„Strażnicy światła” Abby Geni


Miranda jest fotografem przyrody. Istnieje niewiele miejsc, w których jeszcze nie była. Za cel swojej kolejnej podróży wybiera Wyspy Farallońskie, raczej mało popularny archipelag na Pacyfiku. Kobieta przez jakiś czas musi zamieszkać z przebywającymi tam naukowcami. Wkrótce Miranda przekonuje się, że Wyspy Farallońskie to miejsce pełen niespodzianek, gdzie każdy dzień może przynieść coś zaskakującego. Nie tylko natura bywa przewrotna; szybko okazuje się, że również współlokatorzy mogą okazać się niebezpieczni.

Tytuł: „Strażnicy światła”
Tytuł oryginalny: „The Lightkeepers”
Autor: Abby Geni
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2017

„Strażnicy światła” to debiut Abby Geni, amerykańskiej autorki. Na dodatek nie byle jaki, bo nowojorska księgarnia „Barnes & Noble” okrzyknęła tę książkę najlepszym debiutem 2016 roku. Taki tytuł robi wrażenie, a co za tym idzie – wymagania znacznie wzrastają. Muszę przyznać, że jak na pierwszą powieść „Strażnicy światła” to naprawdę świetnie napisana i sprawnie skomponowana historia. Ale czy mnie zachwyciła? Właściwie to... nie.

To, co uderzyło mnie najbardziej po dotarciu do ostatniej strony, to wrażenie, jak gdyby powieść biegła stonowanym, niemal jednostajnym rytmem. Oczywiście są sceny pełne napięcia, nie mogłam się też powstrzymać od kilku emocjonalnych reakcji w trakcie czytania, jednak w ogólnym rozrachunku wydaje mi się, jakby główna bohaterka i zarazem narratorka podchodziła do całej historii z niemal chłodnym dystansem. Jej spokojne relacjonowanie kolejnych wydarzeń zdecydowanie przeważało nad bardziej dynamicznymi momentami. Czułam się trochę tak, jakby sędziwa już Miranda siedziała w fotelu naprzeciwko mnie i opowiadała największą przygodę swojego życia. Nie potrafię zdecydować, czy ten zabieg wzbudził we mnie miłe uczucia, czy jednak bardziej rozczarował.

Samej kompozycji książki nie mam nic do zarzucenia. Autorka bardzo płynnie i obrazowo wprowadza czytelnika w akcję: możemy zatem towarzyszyć Mirandzie w podróży na Wyspy Farallońskie, przyglądać się, jak stopniowo przyzwyczaja się do tego miejsca, a co więcej – w międzyczasie poznajemy pewne fakty o jej rodzinie. Bardzo mnie ucieszyło, że fabuła nie kręciła się wyłącznie wokół tajemniczych wydarzeń na wyspach, ale ukazywała także szerszy kontekst, co ściśle łączyło się z główną bohaterką i motywacjami, którymi kierowała się w codziennym życiu. Kolejne karty były odkrywane stopniowo, bez zbędnego pośpiechu ani przesadnego przedłużania, choć trzeba przyznać, że większość „tajemnic” udawało mi się przewidzieć już na samym początku. Właściwie tylko jedna mała rzecz, wyjawiona już w samej końcówce, naprawdę mnie zszokowała. Reszta nie była specjalnie trudna do odgadnięcia. Jeśli spojrzeć na to z pewnej perspektywy, fabuła w „Strażnikach świateł” jest bardzo prosta, ale napisana w dobrym stylu i z dużym wyczuciem, dzięki czemu książka zyskuje, nawet jeśli wydaje się czasem banalna.

Największym atutem powieści jest z pewnością miejsce akcji, bardzo egzotyczne, tajemnicze, nieco niepokojące i klimatyczne. Przyznaję bez bicia, że wcześniej nigdy nie słyszałam nawet o Wyspach Farallońskich, tymczasem tutaj nie tylko mogłam odczuć namiastkę panującej tam atmosfery, ale również dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy. Autorka bardzo zajmująco opisuje tamtejszą faunę. Kiedy byłam dzieckiem, dosłownie pochłaniałam programy przyrodnicze (chciałam zresztą zostać zoologiem), dlatego czytanie tej książki przypomniało mi o mojej fascynacji światem zwierząt. Opisy są niezwykle plastyczne, wpływające na wyobraźnię. Jednocześnie pisarka wyraźnie zaznaczyła, że natura może być nie tylko piękna, ale także niebezpieczna, o czym zdarza się zapominać nawet najbardziej doświadczonym. Do zarysowania miejscowej przyrody dołączyły legendy związane z wyspami. Nie powiem, stwarzało to naprawdę niepowtarzalny nastrój.

Bohaterowie są maksymalnie różnorodni. Sama Miranda jest bardzo ciekawą postacią, wbrew pozorom nie taką jednoznaczną. Budziła u mnie raczej ambiwalentne uczucia, poprzez narrację pierwszoosobową mogłam poznać ją dość dobrze. Dalej mamy szóstkę naukowców, z którymi Miranda musiała zamieszkać: Mick, Forest, Andrew, Lucy, Galen i Charlene. Specjaliści w swoim fachu, a jednocześnie ludzie z krwi i kości o bardzo odmiennych charakterach. Możecie sobie tylko wyobrazić, co zaczyna się dziać, kiedy siedmioro ludzi musi wytrzymać ze sobą pod jednym, raczej ciasnym dachem.

Jedna rzecz mi się nie zgadzała i do tej pory nie wiem, co miała oznaczać. Wśród legend dotyczących Wysp Farallońskich pojawiła się postać ducha zmarłej kobiety – i co najlepsze, duch ten zostaje przywołany później kilkukrotnie. Czytelnik mógł, chociażby przez kilka sekund, zastanawiać się, czy to widmo rzeczywiście istnieje. Podejrzewam, że autorce bardziej chodziło tutaj o wymiar symboliczny, że to nie był żaden wątek paranormalny, choć trzeba przyznać, że efekt bywał piorunujący.

„Strażnicy światła” mają wiele zalet: ładny, oryginalny styl, prostą, ale sprawnie skonstruowaną fabułę czy idealne, szczegółowo zarysowane tło wydarzeń. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby ta książka powaliła mnie na kolana. To naprawdę dobra powieść leżąca na pograniczu thrillera, jednak z całą pewnością czegoś zabrakło, przez co nie określę jej „hitem”. Warta uwagi, wciągająca – ale nie zachwycająca.

7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Czytaj dalej

Papierowe kino: „Trzy metry nad niebem”


Babi jest dziewczyną z dobrego domu – słucha rodziców, świetnie się uczy, nie wraca zbyt późno ze spotkań z koleżankami. Tymczasem on, Step, jest wolny niczym ptak… i niebezpieczny. Jego życie obraca się wokół pięknych dziewczyn, nielegalnych wyścigów i ucieczek przed policją. Babi i Step nie mają ze sobą niczego wspólnego albo tak im się przynajmniej wydaje. Los jak na złość pcha ich ku sobie, jednak czy zetknięcie dwóch, tak skrajnie różnych światów, może dać pozytywny efekt?

Kiedy byłam w liceum, moje koleżanki dosłownie rozpływały się nad filmem „Trzy metry nad niebem”. Jakimś cudem bardzo długo mijałam się z obejrzeniem tej produkcji, choć jestem beznadziejną romantyczką, dlatego zupełnie nie wiedziałam, o co tyle krzyku. Po kilku latach wpadła mi w ręce książka Federico Moccii, dlatego uznałam, że zaczekam jeszcze z seansem do czasu, aż ją przeczytam. Nie jestem do końca pewna, czy było warto.

Powieść była potwornie rozczarowująca. Lubię romanse, jest to jeden z tych gatunków, po które sięgam najczęściej, ale ten o dziwo mnie znużył. Nie da się ukryć, że sam zarys fabularny jest dość schematyczny: mamy pewnego siebie bad boya i nieco nieśmiałą, raczej zwykłą dziewczynę, którzy się w sobie zakochują. Banalne do bólu, nawet ktoś taki niewymagający jak ja miał prawo poczuć się znudzony już na starcie. Jeśli jednak w przypadku takiej przerobionej wielokrotnie kliszy odkrywałam chemię, coś, co wyzwalało u mnie większe emocje – nie czepiałam się. W tym przypadku mogłam szukać i szukać, a efektów nie było. 

Jakoś nie widziałam tej wielkiej miłości, która zrodziła się między Babi a Stepem. Z mojej perspektywy wyglądało to tak, jakby ona go nienawidziła, aż nagle uznała, że w sumie całkiem fajny z niego gość i chętnie zaczęłaby się z nim spotykać. W rezultacie wątek miłosny wypadł raczej słabo, a ponieważ na nim miała się opierać książka, możecie się domyślać całokształtu. Ponadto dwójka głównych bohaterów zachowywała się czasem tak okropnie i nielogicznie, że trudno było powstrzymać irytację. Babi była po prostu niekonsekwentna i denerwująca, z kolei Step, nawet jak na tę swoją aurę mrocznego przystojniaka przystało, czasami zachowywał się jak istny dupek. Prędzej nakopałabym mu do tyłka, niż wsiadła z nim na ten jego szpanerski motor. Sytuację nieco ratowali bohaterowie drugoplanowi, szczególnie Pollo i Pallina. Język powieści jest rzeczywiście przepiękny, choć miejscami zbyt poetycki, podobało mi się również zakończenie, które nieco podniosło ogólną ocenę. Generalnie uważam, że „Trzy metry nad niebem” jest trochę wymuszone (wyobrażałam sobie autora, który na siłę ściska ze sobą bohaterów) i czasem przerysowane. 


Inna sprawa ma się z filmem – moim zdaniem wydobył on z tej historii wszystko to, czego zabrakło w realizacji pisarza. Teraz, chociaż już nastolatką nie jestem, w pełni rozumiem zachwyty swoich koleżanek z klasy. Ekranizacja świetnie gra na emocjach, a oko dodatkowo cieszą piękne krajobrazy. Aktorzy, którzy wcielili się w główne role, wytworzyli między sobą niesamowitą chemię; María Valverde była przeuroczą Babi, którą nie sposób było nie lubić, z kolei Mario Casas i jego uśmiech mógłby sprawić, że zmiękłyby mi nogi, gdyby nie to, że oglądałam na leżąco. Dzięki ich aktorskiej kreacji w końcu uwierzyłam w uczucie, które zrodziło się między dwójką bohaterów. No i, co mnie bardzo ucieszyło, filmowy Pollo jest tak samo ujmujący, jak ten książkowy! Prawdę mówiąc, trochę tu pozmieniano względem pierwowzoru, ale o dziwo te poprawki jakoś niespecjalnie mi przeszkadzały. Film ma swój klimat, jest po prostu dobry aktorsko i fabularnie – czyli, innymi słowy, trafiłam na jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy ekranizacja przebija książkę. Przykro mi bardzo, jednak Federico Moccia i jego opowieść mnie nie porwały, w przeciwieństwie do reżysera Fernando Gonzáleza Moliny.

Dla takich wrażliwców jak ja, film będzie idealny na jakiś wolny wieczór. Co do książki, to wiem doskonale, że są jej zwolennicy, mnie jednak do siebie nie przekonała. Sami dokonajcie wyboru – w razie czego, jeśli powieść również was zawiedzie, będziecie mogli zmyć z siebie to nieprzyjemne wrażenie za pomocą chwytającego za serce seansu.


kadr z filmu pochodzi ze strony filmweb.pl
Czytaj dalej

„Biała” Dominika Olbrych

Helias, kraina umieszczona między kilkoma wymiarami, wpada w sidła Rejgasa, który terroryzuje mieszkańców i nie cofnie się przed niczym. Jego armie Złych pozostawiają po sobie spustoszenie i śmierć. Wszystko w rękach Wybrańca, Jedynego, który może pokonać wrogie siły. Żeby jednak osiągnąć sukces, nie może działać sam. Simia, dziewczyna zdająca się nie mieć żadnego wpływu na trwający konflikt, niespodziewanie trafia w sam środek wydarzeń. Teraz również i od niej zależy, czy Helias zostanie ocalony.


Tytuł: „Biała”
Autor: Dominika Olbrych
Wydawnictwo: Oficynka
Liczba stron: 354
Rok wydania: 2017

„Biała” to debiut powieściowy Dominiki Olbrych, dwukrotnej zwyciężczyni ogólnopolskiego konkursu literackiego Gai Kołodziej „SCRIBO ERGO SUM”. Autorka pokusiła się w swojej książce o stworzenie własnego świata, świata przepełnionego magią. Tytułową „Białą” jest Simia, główna bohaterka – czemu jest nazywana w taki sposób? Odpowiedź na to pytanie pojawia się już na początku, ale to dopiero zwiastun tego, co czeka dziewczynę.

Po pierwszych 50 stronach byłam naprawdę zachwycona. Zastałam lekkie pióro, ciekawy pomysł na fabułę i przede wszystkim interesujący wstęp. Przymknęłam nawet oko na fakt, że motyw dziewczyny, która nagle okazuje się wybawicielką ludzkości, jest już nieco nużący. Niemniej zapowiadało się na dobre, młodzieżowe fantasy, w którym poznam nowe rzeczy i będę mogła poczuć całą sobą, że Helias to miejsce niezwykłe.

Niestety mój entuzjazm stopniowo opadał w miarę czytania. Powodów ku temu jest kilka. Po pierwsze i chyba najważniejsze: niedociągnięcia w kreacji nowego świata. Dobrze przedstawione tło wydarzeń w literaturze fantastycznej z reguły sprawia, że wydaje mi się, jakby opisywane w nim krainy były prawdziwe, choć wiadomo, że to wszystko leży wyłącznie w obrębie fikcji. Tutaj tego nie czułam. Helias nie miał w sobie niczego wyjątkowego, czegoś, co czyniłoby go niepowtarzalnym, zresztą opisy rzeczywistości były zredukowane niemal do minimum, dlatego nie bardzo mogłam sobie wyobrazić otoczenie. Tam, gdzie żyje Simia, niemalże wszyscy rodzą się z mocą i indywidualnymi zdolnościami, które kształtują się w ciągu lat. Bardzo byłam ciekawa chociażby podstawowych rzeczy, czyli do jakiego wieku ujawnia się magia, jak można ją trenować, czy dane umiejętności zależą od osoby, czy są tylko dziełem przypadku – tymczasem te zagadnienia zostały pominięte milczeniem. Władanie magią ograniczało się właściwie do ciskania kulami mocy, które mogły rozwalać mury czy zabijać, choć wciąż nie mam pojęcia, jak się je tworzy. 

Dodatkowo niektóre wątki były zwyczajnie naiwne i naciągane. Szczególnie rozczarował mnie motyw miłosny, który oczywiście musiał się pojawić. Mimo że między bohaterami była wyczuwalna chemia, to jednak rozwój ich relacji zupełnie do mnie nie przemawiał. Tak się składa, że wybranek Simii zniknął z jej życia na kilka lat, a kiedy do niego wrócił, ta dość łatwo przeszła z tym do porządku dziennego. Niby stroiła jakieś fochy, ale chyba bardziej dla zasady. Skoro już przy tym jesteśmy – za cholerę nie polubiłam głównej bohaterki. Początkowo bardzo ją podziwiałam, bo nie miała łatwego dzieciństwa, tymczasem radziła sobie doskonale, jednak z czasem zaczęły mnie doprowadzać do szału jej wybuchy złości, które przypominały obrażanie się małego dziecka. Bywało, że miała pretensje do kogoś bez większej przyczyny. Teoretycznie to wynik nerwowej sytuacji, w której się znalazła, w praktyce nadało jej to bardzo irytującą, nieco egoistyczną osobowość.

Na szczęście podobał mi się wątek przewodni związany z Wybrańcem. Może nie należał do najbardziej oryginalnych, ale był po prostu ciekawy, zwłaszcza że Jedyny to zdecydowanie moja ulubiona postać z „Białej”. Pozostali bohaterowie też są wykreowani całkiem nieźle, choć niektórzy sztampowo (tak jest w przypadku strażnika Rosa). Zauważyłam trochę zgrzytów pod względem technicznym, ale nie przeszkodziły mi one w czytaniu. Dominika Olbrych ma naprawdę ładny, plastyczny styl, widać że pisanie przychodzi jej z łatwością. Dlatego żałuję, że nie zawarła w swojej powieści kilku istotnych elementów, choć liczę, że zmieni się to w następnych tomach.

Właściwie ta książka wzbudza we mnie bardzo mieszane uczucia. Zarzutów mam do niej sporo, a z drugiej strony zdarzały się sceny dynamiczne i wciągające, nieco „filmowe”, czyli takie, które na ekranie kinowym prezentowałyby się rewelacyjnie. Jeśli zachodziła taka potrzeba, autorka całkiem nieźle wprowadzała napięcie czy przyspieszała tempo akcji. Zakończenie nieco mnie zaskoczyło, bo nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji, a co za tym idzie, rozbudziła się moja ciekawość w związku z kontynuacją. Brakuje jednak kilku podstawowych rzeczy, nawet przybliżenia sylwetki Rejgasa, który niby jest głównym antagonistą, a po przeczytaniu tych grubo ponad 300 stron wiadomo o nim niewiele. Niedosyt jest zdecydowanie uczuciem, które we mnie przeważało, kiedy dotarłam do ostatniego akapitu.

Dominika Olbrych ma ogromny potencjał. Jak na debiut, „Biała” prezentuje się całkiem nieźle. Niestety nie wszystko „zagrało” w niej tak, jak powinno, przez co powieść nie była w stanie wytworzyć magicznej atmosfery, która byłaby wskazana ze względu na fabułę. Już nawet sama okładka ma w sobie więcej tak potrzebnej tajemniczości. Mimo wszystko jestem pełna nadziei, zarówno w stosunku do drugiej części (jeśli taka powstanie), jak i samej autorki.

6/10

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Oficynka.

Czytaj dalej

„Gałęziste” Artur Urbanowicz


Karolina, studentka psychologii, namawia swojego chłopaka Tomka na wycieczkę na Suwalszczyznę. Ma nadzieję, że kilka dni spędzonych razem w pięknej, odmiennej scenerii sprawi, że ich związek odżyje. Ekscytują ją spacery po lesie, jeziora, przeróżne zabytki. Tomek tymczasem nastawia się na nudę. Żadne z nich nie podejrzewa, że między drzewami czai się coś złowrogiego – coś, czego nigdy się nie spodziewali.

„Gałęziste” kusi od samego początku. Kusi okładką, opisem, zapowiedzią dreszczy na plecach i specyficznym klimatem Suwalszczyzny. Przyznam szczerze, że ten region jest mi kompletnie nieznany, nigdy tam nie byłam, a po przeczytaniu książki Artura Urbanowicza chyba dwa razy się zastanowię, zanim rzeczywiście tam pojadę.

Już sam początek zapowiada akcję, która będzie rodziła kolejne pytania. Pierwsze kilkadziesiąt stron dało mi złudne wrażenie, że wiem, co mogę zastać dalej. I wydawało się to całkiem banalne. Trzeba przyznać, że las to jedno z wielokrotnie przerobionych w horrorach i thrillerach miejsc akcji. Nie dziwi mnie to, bo jako osoba wychowana na wsi zdaję sobie sprawę, że lasy potrafią być zarówno urokliwe i przyjazne, ale też zwodnicze i przerażające. To sprawiło, że ze spokojem czytałam dalej, z zimną krwią przyjmując kolejne sygnały świadczące o tym, że dzieje się coś niedobrego. Wówczas dotarłam do punktu kulminacyjnego i odkryłam, że moje stalowe nerwy puszczają.

Muszę zaznaczyć, że w „Gałęzistym” natrafiłam na wiele dłużyzn. Doceniam wielowątkowość tej powieści – autor nie skupił się wyłącznie na tematyce paranormalnej, starał się prowadzić dialog z czytelnikiem na różnych płaszczyznach. Podobały mi się dyskusje na temat wiary (Karolina jest bardzo wierząca, Tomek to zatwardziały ateista) czy opisy poświęcone zakątkom, które zwiedzali bohaterowie. Czasem wpisywałam w googlach nazwy niektórych miejsc, żeby obejrzeć zdjęcia i lepiej wczuć się w akcję. Umieszczenie fabuły w rzeczywiście istniejących punktach dodało książce smaczku. Jednocześnie trochę się naczekałam, zanim wydarzenia zaczęły się bardziej dynamizować. Moją ciekawość podtrzymywały regularnie rozmieszczone wskazówki autora, które podsycały rosnący niepokój. Przez większość czasu byłam jednak dość sceptyczna i nie sądziłam, że później się to zmieni. Cóż... Dawno się tak nie pomyliłam.

Każdą, nawet najdrobniejszą niedogodność wynagrodziło mi to, co zaczęło się dziać na ostatnich dwustu stronach. Były sceny, które sprawiały, że bałam się rozglądać nawet po własnym pokoju, a trzeba powiedzieć, że przy czytaniu nie tak łatwo mnie przestraszyć. Wątki zaczęły się rozwiązywać w niesamowity, pełen grozy sposób. Nagle niczego nie mogłam być pewna, wszystko działo się szybko i powodowało, że mocniej zaciskałam palce na książce. Autor świetnie wykorzystał regionalne legendy i lokalną historię, wplatając je do fabuły tak umiejętnie, że klimat stał się niepowtarzalny. Mój początkowy dystans stopniał błyskawicznie, bo książka zaskakiwała mnie raz po raz, zwłaszcza że niektórzy bohaterowie okazali się kimś zupełnie innym, wcześniej nic nie wskazywało na ich prawdziwą tożsamość. A już samo zakończenie dosłownie wbiło mnie w fotel. Po raz kolejny ryzykowałam podejrzenie, że finał będzie bardzo prosty i oklepany – że po prostu wszystko skończy się szczęśliwie. Tymczasem niespodziewany zwrot akcji na ostatnich stronach zupełnie wytrącił mnie z równowagi.

Pod względem technicznym było naprawdę dobrze. Styl jest niezły, zdarzały się pewne zgrzyty, ale nie było w tym niczego, czego nie dałoby się poprawić. Bardzo przypadły mi do gustu dialogi, są w stu procentach naturalne, ani trochę wymuszone; m.in. dzięki nim tak łatwo poznać poszczególnych bohaterów. Skoro już o nich mowa: postacie są skonstruowane konsekwentnie i barwnie. Często wzbudzają ambiwalentne uczucia, bo jak prawdziwi ludzie z krwi i kości mają zarówno zalety, jak i wady. O dziwo jednak najbardziej znienawidzonym przeze mnie bohaterem był... Tomek. Jego zachowanie w stosunku do Karoliny sprawiało, że miałam ochotę go uderzyć. Na dodatek coś się zdecydowanie poprzestawiało w jego systemie wartości. Nawet najczarniejsze charaktery z tej książki nie wzbudzały we mnie tylu negatywnych uczuć.

„Gałęziste” to umiejętnie skonstruowana powieść, choć niepozbawiona słabszych punktów. Wykorzystuje znane z powieści grozy motywy, jednak wyznacza wśród nich własną, oryginalną ścieżkę. Nawet jeśli trochę się pomęczycie przed dotarciem do właściwej akcji, warto poczekać. Kolejne strony zafundowały mi mnóstwo emocji i niezłego stracha. Dla wielbicieli thrillerów paranormalnych będzie jak znalazł.

A, jeszcze jedno. Obyście nigdy nie spotkali Jaćwingów w niewłaściwym czasie :)

7/10

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję autorowi.

Czytaj dalej