„Być jak Audrey Hepburn” Mitchell Kriegman (PREMIERA)


Każdy czegoś pragnie. Każdy ma też swojego idola, którego chce naśladować. Dla Lisbeth prawdziwym autorytetem jest Audrey Hepburn, aktorka i modelka. Dziewczyna raz po raz ogląda filmy z jej udziałem, marząc, by mieć w sobie tyle wdzięku, ile Audrey w swojej najbardziej charakterystycznej roli w „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Nic dziwnego, że kiedy Lisbeth może dotknąć słynnej małej czarnej, którą miała na sobie jej idolka, pod wpływem chwili decyduje się ją przymierzyć. Przeglądając się w lustrze nie wie jeszcze, że ta jedna sukienka diametralnie zmieni jej życie, a ona sama wkroczy do świata sławy i przepychu.

„Być jak Audrey Hepburn” na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo schematyczną powieścią. Główna bohaterka ma 19 lat, jest niewyróżniającą się dziewczyną pochodzącą z niespecjalnie zamożnej rodziny. Zupełnie przypadkiem dostaje od losu wyjątkową szansę, z której oczywiście korzysta, mimo ryzyka przykrych konsekwencji. Dodajmy do tego fakt, że Lisbeth ma przyjaciółkę lesbijkę i w którymś momencie zaczyna się nią interesować typowy przystojniak, do którego wzdychają tłumy kobiet. Jak widać, schemat goni tutaj schemat, ale – podkreślam: ALE – nie mogę nic poradzić na to, że książka niesamowicie mnie wciągnęła i zwyczajnie skradła moje serce.

Jednym z kluczowych elementów, który przemawia na korzyść tej powieści, jest na pewno styl autora. Tak, autora, bo mimo wszystko nieco mnie zdziwiło, że to mężczyzna napisał tę książkę. W każdym razie język, którym się posługuje Mitchell Kriegman, mogę podsumować krótko: łatwy, prosty i przyjemny. Pisarz świetnie oddaje uczucia, bardzo sprawnie opisuje tło wydarzeń, którym jest przede wszystkim ogólnie pojęty show-biznes, a do tego starannie kreuje swoich bohaterów, przez co są bardzo wyraziści i prawdziwi. W fabule nie brakuje miejsca na delikatny humor, co sprawiało, że czytanie było jeszcze przyjemniejsze. „Być jak Audrey Hepburn” nie ma w sobie jakiejś niesamowitej głębi, ale tak mi umiliła wolny czas, że kiedyś pewnie do niej wrócę.

Z ogromną ciekawością śledziłam, jak Lisbeth, młoda kobieta z wielkimi marzeniami tworzy sobie nową tożsamość, żeby móc te marzenia spełniać. Odtąd jej wolny dzień to nie zamykanie się w szafie, by nie słyszeć krzyków pijanej matki – zamiast tego staje się honorowym gościem na imprezach, gdzie gwiazdy muzyki i kina spokojnie popijają drinki. Oczywiście spora część fabuły jest naprawdę naciągana. Bohaterka zakłada bloga modowego, który tak błyskawicznie zyskuje popularność, że już po kilkunastu dniach nazwisko Lisbeth jest rozpoznawalne, a firmy odzieżowe wpychają jej próbki swoich produktów. Trochę to nierealne. Poza tym Lisbeth nieco zbyt łatwo przyszło wejście się do nowego, zupełnie obcego świata. Niektóre sceny są przewidywalne i dość naiwne, ale wpasowały się w konwencję całej książki, więc nie raziło mnie to specjalnie.

Istotne jest, że autor nie poświęca całej uwagi wyłącznie głównemu wątkowi. Pomijając diametralną przemianę Lisbeth, warto się chociażby pochylić nad kłopotami rodzinnymi bohaterki, bo matka alkoholiczka to nie jedyny problem. Ponadto Mitchell Kriegman uwypuklił konsekwencje rozpoznawalności, która naprawdę potrafi dać się we znaki, świetnym motywem jest także przeszłość babci Lisbeth, czyli coś, co wychodzi na jaw pod koniec książki, wprawiając czytelnika w duże zdziwienie (tak przynajmniej było u mnie). Trochę się bałam, że autor skieruje większość fleszy na samą Lisbeth, na jej rozterki miłosne czy samą „karierę”, że tak to nazwę z braku lepszego słowa, na szczęście nie zapomniał o wątkach pobocznych i sukcesywnie je rozwijał, dzięki czemu fabuła stawała się bogatsza i bardziej spójna.

Jak pisałam wyżej, postacie są wykreowane naprawdę dobrze. Samą Lisbeth polubiłam od razu, co mi się nieczęsto zdarza w przypadku głównych bohaterek – oczywiście pomijając to, co wyprawiała w sferze damsko-męskiej, bo za to chętnie bym nią potrząsnęła, najlepiej kilka razy. Świetną postacią jest również jej babcia, zwana Bunią, a także przyjaciółka Jess, która marzy o karierze projektantki. Długo można by wymieniać, bo niektórych bohaterów pokochałam, innych zdecydowanie mniej (Dahlia… jak ja nie znoszę tej kobiety), ale wszyscy bez wyjątku zostali opisani konsekwentnie i barwnie, zwłaszcza że niektóre osobowości są szczególnie mocne i wyróżniają się na tle innych. W tej warstwie absolutnie nie mam zastrzeżeń, ogólnie mówiąc świat przedstawiony został zarysowany bardzo zgrabnie.

Wspominałam już, że zakończenie miało pewien element zaskoczenia, a nawet dwa, czego nie chcę zdradzać. Reszta była do przewidzenia… Poza pewnym faktem. Nie spodziewałam się, że autor nie doprowadzi do końca wszystkich wątków. Zwykle lubię takie „otwarte furtki” w zakończeniu, ale w tym wypadku poczułam niedosyt. Nie wiem, co dalej z blogiem Lisbeth, co z pewnym panem, co z piosenkarką Tabithą… I było mi źle, że tego nie wiem. Podobnie jak nie mam pojęcia, skąd u głównej bohaterki nazwisko Wachowicz (!). Niby pojawiło się pewne uzasadnienie, jednak moim zdaniem to i tak nie tłumaczy jego pochodzenia. Trochę mnie to rozczarowało.

„Być jak Audrey Hepburn” poniekąd sprawiło, że… sama zapragnęłam nią być. Powieść jest napisana ładnym, przyjemnym w odbiorze językiem, bohaterowie budzą skrajne emocje, a i sama historia obfituje w różne zwroty akcji. Cieszę się, że do mnie trafiła, bo nieco mi rozjaśniła ponure jesienne dni.

7,5/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

Udostępnij ten post

16 komentarzy :

  1. Widziałam dziś tę książkę na nieprzeczytane i początkowo po okładce myślałam, że to jest biografia. Kobieta na niej jest bardzo podobna do Audrey Hepburn. Samą postacią tej aktorki nigdy się nie interesowałam, jednakże po tym co napisałaś będę musiała się zastanowić czy po nią sięgnąć, bo myślę, że będzie ciekawa :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że ja też nigdy specjalnie się nie interesowałam Hepburn, znam ją po prostu "z widzenia", ale to nie przeszkadza w odbiorze książki. Wręcz przeciwnie - teraz sama mam ochotę na filmy z Audrey :D

      Usuń
  2. Uwielbiam Audrey, jednak nie z jakąś przesadą; uważam, że była świetną aktorką, jej styl bycia przeszedł już do legendy, a cytaty mam wyryte na pamięć w głowie ;). Książka na pewno bardzo zachęcająca, będę mieć ją na uwadze ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei po tej książce muszę bardziej się pochylić nad Audrey :)

      Usuń
  3. Czytałam właśnie Twój komentarz u mnie - i faktycznie teraz śledząc Twoją recenzję, mam te same odczucia: tak jakbym czytała swoje przemyślenia napisane przez kogoś innego. Haha, widocznie mamy bardzo podobny gust. :D Ale generalnie książka jest po prostu barwna, nawet nieco urocza i zwyczajnie wciąga. :D
    Pozdrawiam,
    Ania.

    http://chaosmysli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na to wygląda, że nasz gust jest podobny :D Chociaż zauważyłam to już jakiś czas temu, bo często recenzujesz książki, które mnie interesują, a do tego zwracasz uwagę na rzeczy, które i ja bym wskazała. Fajnie to potem porównać :D

      Usuń
  4. Zaciekawiła mnie ta książka, może i brzmi trochę schematycznie, ale w tym przypadku nie miałabym nic przeciwko. Chętnie poznałabym świat, w którym przyszło żyć głównej bohaterce. Chociaż mnie też pewnie zdenerwowałyby niezakończone wątki. Na ogół nie mam nic przeciwko otwartym zakończeniom, ale niektóre sprawy po prostu muszą być wyjaśnione. Może kiedyś uda mi się przeczytać :)
    Pozdrawiam,
    BOOK MOORNING

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony te niezamknięte wątki można sobie rozwinąć w wyobraźni, co jest całkiem fajne, ale w tym przypadku trochę było mi przykro, że autor tak to zostawił. Mimo wszystko książkę bardzo polecam :D

      Usuń
  5. Wczoraj skończyłam czytać książkę o tym, jak powstawało "Śniadanie u Tiffaniego", co od razu natchnęło mnie do obejrzenia filmu, a teraz zajrzałam na Twojego bloga i co widzę - recenzja książki, która w pewnym sensie też jest o Audrey! A po przeczytaniu recenzji mam od razu ochotę sięgnąć po tę książkę.

    Rzadko się zdarza, żeby główna bohaterka nie irytowała mnie swoim zachowaniem. Naprawdę, nie wiem, co jest nie tak z tymi głównymi postaciami, ale to bardzo częste zjawisko. Już nie wspominając o tym, że denerwują mnie również główne bohaterki opowiadań, które sama piszę ;p

    Czasami miło jest poczytać jakąś nie do końca wymagającą czy przełomową książkę, a poza tym zazwyczaj zwracam dużą uwagę na styl pisania. Jeśli styl jest dobry, to nawet książkę z marną fabułą przyjemnie się czyta. A tak swoją drogą, jak teraz o tym myślę, to może główna bohaterka nie jest denerwująca właśnie dlatego, że autorem jest mężczyzna, a nie kobieta?

    Pozdrawiam
    j-majkowska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie coś w tym jest, może faktycznie mężczyzna potrafi wykreować bohaterkę tak, by nie miała różnych irytujących manier :) Audrey Hepburn jest tak jakby dobrym duszkiem tej książki, Lisbeth bardzo się na niej wzoruje i często o niej myśli, więc ten motyw cały czas gdzieś się przewija. Powieść jest naprawdę warta uwagi, zarówno pod względem stylu, jak i fabuły :)

      Usuń
  6. Książka zapowiada się ciekawie. Może kiedyś będę się za nią rozglądać; bo obecnie bardzo dużo książek woła, aby je przeczytać - a tu niestety czasu brak (dużo pracy, dojazdy), ani dla nich... a tym bardziej dla bloga, pisania recenzji.
    Ale planuję wrócić do blogowania - "rozciągnąć dobę", czy coś podobnego (może się uda ;)), bo bardzo, bardzo, bardzo mi tego brakuje...
    Pozdrawiam cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książkę oczywiście polecam :)
      W takim razie trzymam kciuki za Twój powrót! Stęskniłam się już za Twoimi recenzjami :)

      Usuń
  7. Bardzo mi się podobała, czułam się troszkę jakbym oglądała swój ukochany serial „PLOTKARA" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja! Też bardzo lubię ten serial :D

      Usuń
  8. Szczerze mówiąc to nigdy za bardzo nie interesowałam się A.Hepburn. Twoja opinia o tej lekturze jednak mnie zaciekawiła i zachęciła do sięgnięcia po nią. Myślę, że mogłaby mnie zainteresować.

    Pozdrawiam :)
    Books & Candles

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się nią nie interesowałam, ale książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie :)

      Usuń