Podsumowanie 2017 roku. TOP 5 najlepszych książek, filmów i seriali


Pozwólcie, że nie będę się rozwodzić nad tym, jak szybko mija czas. Już prawie mamy za sobą pierwszy tydzień nowego roku, tymczasem wciąż pozostało mi podsumować stary. Wydaje mi się, że dopiero co zaczynałam studia, a tu proszę – niebawem kończy się zimowy i zarazem przedostatni semestr.

To był dobry rok. Tak, mówię to po raz kolejny; może nie wszystko przebiegło po mojej myśli i kilka okazji z pewnością zmarnowałam, jednak nie będę tego rozpamiętywać. Zbyt wiele przede mną. W 2017 roku zaliczyłam aż dwa wyjazdy na targi książki: po raz drugi odwiedziłam Kraków i w końcu wybrałam się do Katowic (aż wstyd, że dopiero teraz, skoro mam tak blisko). Od maja pracowałam przy projekcie portalu serialowego, który ostatecznie, w październiku, ruszył. Mowa tu oczywiście o Serialomaniak.pl, gdzie jestem redaktor naczelną. Oczywiście z ostatnich dwunastu miesięcy mogę wspominać sporo rzeczy, w tym kolejną stertę książek i wiele udanych bądź kiepskich seansów.

Powinnam teraz przedstawić swoją statystykę, wyspowiadać się, ile książek przeczytałam, jakie filmy nadrobiłam i jakie seriale odkryłam. Ale nie będę tego robić. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że blogosfera prześciga się w tych wszystkich cyferkach, a ja ze swojego wyniku zawsze jestem dumna. Po prostu. Więc pozwólcie, że dokładne liczby zachowam dla siebie i dla własnej satysfakcji, a wam przedstawię teraz rankingi TOP najlepszych książek, filmów i seriali 2017 roku.



Miejsce 5: „Grzesznik” Artur Urbanowicz


„Grzesznik” to druga powieść na koncie Artura Urbanowicza – powieść, co do której nie byłam pewna, czy mi się spodoba. Nie jestem wielbicielką tematyki gangsterskiej, za to fascynują mnie zjawiska paranormalne, więc siłą rzeczy byłam ciekawa, jak autor poradzi sobie z takim połączeniem. Efekt? Historia wciągająca od pierwszej strony, niesamowicie nastrojowa, z barwnymi, charyzmatycznymi postaciami. Już teraz niecierpliwie czekam na kolejną książkę tego autora. A jeśli jesteście ciekawi losów gangstera Marka Suchockiego, który po drobnym wypadku zaczyna widzieć dziwne rzeczy, to musicie koniecznie sięgnąć po „Grzesznika”.




Miejsce 4: „Dyskretne szaleństwo” Mindy McGinnis


Tę opowieść właściwie połknęłam. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, żeby doczytać jakiś fragment, a rewelacyjny klimat – nieco mroczny, nastrojowy – sprawił, że zapominałam, gdzie się aktualnie znajduję. Autorka umieściła akcję utworu w przytułku dla obłąkanych, co już stanowi ciekawy motyw. McGinnis jednak na tym nie poprzestała; jej bohaterka, nieoczywista i bardzo prawdziwa, stała się partnerką tajemniczego doktora rozwiązującego zagadki kryminalne. Cudowne, gotyckie tło, rewelacyjny finał, który trzymał w napięciu do samego końca... Marzę, by kiedyś powstała kontynuacja tej książki albo chociaż serial/film na jej podstawie.




Miejsce 3: „Radykalni. Terror” Przemysław Piotrowski


Na podium znalazła się powieść, która prawdziwie mną wstrząsnęła. Nie ma tam żadnych duchów czy demonów, nie jest to też wizja dalekiej przyszłości – to coś, co może za chwilę się stać, coś, co już dzieje się tu i teraz. Po tym, jak z rąk fanatycznych muzułmanów ginie ukochana Kuby, a dziewczyna jego przyjaciela zostaje porwana, zaczyna się walka o przetrwanie, o miejsce w świecie. To zwiastun religijnej wojny. Niezwykła drobiazgowość w opisach, odpowiednie przygotowanie merytoryczne, a do tego fabuła, która nie zwalnia, tylko stopniowo podsyca emocje. Nie mogę się doczekać zapowiedzianej na wiosnę drugiej części cyklu Przemysława Piotrowskiego.




Miejsce 2: „Chłopiec na szczycie góry” John Boyne


Historia napisana tak prosto, że nawet się nie zauważa upływu kolejnych stron – co silnie kontrastuje z naszpikowaną uczuciami, przerażającą fabułą. Kilkuletni Pierrot na skutek splotu nieszczęśliwych wydarzeń trafia pod skrzydła Adolfa Hitlera. Nie jest tym faktem przejęty, wprost przeciwnie: Führer staje się jego idolem. Ciążące nad bohaterem widmo wojny i wyjątkowo przerażający obraz Hitlera sprawiły, że pomimo lekkiej formuły nie mogłam o tej książce zapomnieć. Gwarantuję, że przeczytacie błyskawicznie, ale jeszcze długo będziecie rozpamiętywać niektóre sceny.




Miejsce 1: „Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” Sumia Sukkar


Książką roku zostaje kolejny chłopiec w rankingu – i kolejne oblicze wojny, choć zupełnie inne. Adam choruje na zespół Aspergera. Nie wie, dlaczego ludzie w jego rodzinnym kraju nagle zaczynają ze sobą walczyć, ale dostrzega zmianę w barwach, bo dla niego świat to właśnie kolory. Jest to jeden z najbardziej przenikliwych obrazów wojny, z jakimi miałam do czynienia w literaturze. Patrząc na wszystko z perspektywy niewinnego, naiwnego i ufnego chłopca dostrzegłam z podwójną mocą, jak bardzo bezsensowna jest agresja, zwłaszcza zwrócona wobec kogoś, z kim powinno się iść ramię w ramię. Przejmujący i zarazem znakomicie napisany debiut Sumii Sukkar zdecydowanie zasłużył na miano najlepszej książki 2017 roku.


Jednym z moich postanowień noworocznych jest częstsze chodzenie do kina (o ile pozwoli na to mój portfel, zwłaszcza biorąc pod uwagę nieopanowaną chęć kupowania kolejnych książek). Niewiele produkcji z 2017 roku obejrzałam, bardziej był to dla mnie czas nadrabiania nieco starszych filmów – i oczywiście rewatchów. Ale udało mi się wyłonić ulubioną piątkę.




Miejsce 5: „Był sobie pies” („A Dog’s Purpose”)


Typowe kino familijne, co oczywiście skończyło się u mnie nadmierną potliwością oczu. Świetna ekranizacja powieści W. Bruce’a Camerona: wzrusza, bawi, przyjemnie się ogląda. Film idealny do obejrzenia z całą rodziną. Oczywiście, jak to zwykle bywa, upieram się przy tym, że książka odrobinkę lepsza – miałam wrażenie, że pisarz nieco lepiej zarysował wątki obyczajowe. Niemniej lubię obie wersje i wszystkim wielbicielom psiaków czy ogólnie zwierząt zdecydowanie polecam.




Miejsce 4: „Król Artur: Legenda miecza” („King Arthur: Legend of the Sword”)


Umówmy się, to nie jest film wybitny. Poszłam na niego z niemalże zerowymi oczekiwaniami, a spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Co prawda efekty specjalne są nieco przerysowane, a i montaż momentami przesadzony, jednak aktorsko, fabularnie i przede wszystkim muzycznie: rewelacja. Dobrze się bawiłam podczas seansu, do dziś katuję soundtrack na YouTube, a moje uwielbienie do Jude’a Lawa jedynie wzrosło. Z chęcią obejrzę kiedyś ponownie, choć podejrzewam, że nie będzie takiego efektu jak w kinie.




Miejsce 3: „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” („Perfetti sconosciuti”)


Początkowo byłam tym filmem rozczarowana. Znajomi zachwalali, a ja, już w trakcie oglądania, myślałam sobie „no dobra, czym tu się zachwycać, skoro to zwykłe nudy?”. Tymczasem przewrotność fabuły i świetnie rozegrane zakończenie sprawiło, że kompletnie zmieniłam zdanie. Bardzo dobre aktorstwo, subtelny humor, odpowiednie dawkowanie emocji, no i ten włoski klimat! Nie znajdziecie tu pościgów i wybuchów, wszystko rozgrywa się właściwie w jednym miejscu i moim zdaniem właśnie w tym tkwi urok. No i nie da się ukryć, że film świetnie pokazuje, jak wiele każdy z nas ma do ukrycia.




Miejsce 2: „To” („It”)


Przyznaję bez bicia: książki jeszcze nie czytałam, choć uwielbiam Stephena Kinga. Ale nie mogłam się oprzeć jednej z najgłośniejszych premier zeszłego roku. I wiecie co? Nie zawiodłam się. Sądziłam co prawda, że po obejrzeniu nie będę w stanie spać przez tydzień (jestem tchórzem, wiem), ale i tak film zrobił na mnie odpowiednie wrażenie. Młodzi aktorzy popisali się swoimi umiejętnościami, zaś Pennywise machający oderwaną, dziecięcą rączką prędko nie zniknie z mojej pamięci; brawo dla Billa Skarsgårda za tę rolę. Klimatyczne, pełne napięcia widowisko, które o dziwo nie jest również pozbawione humoru, co jedynie podbija grozę.




Miejsce 1: „Piękna i Bestia” („Beauty and the Beast”)


Każdy, kto mnie zna, nie powinien być zaskoczony wyborem filmu roku. Uwielbiam baśniowe i bajkowe motywy, „Piękna i Bestia” to jedna z moich ulubionych baśni, a ponadto bardzo lubię Emmę Watson, więc czekałam na tę produkcję z niecierpliwością. W kinie siedziałam jak zaczarowana. Chociaż nie należę do wielbicieli musicali, nie wyobrażam sobie teraz osadzenia tego filmu w innym gatunku. Barwność, cudowne kostiumy, klimat, muzyka, efekty – nie widzę żadnych wad. Dla mnie to jedna z najbardziej udanych, współczesnych adaptacji baśni, jakie miałam przyjemność oglądać.



Z wyborem najlepszych seriali 2017 roku miałam odwrotny problem do tego, jaki spotkał mnie w przypadku filmów. Odkryłam tyle ciekawych produkcji, że trudno wyłonić jedynie pięć najlepszych. A ile jeszcze przede mną!




Miejsce 5: „Seria niefortunnych zdarzeń” („A Series of Unfortunate Events”)


Groteska wprost wylewa się z tego serialu. Widz w trakcie oglądania może do woli śmiać się z absurdalnych sytuacji, a jednocześnie drżeć o bezpieczeństwo rodzeństwa Baudelaire i irytować się, że Pan Poe naprawdę nie dostrzega zagrożenia ze strony kolejnych wcieleń Hrabiego Olafa. Oprawa tego serialu, zaczynając od czołówki, poprzez muzykę, efekty, a na kostiumach i świetnej scenografii kończąc, nie daje żadnych powodów do narzekań. No i aktorsko jest naprawdę nieźle – szczególnie Neil Patrick Harris odwala kawał dobrej roboty przy kreowaniu Olafa. Ale i rodzeństwo wypada świetnie, szczególnie Malina Weissman jako Wioletka. Obejrzyjcie, bez względu na to, czy czytaliście cykl Lemony’ego Snicketa, czy to dopiero wasze pierwsze spotkanie z tą historią.




Miejsce 4: „13 powodów” („13 Reasons Why”)


Zdaję sobie sprawę, że ten serial ma tyle samo fanów, ile zagorzałych przeciwników. Ja jednak należę do tej pierwszej grupy. Produkcja niesamowicie mną wstrząsnęła. Nie miałam wcześniej do czynienia z książką Jaya Ashera pod tym samym tytułem, dlatego opowieść o dziewczynie, która po samobójczej śmierci pozostawia kasety, gdzie na nagraniach mówi o powodach tej tragedii, była dla mnie zupełną nowością. I szokiem. Serial jest świetnie nakręcony, szczególnie pod względem kompozycyjnym; jego emocjonalność to, jak się przekonałam, sprawa szczególnie subiektywna, jednak ja bardzo długo pozostawałam pod dużym wrażeniem. 




Miejsce 3: „The Keepers”


Miejsce na podium wędruje do genialnie zrealizowanego serialu dokumentalnego od Netflixa. Produkcja skupia się na zagadkowej śmierci zakonnicy, Cathy Cesnik, która do dziś pozostaje niewyjaśniona. Nie mogę wyjść z podziwu, jak pieczołowicie nakręcono ten dokument: jest niezwykle drobiazgowy, spójny i dostarcza na tyle pełnego obrazu sytuacji, na jaki pozwalają zebrane dotąd informacje. Wciąga niemalże tak samo, jak dobry kryminał czy thriller. Jeśli po obejrzeniu produkcji dokumentalnej spędzasz kolejne godziny, szukając w internecie dodatkowych wiadomości – wtedy wiadomo, że widziałeś coś dobrego.




Miejsce 2: „Ania, nie Anna” („Anne with an E”)


Wielu wielbicieli „Ani z Zielonego Wzgórza” ma spore wątpliwości co do tej adaptacji, ale ja jestem nią zachwycona. Odcinki dosłownie połykałam. Obsada jest dobrana znakomicie, a nie sądziłam, że kiedykolwiek ktoś sportretuje Anię lepiej niż Megan Follows – do czasu, aż pojawiła się Amybeth McNulty. Aktorzy w pozostałych rolach również spisują się świetnie (owszem, wyróżnię Lucasa Jade’a Zumanna jako Gilberta, bo jest niezaprzeczalnie uroczy). To, że twórcy postawili na mroczniejszą wersję Ani absolutnie mi nie przeszkadza, podobnie jak pozostałe zmiany względem pierwowzoru. Moim zdaniem opowieść Lucy Maud Montgomery zyskała nowy koloryt, więc niecierpliwie czekam na drugi sezon.




Miejsce 1: „Wielkie kłamstewka” („Big Little Lies”)


Serialem roku zostaje u mnie wybitna produkcja HBO. Nie potrafię właściwie wskazać ani jednej wady (może poza tym, że miał to być miniserial, a jednak powstaną kolejne odcinki...). Gwiazdorska obsada, która dała najlepszy popis swoich umiejętności, pozornie przytulny klimat niewielkiego miasteczka i oczywiście zbrodnia, która zastanawia widza od samego początku. Finał mocny, choć może nie szokujący, ale sposób, w jaki wątki się połączyły, totalnie mnie kupił. Mam też duży sentyment do oprawy muzycznej oraz do samego montażu, czy raczej budowie tej historii, dzięki której stale podtrzymywana jest ciekawość. Mówiąc krótko: prostota, która w efekcie końcowym zwala z nóg.



Mieliście okazję czytać/oglądać którąś z wymienionych pozycji? Jeśli tak – zgadzacie się z moją opinią czy wprost przeciwnie? Koniecznie dajcie znać.

A już niedługo porozmawiamy sobie o bublach książkowo-filmowo-serialowych, bo trochę się ich w zeszłym roku nazbierało.
Czytaj dalej

„Spektrum. Leonidy” Nanna Foss


Emi nie należy do najpopularniejszych uczennic w szkole, ale do szczęścia w zupełności wystarcza jej przyjaźń z dwoma braćmi, Albanem i Linusem. Całkiem uporządkowane życie całej trójki wywraca się do góry nogami, kiedy do klasy Emi dołączają bliźnięta – Noa i Pi. Jedna wspólna wizyta u szalonego naukowca na zawsze zmienia życie nastolatków. Odtąd ich dłonie noszą tajemnicze, trójkątne ślady, a czas... Czas staje się plastyczny, niemalże płynny. Każdy z nich stopniowo odkrywa w sobie nadzwyczajne zdolności.

Tytuł: „Spektrum. Leonidy”
Tytuł oryginalny: „SPEKTRUM #1: Leoniderne”
Cykl: „Spektrum”, tom 1
Autor: Nanna Foss
Wydawnictwo: Driada
Liczba stron: 544
Rok wydania: 2017 

Nie trzeba mnie znać przesadnie długo, żeby wiedzieć, że młodzieżówki wprost pochłaniam (zapewne dlatego, że próbuję się tym na siłę odmłodzić). Mimo wszystko przyznaję, że przy pierwszym zetknięciu z pierwszą częścią serii „Spektrum” zastanawiałam się, czy czasem nie jestem już na takie książki za stara. Główni bohaterowie mają zaledwie po 15 lat, a każda przesłanka zapowiadała lekturę dość sztampową, z gatunku tych, które przywołują ulotne wrażenie „gdzieś to już czytałam”. No i... Okazało się, że tak rzeczywiście jest.

Uderzyła mnie ogromna infantylność tej powieści. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jeszcze kilka lat temu pewnie byłabym zachwycona taką lekturą, teraz jednak trochę się przy niej zmęczyłam. Dziecinność przebija ze stylu, z dialogów, a przede wszystkim z bohaterów – a w szczególności z Emi, która miejscami zachowywała się jak rozhisteryzowany dzieciak. Na dodatek nie mam o to do niej pretensji. Dziewczyna ma 15 lat, sama w tym wieku nie byłam zrównoważona emocjonalnie (oho, jeśli zaczynają się gadki w stylu „za moich czasów”, to jawny znak, że się starzeję). Książka niestety dużo przez to traci. Może gdyby autorka wybrała sobie nieco starszych bohaterów, to byłoby inaczej, choć odnoszę wrażenie, że nie tylko w tym tkwi problem. Nanna Foss pisze bardzo prosto i lekko, co owszem, jest znaczącym atutem, jednak wydaje mi się, że zbyt wiele uwagi poświęciła rozterkom Emi, zamiast właściwej akcji. Powieść z pogranicza Young Adult musi w pewnej mierze oddać się nastoletnim konfliktom, ale halo, czy tu nie została zaburzona pewna proporcja? Bo przez mniej więcej dwieście stron książka była niczym innym, jak średnio interesującą rozprawą o dorastaniu i umiejętności radzenia sobie w szkole.

Wspomniałam o sztampie, ponieważ jest jej tutaj w nadmiarze. Autorka wykorzystuje klisze tak wytarte, że fabuła nie była ani trochę zaskakująca. Emi śni się tajemniczy chłopak, którego potem rysuje? Oczywiście, że później ten sam chłopak pojawia się w szkole i jest identyczny, jak na rysunku, choć on i Emi nigdy wcześniej się nie spotkali (to nie spoiler, ta informacja pojawia się już w opisie książki). Noa jest niemiły dla Emi? To jasne, że zaczną pojawiać się sygnały świadczące o tym, że tych dwoje kiedyś będzie się miało ku sobie. Sam Noa jest kreowany na bardzo mrocznego, niepokornego chłopca, jakich teraz pełno w literaturze młodzieżowej. Motyw czasu jest tutaj, przyznaję, całkiem fajnie wykorzystany, a akcję zdecydowanie ubarwiają inni bohaterowie – nie da się bowiem nie lubić Pi czy Albana. Tutaj muszę oddać autorce sprawiedliwość: nawet jeśli postaci w zdecydowanej większości trochę irytują swoją dziecinnością, ich charaktery są bardzo odmienne i konsekwentnie budowane. 

Wielka szkoda, że przez sporą część książki niewiele się dzieje. Doceniam, że Foss ewidentnie chciała wprowadzić czytelnika w świat przedstawiony, dać mu czas na ustosunkowanie się do bohaterów, ale kiedy do głosu dochodzi istota fabuły – czyli niewytłumaczalne wydarzenie w domu astronoma-odludka, po którym zaczynają dziać się dziwne rzeczy – poszczególne wątki zaczęły być upychane jeden na drugim. Nawet całkiem kreatywnie wymyślone zdolności bohaterów nie budziły we mnie takich emocji, jak pewnie miały w zamiarze. Opisy bywają całkiem niezłe i potrafię sobie wyobrazić, jak świetnie wyglądałyby niektóre sceny na filmowym ekranie; mimo to cały motyw fantasy wydał mi się nieco przerysowany i zbyt... odrealniony? Jeśli można tak powiedzieć o nadprzyrodzonych zjawiskach, to będzie to jedyne trafne określenie. 

Jeszcze jedna, może drobna, ale jednak istotna rzecz mnie rozczarowała. Nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej, poza Andersenem, miałam styczność z literaturą rodem z Danii. Oczekiwałam duńskiego klimatu, czegoś nowego, świeżego – tymczasem powieść mogłaby się rozgrywać w każdym innym kraju i nie zauważyłabym różnicy. Rozumiem, że prawdopodobnie autorka nie pisała z myślą o czytelnikach spoza swojej ojczyzny, mimo to, biorąc pod uwagę fakt, jak długi i rozwlekły był wstęp do właściwej akcji, trochę szkoda, że nie została przybliżona chociaż namiastka Danii. To zdecydowanie zwiększyłoby wartość tej książki w moich oczach.

Powiem szczerze, że nie wiem, czy sięgnę po kolejną po „Leonidach” część serii. Pozornie ciekawe motywy zostały sprowadzone do banału, do bohaterów, z drobnymi wyjątkami, nie przywiązałam się specjalnie, a zakończenie nie zostawiło mnie w stanie zawieszenia, które wymagałoby ode mnie sięgnięcia po kolejny tom. Całkiem prawdopodobne, że przeczytam z ciekawości – debiut Nanny Foss zachwyca okładką, ale tylko nią. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Driada.
Czytaj dalej

„Przebudzenie Olivii” Elizabeth O'Roark


Wszyscy wiedzą, dlaczego Olivia została wyrzucona z poprzedniej uczelni. Nie pomaga to w zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu, szczególnie w uniwersyteckiej drużynie biegaczek, która bardzo liczy na jej umiejętności. Niestety niełatwo wygrać zawody, mając łatkę furiatki. Will, młody trener, początkowo jest przekonany, że dziewczyna będzie jedynie ciężarem. Z czasem jednak odkrywa, że za postawą buntowniczki kryje się coś więcej, a Olivia nie tyle biega, co ucieka przed swoim największym koszmarem. 

Tytuł: „Przebudzenie Olivii”
Tytuł oryginalny: „Waking Olivia”
Autor: Elizabeth O’Roark
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2017 

„Przebudzenie Olivii” to nic innego jak romans, o czym krzyczy już sama okładka. Myli się jednak ten, kto spodziewa się rozbudowanych opisów flirtu, kwiatuszków i serduszek. Historia w gruncie rzeczy nie należy do ckliwych – i choć lwia część fabuły opiera się na znanym i obrobionym z każdej strony motywie, to jednak powieść ma do zaoferowania znacznie więcej, niż pozorna przewidywalność i banały.

Początek, przyznaję, nie wypadł najlepiej, przede wszystkim dlatego, że główni bohaterowie wydali mi się strasznie antypatyczni. Olivia była irytująco wyzywająca (nie mam tu na myśli wyglądu), a jej postawa w stylu „nic mnie nie obchodzi” budziła raczej uśmieszek pełen politowania, niż respekt. Will z kolei był przesadnie pewny siebie i z miejsca poczułam do niego niechęć, kiedy zobaczyłam, jak łatwo przykleja komuś etykietkę. Na szczęście ta dwójka szybko zrehabilitowała się w moich oczach, tworząc jeden z najlepszych duetów, jakie spotkałam w romansach. 

Chyba każdy się domyślił, że relacja Olivii i Willa musiała przerodzić się w coś większego. Wszystkie drogi do tego prowadzą, ale... czytelnik tylko na to czeka, tak przynajmniej było w moim przypadku. Niesamowita chemia między bohaterami sprawiła, że nie mogłam oderwać oczu od książki. Elizabeth O’Roark znakomicie zbudowała napięcie między trenerem a jedną z jego zawodniczek, ich relacja jest emocjonująca i rozwijana małymi kroczkami, które podsycają ciekawość. Oczywiście znajomość Olivii i Willa z daleka zalatuje schematem; ile razy spotkaliście w literaturze pary, w których jedna strona miała poważne problemy i niepokojącą przeszłość, a druga starała się pomóc? Tutaj jest identycznie. Olivia zmaga się z własnymi demonami, a choć początkowo Will traktuje ją jak pozerkę, w końcu dociera do niego, że powód jej zachowania jest znacznie głębszy i poważniejszy. Dodajmy do tego element zakazanego owocu – w końcu trenerowi nie wolno spotykać się z zawodniczką – i otrzymamy gotową formę, do której wiele innych pisarek również wlało swoje historie.

Na całe szczęście powieść ratują może niezbyt wymyślne, ale ciekawe zwroty akcji, odrobina humoru i bardzo plastyczny styl, dzięki któremu rozdziały kończyły się w mgnieniu oka. Dzięki przeplataniu perspektywy Olivii i Willa mamy pełen obraz sytuacji, znamy uczucia ich obojga, co jednak nie pozbawia czytelnika frajdy w śledzeniu kolejnych wydarzeń. Tajemnice tytułowej bohaterki nie są tajemnicze wyłącznie z nazwy, tylko doskonale budują postać, pokazując jej motywację. Wątek psychologiczny rzeczywiście został odpowiednio rozwinięty i pogłębiony, a nie zostawiony samopas, żeby tylko ładnie wyglądał. Tak samo Will nie jest wyłącznie przystojnym facetem, który zaopiekował się zranioną dziewczyną – szeroko ukazane tło rodzinne sprawiło, że jest pełnowymiarowym bohaterem i zarazem człowiekiem z krwi i kości. Relacje pomiędzy nim a matką, zmarłym ojcem, który pozostawił mu w spadku farmę czy niesfornym młodszym bratem mogłyby stanowić materiał na osobną książkę. Elizabeth O’Roark udało się zatem zachować odpowiednią proporcję: mimo że największą uwagę skupia coraz większa zażyłość Olivii i Willa, romans nie przesłania całego wszechświata, co odebrałoby fabule naturalność. 

Oczywiście nie da się powiedzieć, że ta powieść jest arcydziełem. Trudno ją ocenić w oderwaniu od schematyczności, która mimo wszystko nieco razi. Ponadto na ostatnich czterdziestu, może trzydziestu stronach akcja niesamowicie się skumulowała, jakby autorka miała ograniczenie co do obszerności książki i nagle zdecydowała się upchnąć wiele wydarzeń na niedużej przestrzeni. Przypomina to bardziej suchą relację z kolejnych przeżyć bohaterów, przez co czytelnik ma pełne prawo poczuć się oszukanym. Gdyby to, co rozegrało się pod koniec, zostało przedstawione w tempie podobnym do reszty książki – uznałabym, że właśnie przeczytałam historię, która zadbała o odpowiedni rozwój akcji i nie potraktowała żadnego wątku po łebkach. Cóż, trochę szkoda.

„Przebudzenie Olivii”, mimo kilku usterek, stanowi idealny przykład na to, że stereotypowa literatura kobieca czy też romans to nie wyłącznie pusty zlepek słów, stanowiący tanią rozrywkę dla znudzonych życiem gospodyń domowych. Świetnie wykreowane postaci, rewelacyjnie poprowadzony wątek miłosny i przyjemny styl okazały się przepisem na opowieść, która cieszyła się moim niegasnącym zainteresowaniem niemal do samego końca. Elizabeth O’Roark nie starała się usilnie upoetyzować fabuły, tylko postawiła na prostotę i emocje: to przemówiło do mnie zdecydowanie bardziej, niż dodatkowy dramatyzm.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej