial, o którym chcę wam opowiedzieć dzisiaj. Serial, który wciągnął mnie i trzymał w napięciu bardziej, niż niejeden thriller czy kryminał. 

„The Keepers” od Netflixa miało swoją premierę w maju tego roku. Choć w życiu zawsze staram się być punktualna i wychodzę z założenia, że lepiej być przed czasem, niż się spóźnić, to jednak mam problem z oglądaniem seriali od razu po ich wyemitowaniu, jeśli cały sezon wychodzi jednego dnia. Upłynęło zatem kilka miesięcy, nim wzięłam się za nadrabianie. Nie wiedziałam, czego się za bardzo spodziewać, bo nie czytałam żadnych recenzji, zerknęłam tylko przelotnie na ocenę na Filmwebie i przejrzałam opis. To wszystko. Kiedy odpalałam pierwszy odcinek, nie wiedzieć czemu trochę się bałam. Mam w sobie jakiś pierwotny strach przed zakonnicami (to chyba dlatego, że jedna z nich wyrywała mi zęba, kiedy miałam 11 lat – omal nie wydrapałam jej wtedy oczu). Po upływie zaledwie kilkunastu minut siedziałam już jak zahipnotyzowana. 


Dokument koncentruje się na niewyjaśnionej do tej pory sprawie morderstwa siostry Cathy Cesnik. Kobieta zaginęła w listopadzie 1969 roku, a niecałe dwa miesiące później znaleziono jej ciało. Dowiadujemy się tak naprawdę wszystkiego: kim w ogóle była Cathy, z jakiej rodziny pochodziła, czym się zajmowała, z kim miała najbliższe relacje. Te 7 odcinków skupiło wypowiedzi niezliczonej liczby osób: znajomych i rodziny zmarłej, prawników, policjantów, księży czy innych zakonnic. Poznajemy też Abbie i Gemmę, które od lat na własną rękę usiłują rozwikłać tajemnicę tej śmierci. Serial stara się odtworzyć drogę Cathy, zanim doszło do jej uprowadzenia i poświęcić uwagę każdej najmniejszej poszlace, które mogłyby odpowiedzieć na podstawowe pytanie: kto był za to odpowiedzialny? Oczywiście dużą rolę odegrała szkoła, w której Cathy uczyła... i to, co działo się za zamkniętymi drzwiami pewnego gabinetu.

Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem rozmachu tej produkcji, jej szczegółowości, staranności i jednocześnie prostoty. Po obejrzeniu całości byłam w pełni usatysfakcjonowana, nie czułam, by twórcy pominęli cokolwiek. Odcinki trwają blisko godzinę, ale kompletnie nie zauważałam upływu czasu, tak umiejętnie prowadzona jest narracja, zresztą sama historia wymaga od widza maksimum uwagi. Po skończeniu każdego z odcinków spędzałam kolejne kilkadziesiąt minut na grzebaniu w internecie, żeby wyszukać więcej informacji i dowiedzieć się czegoś jeszcze. Nierozwiązane morderstwa zawsze zresztą wydawały mi się fascynujące, dlatego naprawdę trudno było mi oderwać oczy od ekranu.

Serial stara się uchwycić każdy najmniejszy detal dotyczący historii Cathy Cesnik. Co mi się szczególnie podobało, osoby wypowiadające się nie były w żaden sposób traktowane po macoszemu; produkcja przybliżała krótko ich biografię, pokazywała codzienne życie, dzięki czemu opowieść nabierała charakteru szerokiej, rozbudowanej panoramy. Wszystko zostało oczywiście uzupełnione archiwalnymi zdjęciami i nagraniami. Szybko się okazuje, że okoliczności zabójstwa zakonnicy otwierają całą masę przeróżnych wątków, wśród których znajduje się ten chyba najtrudniejszy i najdelikatniejszy, czyli sprawa molestowania seksualnego dokonywanego przez księży. 


„The Keepers” zostało zrealizowane wyjątkowo dobrze nie tylko pod względem czysto merytorycznym, ale także technicznym. Twórcy doskonale wiedzieli, jak wykorzystywać światło, jak podkreślać ujęcia świetnie dopasowaną muzyką, jak odpowiednio wpłynąć na widza i wywołać oczekiwaną reakcję. Nie zliczę, ile razy w ciągu tych siedmiu odcinków czułam się zaskoczona, oburzona, wściekła czy po prostu smutna. Nie zabrakło tutaj także trików typowych dla produkcji serialowych: odcinki z reguły kończyły się w taki sposób, że człowiek chciał od razu, natychmiast przejść do następnego. Polecam zresztą obejrzenie wszystkich naraz, jeden po drugim, bo przerywając tę opowieść trudno później zasnąć, myśli cały czas błądzą wokół przedstawionych faktów. Zwierzenia niektórych osób były tak intymne i przepełnione uczuciami, że widz siłą rzeczy się angażował i zaczynał, razem z Abbie i Gemmą, bez końca przeglądać materiały dowodowe i usiłując z gęstej sieci powiązań czy skojarzeń utkać rozwiązanie tej zbrodni.

„The Keepers” polecam właściwie każdemu. Oczywiście najlepiej odnajdą się tutaj miłośnicy produkcji dokumentalnych, kryminałów, thrillerów czy sensacji, a szczególnie ci, którzy nie mają problemu, żeby godzinami przekopywać się przez informacje dotyczące jakiegoś niewyjaśnionego przestępstwa. Jednocześnie uważam, że obejrzeć ten serial powinien każdy. Bo amatorskie śledztwo nadal trwa, nadal żyją ludzie, którzy walczą o sprawiedliwość dla Cathy i wierzą, że uda się wskazać jej mordercę. Moim zdaniem jedno z tegorocznych dzieł Netflixa to naprawdę wyjątkowy dokument, mający nie tylko wstrząsnąć odbiorcą, ale też złożyć hołd. Jeśli jesteście wśród tych, którzy mylnie uważają, że serial dokumentalny może ich znudzić, to wierzcie mi, mylicie się. Bo to właśnie życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze.




źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej

„Radykalni. Terror” Przemysław Piotrowski


Kuba razem ze znajomymi spędza wymianę studencką w gorącej Hiszpanii. To tam poznaje Arabkę, piękną Nawal, która okazuje się miłością jego życia. Spełnione marzenia Kuby szybko stają się jednak największym koszmarem. Ukochana ginie z rąk zradykalizowanych muzułmanów, a Monika, dziewczyna jego przyjaciela, zostaje uprowadzona. Rozpoczyna się walka o jej życie. Tymczasem napięcie w Europie sięga zenitu. Islamiści nie cofną się przed niczym, by zaprowadzić bezwzględne prawo szariatu. Bohaterowie jeszcze nie wiedzą, że żeby dokonać zemsty, będą musieli wkroczyć w sam środek religijnej wojny.

Tytuł: „Radykalni. Terror”
Cykl: „Radykalni”, tom 1
Autor: Przemysław Piotrowski
Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2017

Do niedawna zakładałam, że przestraszyć mogą głównie horrory. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Tymczasem pierwszy tom serii „Radykalni” sprawił, że jeszcze nigdy nie czułam się tak przerażona po przeczytaniu jakiejś książki. Wszystko przez świadomość, że choć przedstawione w powieści wydarzenia są fikcją literacką, to jednak mają dużą szansę się spełnić, i to w niedalekiej przyszłości.

W książce Przemysława Piotrowskiego przenosimy się do 2023 roku. Stosunki między Europą, powiedzmy, „chrześcijańską” a powiększającą się z dnia na dzień grupą muzułmańskich emigrantów przypominają wielką bombę zegarową. Tylko kwestia czasu, aż pozorna zgodność legnie w gruzach. Świat przedstawiony jest niezwykle dopracowany i tym samym realistyczny. Political fiction nie należy do gatunków, po które sięgam zbyt często, dlatego nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Tymczasem powieść pochłonęła mnie, zmiażdżyła, podeptała. Do teraz próbuję się otrząsnąć.

Początek nie przygotował mnie na to, co wydarzyło się później. Autor sprytnie zaczyna od atmosfery istnej sielanki; skupiamy się przede wszystkim na Kubie, który jest szaleńczo zakochany w swojej dziewczynie i planuje z nią wspólną przyszłość. Styl był nieco kulawy przez kilkanaście pierwszych stron, a dialogi wydawały mi się nieco sztuczne, jednak później to wrażenie zupełnie zanikło. Podobnie jak uczucie spokoju i stabilizacji. Akcja zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy Nawal pada ofiarą tzw. zabójstwa honorowego. Właśnie w tym miejscu rozpoczyna się dramat – Kubie, a zarazem i nam, czytelnikom, klapki spadają z oczu, bo na jaw wychodzi straszna prawda: w Europie wcale nie jest już bezpiecznie.

Jestem pod ogromnym wrażeniem przygotowania pisarza do stworzenia tej książki. Nie tylko uwzględnił wszelkie religijno-polityczne niuanse, ale postarał się też odtworzyć konkretne miejsca i realia, bo przecież wydarzenia rozgrywają się zaledwie kilka lat później od tego, co przeżywamy obecnie. Tło jest niezwykle szczegółowe; prawdę powiedziawszy, ta książka dostarczyła mi dużo więcej wiedzy o islamie, niż kiedykolwiek zrobiły to polskie media. Bo problem nie leży w całej religii, nie trzeba jej tak demonizować. Schody zaczynają się wtedy, kiedy wiara spotyka się z wynaturzeniem i okrucieństwem. To nie rasizm, to nie krytyka – tylko surowa ocena faktów, z którą zderzenie pozostawiło mnie praktycznie bez słowa.

Podoba mi się, że Przemysław Piotrowski darował sobie tabu, nie próbował ułagodzić obrazu rzeczywistości, którą stworzył; zamiast tego czytelnik musi się zmierzyć z brutalną prostotą, która go nie oszczędza, tylko wprowadza do świata, gdzie ludzie są mordowani w imię Boga. Uczucia towarzyszące przy czytaniu to coś, o czym prędko nie zapomnę. Akcja jest prowadzona bardzo rozsądnie, bez pominięcia detali, dzięki którym historia jest pełna. Budowane stopniowo napięcie osiąga krytyczny poziom w punkcie kulminacyjnym, czyli w miejscu, gdzie ani przez chwilę nie byłam w stanie oderwać wzroku od tekstu. Autentycznie bałam się tego, co będzie, czy Kuba, Michał i Krzysiek zdołają wyjść z samego środka religijnego huraganu. Co najlepsze, kiedy emocje rzeczywiście sięgnęły zenitu, autor nie zwalnia, tylko podtrzymuje naszą uwagę, zapewnia, że to jeszcze nie koniec, że najgorsze nadal czeka. Tym samym zakończenie zapowiada rewelacyjny i równie przerażający ciąg dalszy.

Kreacja postaci – bez zarzutu. Najbardziej podobały mi się obietnice tego, kim ci ludzie kiedyś się staną, o czym informacji dostarczały przeplatane rozdziały z różnej perspektywy. Sama konstrukcja fabuły też nie pozostawia za wiele do życzenia. Linia fabularna sama w sobie jest raczej mało skomplikowana, ale mnogość wątków pobocznych i trwająca cały czas rozbudowa świata przedstawionego nie pozwalają na nudę, przez co książka wydaje mi się niezwykle bogata i obfita w wydarzenia. Początkowa toporność stylu szybko zmieniła się w język prosty, a jednocześnie płynny i obrazowy. 

„Radykalni. Terror” to książka, o której nie da się zbyt szybko zapomnieć. To zapowiedź koszmaru, o którym być może wielu z nas śni już teraz, a który kiedyś może przekroczyć cienką granicę między jawą a snem. Osobiście nie mogę się doczekać drugiego tomu, ponieważ czuję, że ta seria odbije się jeszcze głośnym echem w polskiej literaturze (i nie tylko!).


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorowi.
Czytaj dalej