„Kropla życia” Oliwia Tybulewicz


Podczas imprezy urywa wam się film, a kiedy budzicie się rano, odkrywacie, że poza bólem głowy macie też ogromną dziurę w pamięci. Na wszelki wypadek sprawdzacie, czy niczego nie zgubiliście. Brzmi znajomo? Coś podobnego przeżywa Wioletta, kelnerka Luny, czyli pubu, w którym rozkwita życie towarzyskie nadprzyrodzonych istot. Kobieta pod wpływem impulsu postanawia spróbować eliksiru, który pozostawił po sobie dziwny nieznajomy. Po najwyraźniej burzliwej nocy, której kompletnie nie pamięta, Wioletta orientuje się, że zgubiła fiolkę z substancją. Tymczasem wysłannicy hrabiny Kraus, przywódczyni klanu wampirów, wypytują o zaginiony eliksir. Tylko jak go znaleźć, skoro nawet nie wiadomo, co się dokładnie działo?

„Kropla życia” to już druga powieść w dorobku Oliwii Tybulewicz. Pierwsza, czyli „W objęciach gwiazd”, została całkiem ciepło przyjęta, przynajmniej na tyle, na ile zdążyłam się zorientować. Trochę się obawiałam opowieści o kelnerce, przeżywającej największego kaca-mordercę w historii, ale postanowiłam dać jej szansę. O dziwo nie mam powodów, żeby tego żałować.

Dlaczego „o dziwo”? Na początku (i właściwie przez większość książki) odnosi się wrażenie, że to już wszystko było, że właśnie czyta się kilkanaście młodzieżowych paranormali zmieszanych w jedno. To uczucie było tak silne, że przez pierwsze strony zastanawiałam się, czy aby na pewno nie jest to jakaś parodia tego typu młodzieżówek. Tymczasem autorka dokonała czegoś fenomenalnego – napisała powieść humorystyczną, osadzoną w świecie, gdzie wilkołaki czy wiedźmy to chleb powszedni, a jednocześnie tak świetnie obśmiała niektóre cechy tych istot, że nie sposób się było nie uśmiechać. 

Chyba największym atutem jest główna bohaterka. Wioletta nie jest żadną Mary Sue, nie jest też sierotką Marysią, która potrzebuje ratunku od jakiegoś przystojniaka. To twarda kobieta, niedająca sobie w kaszę dmuchać. Wioletta nie pozwala się zastraszyć, jest zdeterminowana, żeby poznać szczegóły tamtej pamiętnej nocy i odnaleźć eliksir zwany Kroplą Życia. Bardzo mi się podoba, że w roli głównej zastałam konsekwentną, charyzmatyczną i ciekawą bohaterkę, a nie jakąś stereotypową gąskę, która błąkałaby się jak ślepiec. Zamiast tego dziewczyna genialnie radzi sobie w Lunie, a uwierzcie mi, ten lokal ściąga tłumy naprawdę dziwnych klientów, co jest dość niebywałe, skoro zdolności kucharza są raczej wątpliwe. Mówiąc dziwnych, naprawdę mam to na myśli; wystarczy wspomnieć, że jednym z NORMALNIEJSZYCH osobników jest wilkołak, który udaje, że jest wampirem. Tak.

Oczywiście przez życie Wioletty przewija się wiele osób. Jest nieopierzona Nina, nowa kelnerka w Lunie, do tego najlepsza przyjaciółka Tamara z bardzo specyficznym gustem, jeśli chodzi o facetów. Nie zabrakło także bardzo melancholijnego wampira, który ciągle kręci się w pobliżu oraz nerda Artura, przechodzącego nietypową przemianę. Muszę też wspomnieć o Cerberku, wyjątkowym psie, albo raczej terminatorze na czterech łapach. Towarzystwo jest kolorowe i zwyczajnie interesujące. Każdy z nich to chodząca indywidualność, zbudowana przez autorkę bardzo pieczołowicie i z rozmysłem. Cały świat przedstawiony został nakreślony bardzo naturalnie, o ile można użyć tego słowa, biorąc pod uwagę fantastykę. Jego konstrukcja opiera się głównie na znanej nam przestrzeni, podzielonej niewidzialną barierą, za którą kryją się nadprzyrodzone istoty. One cały czas tam są, po prostu ludzie na ulicach nie mają o tym pojęcia.

Fabuła biegnie określonym torem, w bardzo fajnym, niespiesznym i nienużącym tempie. Owszem, pojawia się wątek miłosny, ale został zepchnięty na drugi, o ile nie na trzeci plan, co mnie zresztą bardzo ucieszyło. Działo się wystarczająco dużo, jeszcze tego tylko brakowało, żeby musiały mnie pochłaniać rozterki sercowe (dobra, kłamię, i tak mnie pochłaniały – chemia była świetna!). Najprzyjemniejszy w czytaniu był język, którym posługiwała się autorka. Jest niesamowicie lekki, zręczny i plastyczny, a w dialogach nie ma ani grama sztuczności. No i coś, co sobie bardzo cenię, czyli humor. Komizm nie był tu absolutnie przesadzony, pojawiał się zawsze tam, kiedy wymagała tego sytuacja. I naprawdę bawił, to nie jakieś wymuszone żarciki dla rozluźnienia atmosfery, tylko lekkostrawny dowcip, dzięki któremu tak dobrze pochłaniało się kolejne strony.

Nie zrozumcie mnie źle. „Kropla życia” to nie jest żadne odkrycie literackie. Nie sprawiła, że chciałam zarywać noc, byleby tylko dokończyć rozdział, nie wywołała westchnień zachwytu. To po prostu fajna, idealna na rozluźnienie powieść, przy której się dobrze bawiłam. A człowiek czasem potrzebuje prostej rozrywki. Przy okazji odkryłam obiecujące pióro młodej autorki, które bardzo przypadło mi do gustu, a już na pewno trafiło w moje poczucie humoru.


Za egzemplarz e-booka serdecznie dziękuję autorce.
Czytaj dalej

Na ekranie: „Klątwa Śpiącej Królewny”


Baśniowe motywy wracają jak echo we współczesnym kinie, niekoniecznie w animacjach. Kolejne adaptacje bajek sytuują się przeważnie w konwencji familijnej. Coś dla dzieciaków, tych małych i troszkę większych, dla matek przystojni książęta, dla ojców piękne dziewczyny w rozłożystych sukniach. „Klątwa Śpiącej Królewny” to jednak film dla zdecydowanie starszego widza. Produkcja balansuje na granicy thrillera i horroru – a dla mnie był to przede wszystkim horror dla oczu.

Thomas niespodziewanie dziedziczy ogromny, zapuszczony dom po swoim zmarłym wujku, którego nigdy nie poznał. Wkrótce okazuje się, że niezbyt zachęcająca posiadłość jest siedliskiem klątwy, a jej ofiarą pada również Thomas. Wszystko wydaje się mieć bardzo ścisły związek z dziewczyną, która od dawna pojawia się w snach mężczyzny. Piękna nieznajoma jest pogrążona we śnie i tylko Thomas może ją obudzić.

Powiem wprost: sztampa. Jedna wielka sztampa. Głównego bohatera dręczą koszmary, pojawia się nawiedzony dom i oczywiście „niesamowita” tajemnica, którą trzeba odkryć. Innymi słowy klasyka współczesnego horroru – horroru, który nawet nie był straszny, należy dodać. Początek nawet mnie zaintrygował; pierwsze sceny zarysowały postać Thomasa, malarza i odludka, wychodzącego z mieszkania właściwie tylko po to, żeby odwiedzić terapeutkę. Spodziewałam się tutaj jakiejś głębi, chociaż minimalnej psychologii bohatera, jednak tego nie znalazłam. Zamiast tego, zaraz po tym, jak do akcji wkroczył dziwny dom pełen obrzydliwych manekinów, twórcy zaserwowali wyblakłą i poszarpaną kliszę, znaną już widzom od podszewki.


Pod względem fabularnym nic mnie w tym filmie nie zaskoczyło. Do Sherlocka Holmesa zdecydowanie mi daleko, ale w tym przypadku nawet nie musiałam się wysilać, żeby przewidzieć, jaki będzie dalszy przebieg wydarzeń. Co najlepsze, miałam wrażenie, że nawet sam odtwórca głównej roli nie jest specjalnie zdziwiony tym, co się dzieje. Ethan Peck jako Thomas był zupełnie nieprzekonujący. Pokazywał głównie jedną minę – umęczoną minę, jakby nudziło mu się na planie. Jego bohater z zimną krwią przyjmował kolejne fakty. Facet, który w życiu nie miał do czynienia z niczym paranormalnym, nagle wkracza do świata rządzonego przez demony i nie wydaje się tym jakoś specjalnie przejęty. Równie dobrze mógł wzruszyć ramionami.

Niestety pod względem aktorskim ogółem wypadło słabo. Natalie Hall była po prostu płytka i nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Bruce Davison też nie pokazał się od najlepszej strony; jako ekspert od zjawisk nadnaturalnych nie budził respektu, bo kiedy rzekomo ujawniał swoją wiedzę, brzmiał jak gdyby czytał swoje kwestie z kartki. Albo jakby wyuczył się ich na blachę, żeby zdać egzamin. Jedyni bohaterowie, którzy wzbudzili moją sympatię, to Nathan, przyjaciel Thomasa oraz Daniel, spec od zaawansowanych programów komputerowych. Niestety ich czas na ekranie był mocno ograniczony, więc za bardzo mnie nie pocieszyli. Potencjał dostrzegam również w Indii Eisley, czyli tytułowej Śpiącej Królewnie, ale „jedna jaskółka wiosny nie czyni”. Pojedyncza dobra rola nie sprawi, że reszta obsady zaprezentuje się lepiej.


Nie spisuję tego filmu całkowicie na straty. Doceniam dość oryginalne wykorzystanie motywu z popularnej baśni. Mam słabość do podobnych nawiązań, a tutaj inspiracja była raczej szczątkowa, bo twórcy zdecydowali się na zupełnie autorską adaptację, kompletnie różną od oryginału. Scenografia też była całkiem niezła – szczególnie wystrój starego domu, odziedziczonego przez Thomasa, tworzył odpowiedni klimat. Co jak co, ale za nic w świecie nie przekroczyłabym progu tego budynku, a już na pewno nie chciałabym tam zostać na noc. Nie mogę też powiedzieć, że nie podobała mi się nieco przerysowana i abstrakcyjna charakteryzacja naszej królewny – wizualnie wypadło to naprawdę dobrze. Muzyka także zasługuje na pochwałę, jednak nie zdołała uratować poszczególnych scen, tak przewidywalnych i banalnych. Zamiast tego wydawała się zbyt dramatyczna, przesadzona, bo nie mogła samodzielnie wytworzyć atmosfery pełnej grozy, tak niezbędnej w horrorach czy thrillerach. Po prostu tego nie czułam, a z reguły dość łatwo mnie przestraszyć. Dreszczyk pojawił się jedynie na początku, później emocje spadły niemal do zera.


Zakończenie? Rozczarowujące, bo nie znalazłam w nim niczego, co rozminęłoby się z moimi wcześniejszymi domysłami. Po drodze twórcy dość nieudolnie usiłowali wydobyć jakąś głębię z bohaterów, przekonać nas, że Thomas to nieszczęśliwy człowiek, który na dodatek teraz znalazł się w paskudnej sytuacji. Pojawiło się nawet coś na kształt bardzo nieśmiałego wątku miłosnego, który jedyne, co u mnie wywołał, to wzniesienie oczu do nieba. Pod koniec efekty specjalne czy charakteryzacje zaczęły mnie zwyczajnie śmieszyć, a podejrzewam, że nie takie było ich zadanie.

Podsumowując: chęci i zamiary były spore, natomiast rezultat wypadł blado. „Klątwa Śpiącej Królewny” ma za mało magii, za mało emocji, za mało baśniowości. Widziałam całą masę gorszych filmów, również w tym gatunku, ale mimo wszystko czuję się zwyczajnie zawiedziona. Można obejrzeć, krzywdy nie zrobi – podobnie jak nie pozostawi po sobie bardziej wyrazistych wspomnień.


źródło zdjęć: IMDb
Czytaj dalej

„Zanim zapomnę” Iwona Wilmowska


Lidia ginie pod kołami samochodu. Wszystko wskazuje na to, że ktoś bardzo się postarał, żeby kobieta właśnie w tym momencie znalazła się na przejściu dla pieszych. Agata, mimo że dobrze nie znała ofiary, angażuje się w tę sprawę. W końcu zdarzenie miało miejsce nieopodal jej biura, czyli tam, gdzie Lidka miała zacząć pracę. Niewykluczone, że tragiczna śmierć jest jakoś powiązana z wydarzeniami z przeszłości.

Tytuł: „Zanim zapomnę”
Autor: Iwona Wilmowska
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2017

„Zanim zapomnę” sprawia bardzo mylne pierwsze wrażenie. Cała otoczka, czyli okładka, dopisek pod tytułem, opis z tyłu kojarzą się z kryminałem czy thrillerem. Tymczasem trzeba podkreślić, że książka Iwony Wilmowskiej z całą pewnością kryminałem nie jest. Powiedziałabym, że to powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym, który tak naprawdę nie zawsze jest na pierwszym planie. Autorka bardziej skupiła się na głównej bohaterce i jej życiu, a chociaż śledztwo toczy się przez cały czas trwania akcji, podczas czytania wydawało mi się, jakby tylko początek i koniec kręcił się wokół zagadki. Środek był po prostu ciągiem wydarzeń, z czego pewną część dałoby się wyrzucić bez szkody dla całokształtu. 

Sama zagadka kryminalna jest naprawdę ciekawa. Postać Lidki owiana jest tajemnicą; sporo lat spędziła za granicą – nie wiadomo, dlaczego nagle wyjechała, co tam robiła i jak to się stało, że zdecydowała się jednak wrócić do Polski. Trzeba też przyznać, że tożsamość zabójcy została utrzymana w sekrecie do samego końca. Nie domyśliłam się absolutnie, kto za tym stoi, ale nie jestem do końca pewna, czy to dzięki umiejętnej konstrukcji fabuły, czy to tylko efekt... rozczarowującego i nieprzekonującego rozwiązania. Owszem, byłam zszokowana, kiedy wyszło na jaw, kto zabił Lidię. Ale motywy sprawcy ani tym bardziej sposób, w jaki Agata odkryła prawdę, nie kupiły mnie zupełnie. Nic nie wskazywało na to, by bohaterka była blisko rozwikłania zagadki, po prostu nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, wyskoczyła z odpowiedzią na pytanie „kto zabił?” i opowiedziała, jak do tego doszła. Wyglądało to tak, jakby autorka chciała na siłę przekonać czytelnika, że Agata jest naprawdę przenikliwa, bystra i w ogóle niesamowicie inteligentna. No nie bardzo.

Zachowanie Agaty dziwnie mnie irytowało. Wydawała mi się infantylna, choć być może wynika to ze stylu, w jakim została poprowadzona narracja – nagromadzenie absurdalnych zdrobnień (np. Jacula) sprawiało, że rozmowy poszczególnych postaci czasem przypominały dialogi między dziećmi, a nie dorosłymi ludźmi. Ogólnie książka jest napisana bardzo lekko, czyta się przyjemnie, ale momentami coś tu zgrzytało pod względem stylistycznym. Poza Agatą tylko Kermit, czyli jej chłopak, wzbudził we mnie intensywniejsze uczucia – ciepłe uczucia, należy dodać. Kermita jakoś nie da się nie lubić.

Zdecydowanie najmocniejszą stroną powieści są pojawiające się tu i ówdzie retrospekcje, które dotyczą Lidki. Te fragmenty wciągały mnie zdecydowanie najbardziej i chociaż dość szybko zaczęłam się domyślać, do czego one prowadzą, bardzo chciałam dowiedzieć się szczegółów. Doceniam też tytuł, który zostaje świetnie wyjaśniony pod koniec książki – za to chylę czoła. Patrząc jednak z pewnej perspektywy stwierdzam, że „Zanim zapomnę” nie wyróżnia się niczym szczególnym. Finał, choć dość zaskakujący, nie sprawił, że byłam szczególnie zachwycona. No i fakt, że wszystkie wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni raptem jednego weekendu... Nie, coś mi tu nie gra.

Podsumowując: książkę Iwony Wilmowskiej czyta się całkiem dobrze, umiliła mi wolne wieczory, nawet mimo pewnych niedociągnięć w warstwie stylistycznej. Nastawiłam się jednak na kryminał, a pod tym względem czekało mnie srogie rozczarowanie. Można właściwie powiedzieć, że ta lektura ani mnie grzeje, ani ziębi – dostarczyła mi pewnej frajdy, ale raczej nie zostanie w głowie na dłużej. 

6/10
Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Replika.
Czytaj dalej