„Prawdodziejka” Susan Dennard (PRZEDPREMIEROWO)


Dwudziestoletni Rozejm, który trzymał całą Czaroziemię w stanie względnego pokoju, powoli dobiega końca. Nad krainę nadciąga widmo kolejnej wojny. Safiya, czarodziejka o wyjątkowo rzadkim darze, który pozwala jej niemal zawsze odróżnić prawdę od kłamstwa, wydaje się całkiem bezpieczna. Niewielu wie o jej zdolnościach, a najważniejsze jest to, że ma przy sobie swoją więziosiostrę, Iseult. Obie trafiają jednak w sam środek międzypaństwowych konfliktów. Moc Safi staje się bardzo pożądana, przez co dziewczyna znajduje się na celowniku wielu wrogów. Iseult jest gotowa podążać za przyjaciółką i bronić jej, ale po drodze odkrywa, że magia, którą sama włada, jest dużo bardziej skomplikowana, niż przypuszczała.

O „Prawdodziejce”nie słyszałam, dopóki nie wpadła mi w ręce. I bardzo się z tego cieszę, bo teraz już wiem, że za nic nie chciałabym przegapić tak ciekawej premiery! Książka jest utrzymana w klimacie raczej młodzieżowego fantasy, ale fantasy oryginalnego, a przede wszystkim – wciągającego. Autorka przenosi czytelnika do wykreowanego przez siebie świata i sprawia, że Czaroziemia tętni życiem, nawet jeśli tylko na papierze.

Przez pierwsze kilkadziesiąt stron byłam dość skołowana. Już na samym początku pojawiło się sporo nowych określeń i sformułowań, przez co trudno było mi się we wszystkim rozeznać. Z czasem jednak to wrażenie ustąpiło i poruszanie się po rzeczywistości stworzonej przez Susan Dennard nie przynosiło mi już takiego kłopotu. Zawsze podziwiałam autorów, którzy niemal od podstaw budują świat przedstawiony, bo zdaję sobie sprawę, że wymaga to ogromnej pracy, zwłaszcza jeśli chce się osiągnąć efekt dopracowany i zgodny z zasadami logiki. Tutaj, przyznaję, zabrakło mi trochę rozwinięcia niektórych wątków; bardzo mnie zainteresowały różne dziedziny magii, które przewijają się na tle całej fabuły, ale opis niektórych zdecydowanie mnie nie usatysfakcjonował. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej chociażby o jadodziejach (spolszczone nazwy są dość kulawe, jednak da się przyzwyczaić). Wiem, że różni czarodzieje mogą łączyć się w więziorodziny, a pary zespalają się za pomocą sercowięzi, jednak wciąż nie mam pojęcia, jak to się właściwie dzieje. Liczę na to, że w kolejnym tomie znajdę odpowiedzi na swoje pytania, bo autorka ma naprawdę sporo fajnych, intrygujących pomysłów, które grzech by było zmarnować.

Fabuła w głównej mierze koncentruje się na uciekającej przed wrogami Safiyi i towarzyszącej jej Iseult, choć postaci oczywiście pojawia się znacznie więcej. Bardzo zgrabna trzecioosobowa narracja pozwoliła na szeroko zakrojone śledzenie akcji, dzięki czemu czytelnik był na bieżąco ze wszystkim: wiedziałam, gdzie planują się ukryć dziewczyny i ich towarzysze, ale znałam też plany czarnych charakterów, którzy nie ustawali w pościgu za prawdodziejką. Język, którym posługuje się pisarka, jest wyjątkowo plastyczny, wręcz filmowy; tak łatwo wyobrażałam sobie poszczególne sceny, że było to niemal bliskie oglądaniu barwnego filmu. Akcja rozwija się w odpowiednim tempie i prowadzi do naprawdę świetnego punktu kulminacyjnego, który dostarczył mi wielu emocji, że nie wspomnę o zakończeniu, przez które dosłownie pożądam drugiego tomu, teraz, już.

Zdecydowanie miłym zaskoczeniem jest fakt, że nie denerwowały mnie główne bohaterki! Prawdę powiedziawszy zarówno Safiya, jak i Iseult zostały naprawdę dobrze wykreowane. Są kompletnie od siebie różne, a jednak wzajemnie się dopełniają, tworząc niesamowity duet. Ta pierwsza irytowała mnie na początku swoim zbyt gwałtownym temperamentem, ale z czasem obie polubiłam niemal tak samo. Żałuję tylko, że nie poszerzono bardziej wątku rodziny Iseult i jej pochodzenia, które spotykało się z odrzuceniem w niemal każdym zakątku Czaroziemia. Chciałabym wiedzieć, czemu właściwie Nomatsowie spotykają się z taką odrazą i nieufnością ze strony społeczeństwa. Tak czy siak, bohaterów w „Prawdodziejce”poznawałam z prawdziwą przyjemnością, szczególnie jeśli chodzi o księcia Merika oraz krwiodzieja Aeduana, który jest naczelnym czarnym charakterem, a ostatecznie okazuje się jedną z najbardziej skomplikowanych postaci.

Nikogo nie powinno dziwić, że pojawił się wątek miłosny, ja sama na niego czekałam. Autorka nie pozwoliła jednak, by romans przyćmił resztę fabuły, w zasadzie ten motyw jest tak delikatnie i umiejętnie wpleciony, że wątpię, by przeszkadzał nawet przeciwnikom serduszek i amorków. Mnie osobiście ten wątek porywał tak samo, jak i pozostałe, więc cieszę się, że mimo wszystko się pojawił, choć było go w gruncie rzeczy niewiele.

„Prawdodziejka” stanowi świetne otwarcie nowego, magicznego cyklu. Oczywiście są pewne braki fabularne, które przy dobrym wietrze (pozdrawiam wszystkich wiatrodziejów!) zostaną uzupełnione w kolejnych tomach, na co liczę. Mimo wszystko to fantastycznie dobra, dynamiczna powieść, nie żałuję ani jednej minuty, którą przy niej spędziłam.

8,5/10
Czytaj dalej

Be Room Cliff TAG

Baaardzo dawno temu zostałam nominowana do tagu Be Room Cliff przez autorkę bloga, który niestety już nie istnieje. Mimo to postanowiłam go wykonać, dlatego zapraszam :)

źródło: pexels.com
Czytaj dalej

„Urodzeni, by przegrać” - WYNIKI KONKURSU

Hej! Nadszedł czas na wyniki rozdania, które zorganizowałam przy wsparciu wydawnictwa Zysk i S-ka. Bardzo dziękuję za zainteresowanie pierwszym na moim blogu konkursem :) Nie przedłużając, przejdźmy do rzeczy.
Czytaj dalej

Jeszcze jeden odcinek: „Faking It”

Wiadomo, że szkolne życie rządzi się swoimi prawami. Szczególnie liceum, gdzie buzują hormony i czasem rozgrywa się zażarta walka o popularność. Nastolatki potrafią zrobić naprawdę wiele rzeczy, żeby było o nich głośno, a w oczach kolegów pojawił się podziw. Czemu więc nie zastosować małego oszustwa? Czemu nie przekonać najlepszej przyjaciółki, że jeżeli obie będziecie udawały zakochane w sobie lesbijki, to szybko zyskacie szkolną sławę?
Czytaj dalej

Papierowe kino: „Złodziejka książek”


Tytuł „Złodziejka książek” wywołał spore zamieszanie wśród czytelników i widzów. Nawet niespecjalnie szukając informacji na ten temat, co jakiś czas natykałam się na opinie dotyczące powieści Markusa Zusaka. Normalnym jest, że chciałam przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie, zwłaszcza że historie z II wojną światową w tle interesują mnie od lat. Przeczytałam, obejrzałam film… I co dalej?

Mówiąc w bardzo wielkim skrócie, tytułową „Złodziejką książek” jest nastoletnia Liesel Meminger, która mieszka z przybranymi rodzicami. Dziewczynce nie przypadło w udziale łatwe dzieciństwo, bo niemalże na jej oczach wybucha wojna, której skutki są boleśnie odczuwalne każdego dnia. Ale Liesel ma w sobie ogień, którego nie są w stanie ugasić bombardowania czy doktryna brutalnie narzucona przez Hitlera. Ten ogień to głód wiedzy, czytania, to ogromna wyobraźnia, którą dziewczynka rozwija z przeczytaniem każdej kolejnej książki… Przenoszonej zwykle ukradkiem pod ubraniem. Książki nie są zresztą jedyną tajemnicą Liesel.

Kiedy wokół jakiejś książki robi się niesamowity szum, zwykle mu nie ulegam, efekt jest w zasadzie odwrotny: czekam, aż ten cały boom nieco przycichnie. Siłą rzeczy moje oczekiwania wobec takiej pozycji wzrastają, bo skoro tyle osób o tym mówi, musi być w niej coś wyjątkowego. W przypadku „Złodziejki książek” te oczekiwania zostały spełnione z nawiązką. Ledwo zaczęłam czytać, a już czekało mnie zaskoczenie w postaci narracji, która jest dość nietypowa. Okazuje się, że to sama Śmierć jest narratorem tej historii, to ona przedstawia wydarzenia i nie stroni od własnych komentarzy. Początkowo nie byłam do tego pomysłu przekonana, choć przyznałam, że był oryginalny; z czasem zrozumiałam, że to jeden z dużych plusów tej książki. Innymi są piękny język, główna bohaterka, do której poczułam ogromną sympatię i niezwykłe ukazanie oblicza wojny. Trochę tytułów w podobnej tematyce już czytałam, a i tak sceny zawarte w „Złodziejce książek” niejednokrotnie zrobiły na mnie duże wrażenie. Markus Zusak stworzył okrutne, ale zarazem piękne obrazy, które na długo zostaną mi w pamięci. W takiej powieści nie mogło zabraknąć wątku żydowskiego i ten opisany tutaj wyjątkowo ujął mnie za serce. Tak zresztą mogłabym podsumować całą książkę – złapała moją wrażliwą stronę i nie chciała puścić.

Po przeczytaniu musiałam koniecznie zobaczyć ekranizację. I tutaj niestety nie spodobały mi się dwie, dość istotne rzeczy. Pierwszą z nich jest wręcz idiotyczny zabieg dotyczący języka, którym posługują się bohaterowie w filmie. Akcja książki dzieje się w Niemczech, co zostało przeniesione na ekran, mimo to… Aktorzy mówią po angielsku. Co najlepsze, część obsady jest pochodzenia niemieckiego, więc wydało mi się to dziwne. Jakoś bym to jeszcze przeżyła, gdyby nie fakt, że postacie mówią z wyraźnym niemieckim akcentem, czyli niby po angielsku, ale z twardą wymową charakterystyczną dla języka niemieckiego. Nie potrafię tego lepiej wytłumaczyć. Mało tego, wtrącane były niemieckie słówka, a przemówienie jednego z faszystów było w całości po niemiecku. Ja się pytam: wtf? Druga sprawa to wygląd bohaterów. Przybrani rodzice głównej bohaterki nie byli zbyt majętni, a kiedy przyszła wojna, wiele dzieciaków na ulicy niemal przymierało głodem. Tymczasem Liesel wygląda na dobrze odżywioną, jest zawsze czysta i ma idealnie zakręcone loki. Niezbyt to było przekonujące… Mimo wszystko film mi się podobał, nawet bardzo. Odstępstwa od książkowego pierwowzoru mi nie przeszkadzały, w końcu to nigdy nie jest tak, że ekranizacja kropka w kropkę przedstawia opisane sceny. Muzyka była piękna, a i aktorstwo oceniam naprawdę wysoko. Tutaj w szczególności muszę pochwalić Geoffreya Rusha i Emily Watson, którzy zagrali Hubermannów (przybranych rodziców Liesel), a także Bena Schnetzera, który wywoływał we mnie same ciepłe uczucia. No i odtwórczyni tytułowej bohaterki, młodziutka Sophie Nélisse, również pokazała się od naprawdę dobrej strony.

„Złodziejka książek” warta jest uwagi – zarówno w wersji książkowej, jak i filmowej. Twórcy ekranizacji kilka rzeczy zepsuli, ale na szczęście nie odarli tej historii z wyjątkowości. Jeśli jeszcze nie czytaliście/nie oglądaliście, pora nadrobić zaległości.

***

Jak możecie się domyślić, „Papierowe kino” to nowy cykl, w którym dzielę się z wami wrażeniami z książki i jej ekranizacji. Często zdarza mi się, że od razu po przeczytaniu jakiejś powieści dążę do obejrzenia filmu/serialu na jej podstawie – choć czasem bywa, że robię to w odwrotnej kolejności. Stwierdziłam, że w przypadku niektórych tytułów fajnie to będzie połączyć w jedną recenzję. Dajcie znać, co myślicie o takim cyklu :)
Czytaj dalej

„Urodzeni, by przegrać” Iga Wiśniewska (PRZEDPREMIEROWO) + KONKURS


Czy można być skazanym na porażkę? Tak z pewnością wydaje się Karolowi i Dianie. Na obojgu ciąży widmo tragicznych wydarzeń, które co jakiś czas dają o sobie znać. Kiedy przed laty ich związek dobiegł końca, nie przypuszczali, że jeszcze się kiedyś spotkają. A jednak wpadają na siebie… I wygląda na to, że nawet trudna przeszłość nie potrafi wymazać tego, co ich kiedyś łączyło. Problem w tym, że wiele się zmieniło, odkąd oboje byli tylko dzieciakami mieszkającymi w jednym mieście.
Czytaj dalej