„Pragnienie” Carrie Jones


Znacie ten ból, kiedy książka wywołuje u was dużo emocji, ale nie umiecie się zdecydować, czy przeważają te pozytywne czy negatywne? Odkładacie skończoną powieść na półkę i tak do końca nie wiecie, czy wam się podobało, bo z jednej strony to było dobre, a z drugiej tamto okazało się kiepskie… U mnie zdarzyło się tak po przeczytaniu „Pragnienia” Carrie Jones. Kupiłam tę książkę zupełnie przypadkiem (ta, jasne, czaiłam się na nią przez tydzień w Dedalusie) i byłam bardzo niezadowolona, gdy po powrocie do domu zorientowałam się, że trzymam pierwszy tom serii. Zazwyczaj nie kupuję w ciemno pierwszej części jakiegoś cyklu, wolę najpierw wybadać historię, która rozciąga się na parę tytułów. No cóż, dałam się skusić ładnej okładce, niskiej cenie i niewinnemu opisowi z tyłu, który zapowiadał zwykłą młodzieżową powieść. I taką się właśnie okazała, niestety nie jestem pewna, czy w dobrym tego słowa znaczeniu.

Tytuł: „Pragnienie”
Tytuł oryginalny: „Need”
Autor: Carrie Jones
Cykl: „Pragnienie”, tom 1
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 308
Rok wydania: 2010

Nastoletnia Zara traci ojczyma – prawdziwego ojca nigdy nie poznała – co przybija ją na tyle, że za namową matki tymczasowo przeprowadza się do swojej przybranej babci. Nowe otoczenie ma pomóc dziewczynie w otrząśnięciu się po tragedii. To jednak nie jest takie proste, bo okazuje się, że Zarę obserwuje tajemniczy mężczyzna, a w okolicznych lasach zdaje się czaić coś niepokojącego. Zara usiłuje zwalczyć strach poprzez wyliczanie w myślach… nazw fobii. Ma fioła na punkcie definicji różnych lęków, tyle że wciąż musi się mierzyć z własnymi.

Największym minusem tej książki jest z pewnością przewidywalność. Już ten zdawkowy opis ujawnia przerobiony wielokrotnie schemat: nastolatka się przeprowadza, ale zamiast znaleźć w nowym miejscu spokój i szczęście, pakuje się w kłopoty, co jednocześnie nie przeszkadza jej w nawiązywaniu nowych przyjaźni czy poderwaniu szkolnego przystojniaka. Fabuła była przezroczysta w wielu miejscach i zazwyczaj udawało mi się przewidzieć, co się wydarzy. Czasem lubię takie momenty, wtedy się cieszę z własnego geniuszu i umiejętności dedukcji, ale w tym wypadku zaczęło mnie to drażnić.

Autorce udało się mnie jednak zaskoczyć przez wprowadzenie do powieści istot mało znanych, a mianowicie piksów. Czy tylko mi się wydaje, że ta nazwa jest śmieszna? Skojarzyłam ją z chochlikami kornwalijskimi z drugiej części Pottera, a jak się później okazało, obrałam dobry kierunek, bo Jones zaczerpnęła pomysł z brytyjskiego folkloru (tzw. pixie, polecam wygooglować). W „Pragnieniu” piksy nie są niedużymi, niebieskimi stworzonkami o piskliwych głosikach, w tej książce sieją postrach i nie mają oporów przed rozerwaniem komuś gardła, a ponieważ mogą przybierać w pełni ludzki wygląd, są nierozpoznawalne dla osób z zewnątrz. Spodobało mi się, w jaki sposób pisarka opisała ich zwyczaje, zresztą samym plusem jest fakt, że nie wyskoczyła z kolejnym wampirem, chociaż obok piksów możemy spotkać również wilkołaków i innych zmiennokształtnych. Niestety ciągle odnosiłam wrażenie, że te całe piksy są jakieś takie naciągane. Nierealne. Jones miała konkretną wizję, ale ostatecznie wypadła ona blado, a przecież w fantasy chodzi właśnie o to, by zjawiska nadnaturalne wydawały się rzeczywiste.

Sami bohaterowie są dosyć papierowi. Zarę mogę zaliczyć do czołówki najbardziej wkurzających głównych bohaterek, bo nawet ta jej ciekawa wyliczanka z fobiami po pewnym czasie zrobiła się irytująca. Dziewczyna wiele razy zachowywała się bezmyślnie i sama szukała problemów. Babcia Zary to z kolei sympatyczna kobieta, choć czasem rzucała tak niezręcznymi uwagami, że nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy tylko się uśmiechnąć z politowaniem. Polubiłam za to przyjaciół głównej bohaterki, Issie i Devyna, bo co do Nicka, czyli Pana z Numerem Jeden mam mieszane uczucia. Przez ¾ powieści Jones robiła z niego księcia z bajki i gdyby nie przebłysk normalnych ludzkich odruchów pod koniec powieści, to pomyślałabym, że to jakaś maszyna zaprojektowana na życzenie zakochanej nastolatki. Mimo to wątek miłosny przypadł mi do gustu, został przedstawiony z humorem i jakoś tak… uroczo, z braku lepszego słowa. Intrygująca wydaje się także matka Zary, o której nie wiadomo zbyt wiele po pierwszej części – no i główny pan Piks, chyba jedyny przedstawiciel tego gatunku, którego Jones opisała całkiem sensownie.

Pomijając ciekawy sposób zapisywania rozdziałów, gdzie zamiast tytułów i numerów pojawiały się nazwy fobii wraz z ich krótkimi opisami, na korzyść „Pragnienia” przemawia jeszcze dość szybki rozwój wydarzeń i zdynamizowana akcja pod koniec. Mimo to nie potrafiłam do końca wciągnąć się w tę historię. Początek był bardzo chaotyczny, jakby napisany w pośpiechu, a dialogi momentami były sztuczne jak usta Kylie Jenner. No i ta denerwująca narracja w czasie teraźniejszym! W ostatnim czasie jakoś namnożyło się książek napisanych w ten sposób, jednak prawdą jest, że kiedy powieść mi się podoba, ta kwestia niespecjalnie mnie obchodzi. W tym wypadku było inaczej.

Planuję sięgnąć po kontynuację „Pragnienia”, bo podobno jest lepsza niż pierwsza część. Zobaczymy. Otwarcie cyklu oceniam raczej średnio: pomysł był, technicznie też jest dobrze, ale coś cały czas zgrzytało, jakby człowiek próbował na siłę założyć na siebie za małe spodnie. Nie jest to jednak zła pozycja, to całkiem fajna młodzieżowa książka, po prostu mnie mocno rozczarowała.
Czytaj dalej

Zalotny Tag Książkowy


Czytanie to jedna z moich największych miłości. Zakochałam się w pierwszej klasie szkoły podstawowej i ten związek trwa do dziś, bez żadnych spięć czy rozstań. Żeby to wyrazić, nie ma chyba lepszego tagu, niż The Courtship Book Tag (Zalotny Tag Książkowy). Za nominację dziękuję Ani D.


FAZA PIERWSZA – ZAUWAŻENIE
Książka, którą kupiłam ze względu na okładkę.
Interesujące okładki przyciągają mnie jak magnes, ale głównie w bibliotece; w księgarni, gdzie zazwyczaj mam ograniczony fundusz, długo się zastanawiam, zanim coś wezmę i rzadko daję się skusić ładnej oprawie. Inaczej było z „Pragnieniem” Carrie Jones (recenzja niedługo). Może okładka nie jest jakaś wyszukana, jednak spodobała mi się od razu, generalnie wydawnictwo odwaliło kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o przygotowanie wizualne.


FAZA DRUGA – PIERWSZE WRAŻENIE
Książka, którą kupiłam ze względu na opis.
Często mi się to zdarza, ale jednym z ostatnich takich zakupów jest „Sekretna miłość Szekspira” Karen Harper, która nadal czeka na swoją kolej.


FAZA TRZECIA – SŁODKIE ROZMÓWKI
Książka ze świetnym stylem pisarskim.
Mogłabym się tutaj rozpisać, bo takich książek jest sporo, najlepiej jednak podążyć za pierwszą myślą, którą w moim wypadku była „Gra Geralda” Stephena Kinga. Atmosfera tej powieści, mistrzowskie opisy, napięcie obecne niemal przez całą fabułę, która obejmowała czasowo raptem kilkanaście godzin… Tego nie da się zapomnieć.


FAZA CZWARTA – PIERWSZA RANDKA
Pierwszy tom serii, który sprawił, że chciałam się zabrać za kolejne.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wymieniła tutaj pierwszego tomu o Harrym Potterze, „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”. Od tej książki zaczęła się nie tylko moja obsesja na punkcie tego cyklu, ale też zamiłowanie do czytania i pisania.


FAZA PIĄTA – NOCNE ROZMOWY TELEFONICZNE
Książka, przy której przetrwałam noc.
„Dom orchidei” Lucindy Riley. Jestem po lekturze raptem dwóch książek tej pisarki, ale już zdążyłam ją pokochać. Pisze świetne, wciągające sagi rodzinne, a wymieniony wyżej tytuł, mimo tak niepozornej i raczej niezachęcającej okładki spodobał mi się tak bardzo, że czytałam prawie do rana i kończyłam oczywiście na wykładach.


FAZA SZÓSTA – ZAWSZE W MYŚLACH
Książka, o której nie mogę przestać myśleć.
Zdecydowanie „Monika B. Nie jestem już waszą córką” Karin Jäckel. Pomijając „Dziewczynę z sąsiedztwa” to chyba najbardziej przerażająca książka, jaką czytałam i co jakiś czas wracam do niej myślami. Kto zna, to zapewne się domyśla, dlaczego.


FAZA SIÓDMA – KONTAKT FIZYCZNY
Książka, którą kocham za towarzyszące przy niej feelsy.
Tutaj jakoś tak od razu przypomniałam sobie o „Niezgodnej”. Spędziłam całe nudnawe seminarium na czytaniu pierwszej części i tylko wierciłam się na krześle, bo nie mogłam głośno komentować akcji, która mnie kompletnie pochłonęła.


FAZA ÓSMA – SPOTKANIE Z RODZICAMI
Książka, którą chcę polecić rodzicom i znajomym.
Sporo ich, jednak wybieram „Lawendowy pokój” Niny George. W swoim czasie pojawi się post na temat tego tytułu, a teraz krótko powiem, że ta książka bardzo mi pomogła i nauczyła mnie tego i owego, prowokując do przemyśleń. Myślę, że każdemu przyda się czasem taka czytelnicza terapia.


FAZA DZIEWIĄTA – MYŚLENIE O PRZYSZŁOŚCI
Książka, którą wiem, że będę ją czytała wiele razy w przyszłości.
Tutaj nie jestem w stanie wybrać tylko jednej pozycji. Regularnie wracam do serii z HP i często mam ochotę po raz kolejny sięgnąć po coś, co już przeczytałam. Mam sporo swoich ulubieńców, którzy chyba nigdy mi się nie znudzą i wiem, że w przyszłości nadal będą mi towarzyszyć.


FAZA DZIESIĄTA – DZIELENIE SIĘ MIŁOŚCIĄ
Kogo taguję?


Powodzenia!
Czytaj dalej

Na ekranie: „Sissi”


Nie znam się na filmach. To nie fałszywa skromność, tylko fakt. Jestem zwykłym widzem i po prostu oglądam to, co mnie zainteresuje – albo mi się spodoba, albo nie. Co prawda książki kocham bardziej, jednak lubię od czasu do czasu pogapić się w ekran. Ostatnio „zagapiłam się” na coś, co skradło mi serce i właśnie tego będzie dotyczył dzisiejszy post.

Bardzo rzadko zdarza mi się obejrzeć coś starszego; mimo mojej pożal się Boże wiedzy na temat kina raczej wolę tytuły współczesne. Ale wobec „Sissi” (1955) nie mogłam przejść obojętnie. Jest to pierwsza część austriackiej trylogii o Elżbiecie Bawarskiej, cesarzowej Austrii i późniejszej królowej Węgier. Jej imię czy też przydomek, który przylgnął do niej na całe życie, obiły mi się o uszy kilka razy, choć wcześniej nie budziły większej ciekawości. Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem wpadłam w internecie na artykuł o Sissi, później wszystko potoczyło się lawinowo. Siedziałam cały wieczór, czytając całkiem obszerne informacje w Wikipedii i przeglądając grafiki z XIX-wiecznymi obrazami, na których uwieczniono tę niezwykłą kobietę. Naprawdę zachęcam do zapoznania się z jej historią.

Mówiąc baaardzo skrótowo: Sissi jako księżniczka Bawarii wychowywała się razem z dziewięciorgiem rodzeństwa. Kochała naturę, uwielbiała jeździć konno. Jej matka była siostrą arcyksiężny Zofii; obie kobiety planowały zaaranżować małżeństwo starszej siostry Sissi, Heleny (zwanej Nene) i syna arcyksiężny, cesarza Franciszka Józefa I. Sissi i Nene pojechały z matką do Austrii, gdzie starsza z sióstr miała bliżej poznać swojego przyszłego męża. Ale Franciszek Józef poprosił o rękę nie Nene, a szesnastoletnią Sissi.


Pierwsza część filmowej trylogii dotyczy wydarzeń, które ostatecznie doprowadziły do ślubu cesarza Austrii i Elżbiety. Na tym nie kończy się historia Sissi, w zasadzie im dalej w las, tym robi się ciekawiej, więc koniecznie muszę obejrzeć pozostałe filmy. Ten zrobił na mnie duże wrażenie. Nie żałuję, że nie wybrałam którejś ze znacznie młodszych wersji, tylko właśnie tę sprzed sześćdziesięciu lat – jej niesamowity klimat przeniósł mnie prosto do XIX wieku. Siedziałam jak zaczarowana i jestem pewna, że przez większość czasu uśmiechałam się jak głupi do sera. Wszystko dlatego, że postać głównej bohaterki wywołuje w człowieku mnóstwo ciepłych uczuć. Nie mam zielonego pojęcia, jaka była ta prawdziwa Sissi, ale filmowa kreacja w wykonaniu Romy Schneider od razu zaskarbiła sobie moją sympatię. Trzeba też dodać, że była to aktorka o wyjątkowej urodzie (te włosy!). W każdym razie w tej roli wypadła bardzo naturalnie.

Pomijając sam fakt, że lubię romanse – a w filmie istotny jest wątek miłosny – podobała mi się muzyka. Zawsze stanowiła świetne tło dla danej sceny i była przyjemna dla ucha. Trudno mi zweryfikować fakty ujęte przez reżysera, w końcu nie jestem historykiem i przede wszystkim nie żyłam w XIX-wieku, ale jak na moje oko Austriacy dobrze oddali atmosferę tamtego czasu, nie przekręcając przy tym wydarzeń. Pewnie tu i tam scenariusz naginał się do fantazji twórcy, nie dało się tego jednak odczuć: nawet gdyby film nie miał charakteru biograficznego, wypadłby bardzo realistycznie.


Jeśli ktoś, podobnie jak ja, lubi się przyglądać rozłożystym sukienkom, balom i sztywnej etykiecie sprzed dziesięcioleci, to zachęcam do obejrzenia. Sissi jako postać historyczna jest naprawdę godna uwagi, a filmowe ujęcie jej losów sprawia, że cesarzowa wydaje się nadal żywa, obecna. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę pozostałe dwie części.

źródło zdjęć: filmweb
Czytaj dalej