Seriale: co obejrzeć, a czego lepiej unikać – lipiec 2019

Stranger Things, sezon 3, Netflix, serial, Big Little Lies, Wielkie kłamstewka, HBO, sezon 2, recenzja, seriale, najlepsze seriale, najgorsze seriale, lipiec 2019


W lipcu nie udało mi się obejrzeć zbyt wiele – ostatnio raczej tonę, jeśli chodzi o liczbę odcinków do nadrobienia. Co wcale nie znaczy, że potrafię sobie odmówić rewatchu „Friends”, nie.


Good Omens, Dobry omen, Neil Gaiman, Terry Pratchett, serial, adaptacja, Amazon Prime Video, David Tennant, Crowley, Michael Sheen, Azirafal, recenzja, najlepsze seriale, najgorsze seriale, lipiec 2019

„Good Omens” / „Dobry omen” (Amazon Prime Video)

Tym serialem nieco wyłamiemy się poza schemat wpisów serialowych na blogu, ponieważ zwykle wspominam o produkcjach, które miały premierę bądź finał w danym miesiącu. Tymczasem „Good Omens” wyszło 31 maja, ale ja dopiero w ostatnich dniach miałam okazję obejrzeć to w całości. I stwierdziłam, że warto napisać o tym kilka słów.

Od razu zaznaczam, że nie znam pierwowzoru książkowego, który napisali wspólnie Terry Pratchett i Neil Gaiman. Wiem, nieładnie tak sięgać po adaptację, kiedy nie przeczytało się książki, ale ponieważ przyciągnęła mnie tematyka, nie mogłam oprzeć się pokusie.

Zbliża się koniec świata. Kwestią czasu jest, aż Antychryst odkryje swoje prawdziwe powołanie i zacznie siać spustoszenie. Anioł Azirafal i demon Crowley chcą powstrzymać apokalipsę. Problem w tym, że Antychryst jest zaledwie 11-letnim, uroczym chłopcem, a po drodze pojawia się wiele komplikacji, które mogą jedynie zwiększyć skalę zagłady.

Ciekawe doświadczenie z tym serialem, bo chociaż nie istnieje w nim nic, czego mogłabym się czepić i powiedzieć, że mi się nie podobało… to jednak nie jestem zachwycona. To rozrywka na wysokim poziomie, świetnie zrealizowana pod kątem technicznym, no i sam motyw przewodni to coś, co natychmiast zwróciło moją uwagę. Crowley i Azirafal są odgrywani przez Davida Tennanta i Michaela Sheena; muszę powiedzieć, że to jeden z najfajniejszych duetów w telewizji. Cała obsada zresztą spisała się znakomicie (miło było zobaczyć przepiękną Adrię Arjonę w roli o większej charyzmie, niż pozwalało jej na to kiepskie „Emerald City”), a humor i groteska wprost wylewały się z ekranu, co zwiększało przyjemność z oglądania.

A jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Czegoś, co sprawiłoby, że nie mogłabym oderwać się od ekranu. Obejrzałam to bez żadnego przymusu, byłam zadowolona z zakończenia, a jednak nie włączałam kolejnego odcinka z ekscytacją na myśl, co jeszcze może się wydarzyć. Nie planuję też do tego serialu wracać. Na czym polega ten fenomen, nie mam zielonego pojęcia.

Produkcja dostępna oczywiście na platformie Amazon Prime Video.


The Last Czars, Ostatni carowie, Netflix, serial, recenzja, najlepsze seriale, najgorsze seriale, lipiec 2019

„The Last Czars” / „Ostatni carowie” (Netflix)

Pamiętam, że za dzieciaka oglądałam bajkę o księżniczce Anastazji Romanowej i bardzo ją zresztą lubiłam. Nie miałam wówczas pojęcia, jak tragiczna historia kryje się za animowaną produkcją – i w sumie moja wiedza nie była o wiele większa, gdy siadałam do oglądania „The Last Czars”. Mając raptem szczątkowe informacje na temat schyłku dynastii Romanowów, szybko wciągnęłam się w przedstawianą historię. Tyle że do sposobu jej podania mam wiele zastrzeżeń.

Ten serial Netflixa ma dość nietypową konstrukcję, ponieważ w połowie jest dokumentem, a w połowie produkcją fabularyzowaną. Mamy zatem aktorskie wstawki, które przerywane są komentarzami historyków i innych ekspertów. Całość jest dodatkowo wzbogacona archiwalnymi zdjęciami i nagraniami. W teorii brzmi nieźle, w praktyce nie zawsze udawało się połączyć te dwa gatunki. Szkopuł tkwi w tym, że sceny odgrywane pozostawiały sporo do życzenia pod kątem aktorskim. Szczególnie nie przypadł mi do gustu odtwórca roli cara Mikołaja II, czyli Robert Jack, który przez 90% czasu ekranowego zachowywał dokładnie tę samą minę.

Nie spodobał mi się też fakt, że twórcy postanowili urozmaicić serial dodatkowym wątkiem, opowiadającym o oszustce podającej się za Anastazję Romanową. Świat usłyszał o kilku kobietach, które próbowały udowodnić, że są najmłodszą księżniczką z rodu i cudem przetrwały masakrę, jaka spadła na całą rodzinę cara. Tymczasem zostało potwierdzone, że Anastazja, wraz z rodzeństwem i rodzicami, została zamordowana. Wiemy zatem z góry, że kobieta w szpitalu psychiatrycznym udaje, mimo to twórcy chyba chcieli na siłę zbudować napięcie, przedstawiając ten motyw tak, jakby rzeczywiście istniała szansa, że odnaleziono najmłodszą córkę Mikołaja i Aleksandry. Nie wiem po prostu, czy tak barwną i tragiczną historię trzeba było jeszcze bardziej koloryzować.

Jeśli chcecie poczytać coś więcej na temat tej produkcji, to na Serialomaniak.pl pojawiła się moja recenzja.


Big Little Lies, Wielkie kłamstewka, sezon 2, serial, książka, adaptacja, HBO, Nicole Kidman, Celeste, Meryl Streep, Mary Louise, recenzja, najlepsze seriale, najgorsze seriale, lipiec 2019

„Big Little Lies” / „Wielkie kłamstewka”, sezon drugi (HBO)

Byłam przeciwna powstawaniu kontynuacji tego serialu. Nie rozumiałam, po jakie licho ciągnąć coś, co miało tak znakomite zakończenie, co stanowi tak zamkniętą, dopracowaną całość. Ale ponieważ genialna obsada i przywiązanie robią swoje, nie mogłabym przepuścić drugiego sezonu. I, cholera, bardzo dobrze, że tego nie zrobiłam, bo wiele bym straciła.

W nowych odcinkach Celeste, Madeline, Renata, Jane i Bonnie zmagają się z konsekwencjami tego, co wydarzyło się tamtej felernej nocy na imprezie. Oczywiście największe piętno odcisnęło się na Bonnie, która wykonała przecież ostateczny ruch. Ponadto każda z kobiet musi się mierzyć z indywidualnymi problemami. Do Celeste wprowadza się matka Perry’ego, Mary Louise (odgrywana przez zachwycającą Meryl Streep), która namiesza w życiu jej i bliźniaków, Madeline stawia czoła temu, co zrobiła, Renata staje przed obliczem bankructwa, zaś Jane poznaje fajnego faceta, tyle że przeszłość nie pozwala jej na rozpoczęcie normalnej, zdrowej relacji. No i Bonnie – Bonnie pogrążona w głębokiej depresji, Bonnie i jej trudne relacje z matką, które zostały ujawnione właśnie w drugiej serii.

Każdy odcinek to pokaz umiejętności aktorskich, fenomenalnych zdjęć i cudownej muzyki. I chociaż w tym sezonie nie ma tyle napięcia co w pierwszym, to jednak emocje wciąż sięgają zenitu. Niekwestionowanymi królowymi najnowszych odcinków są wspomniana już Meryl Streep oraz Nicole Kidman wcielająca się w Celeste. Obie panie stworzyły tak elektryzujący duet na ekranie, że nawet gdyby wycięto pozostałe wątki i poświęcono cały ponad 40-minutowy odcinek wyłącznie ich relacji, to nie mogłabym się oderwać. Nie oznacza to wcale, że reszta fabuły kuleje, absolutnie nie. Za sukcesem „Big Little Lies” stoi przede wszystkim to, że temu serialowi się wierzy. Bohaterowie są nam w jakiś sposób bliscy i zachowują się naturalnie, a tarapaty, w jakie wpadają, dotykają nas i nie pozwalają przejść obojętnie. Wierzymy im, wierzymy w to, co się dzieje, wierzymy w cały świat przedstawiony – a to tworzy właściwie produkt doskonały.
Serial dostępny na platformie HBO GO.


Stranger Things, sezon 3, Netflix, recenzja, serial, najlepsze seriale, najgorsze seriale, lipiec 2019

„Stranger Things”, sezon trzeci (Netflix)

Ostatnio w recenzji książki osadzonej w uniwersum tego serialu wspominałam, że nie należę do zagorzałych fanów „Stranger Things”. Od samego początku bardzo tę produkcję lubię, świetnie się przy niej bawię i doceniam ją za niemal każdy aspekt realizacyjno-fabularny. Jednak dopiero trzeci sezon pochłonął mnie do tego stopnia, że poczułam fangirling.

Tym razem do Hawkins wkraczają Rosjanie. Bohaterowie zupełnie przypadkiem (choć trudno w to uwierzyć) natrafiają na ślad spisku, który może zagrozić życiu wielu osób. Tymczasem związek Mike’a i Jedenastki kwitnie – ku przerażeniu Hoppera – Steve zasuwa przy sprzedaży lodów, a Nancy i Jonathan załapali wakacyjną pracę, choć w przypadku Nancy to bardziej obóz z programem nastawionym na szykanowanie. I podczas gdy paczka przyjaciół od rowerów nie może uwierzyć, że Dustin jakimś cudem znalazł sobie dziewczynę, Billy, brat Max, zaczyna zachowywać się dość dziwnie.

Wpadłam jak śliwka w kompot. Oczarowały mnie te wszystkie stroje i muzyka (scena z zakupami w centrum handlowym jest rewelacyjna!), fabuła wciągnęła bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a subtelny humor i dobrze wyważony dramatyzm sprawiły, że nie nudziłam się od początku do końca. Trzeci sezon „Stranger Things” nie jest z pewnością pozbawiony wad; niektóre wątki wydawały się prowadzone nieco na siłę (szczerze mówiąc nie dostrzegłam u Mike’a i Jedenastki tej samej chemii, co wcześniej, jeszcze zanim byli oficjalnie parą), wkradła się też jakaś przewidywalność i powtarzalność, ale to wciąż widowisko na najwyższym poziomie.


Queer Eye, Porady Różowej Brygady, sezon 4, Netflix, recenzja, najlepsze seriale, najgorsze seriale, lipiec 2019

„Queer Eye” / „Porady Różowej Brygady”, sezon czwarty (Netflix)

Nigdy tu nie wspominałam o tym programie – bo to właśnie program, a nie serial, ale pozwólcie, że zrobimy drobne odstępstwo – jako że odkryłam go stosunkowo niedawno. Coś tam słyszałam, gdzieś tam widziałam jakiś fragment zwiastuna, ale generalnie nie widziałam w tym nic ciekawego. Aż tu nagle trafił mi się babski wieczór, który zakończył się maratonem „Queer Eye”. I zakochałam się od pierwszego (no dobra, drugiego) wejrzenia.

Formuła programu jest na pozór prosta. Wszystko polega na tym, że nominuje Cię ktoś znajomy i nagle wpada pięciu gejów na chatę, którzy robią Ci totalną metamorfozę. W praktyce jednak Karamo, Bobby, Tan, Antoni i Jonathan dokonują odnowy nie tylko uczestnika, ale i widza. Przy oglądaniu „Queer Eye” nie sposób się nie wzruszyć – do programu wybierane są osoby z niezwykle ciekawymi, a często też tragicznymi historiami. Osoby, które z różnych powodów nie radzą sobie w życiu tak, jakby tego chciały. Czasem to wręcz niesamowite, że niedbale dobierane ciuchy mogą być np. oznaką, że ktoś jest pogrążony w stanie głębokiej melancholii i potrzebuje, by jakoś się z tego wydostać.

Każdy z chłopaków odpowiada za coś innego. Karamo to taki grupowy psycholog, który jest zdolny trafić w samo serce, Bobby projektuje takie wnętrza, że człowiekowi opada szczęka, Tan to specjalista od mody, Antoni gotuje jak mało kto, z kolei Jonathan zajmuje się fryzurą i pielęgnacją. Być może brzmi to trywialnie i głupkowato, ale ten program niesie tak pozytywny przekaz, że polecam go absolutnie wszystkim. Wiele można się tutaj nauczyć, wiele można się pośmiać, jednak przede wszystkim popłakać, bo chyba nawet najbardziej twardzi widzowie nie usiedzą w spokoju, widząc, ile dobra i ciepła bije od ekranu. Jak dobrze, że piąty sezon został już zamówiony – bo zaczęłam tęsknić za chłopakami w chwili, gdy dotarłam do finałowego odcinka serii czwartej.



Widzieliście któryś ze wspomnianych przeze mnie tytułów? Jakie macie o nich zdanie? A może pominęłam w lipcu coś ciekawego? Dajcie znać (nie widać już końca mojej listy oglądania, ale co mi tam).

6 komentarzy:

  1. Ostatnio mam spore zaległości w serialach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mam spore zaległości serialowe, ale staram się je nadrabiać jak mogę, choć stale wyszukuję sobie nowe produkcje, które chciałabym zacząć (ach, mój odwieczny problem!) ;)
    Ja nie byłam usatysfakcjonowana nowym sezonem ''Stranger Things'' i ''Big Little Lies'' - to rzeczywiście rozrywka na wysokim poziomie z świetną obsadą, ale mam wrażenie, że fabularnie było zdecydowanie gorzej niż w poprzednich seriach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tyle wspaniałych seriali, a ja przy dwójce dzieci nie mam nawet czasu na obejrzenie wiadomości w telewizji, także pewnie i na te cuda nie znajdę ani chwilki. A szkoda!

    OdpowiedzUsuń
  4. Oglądam QE, które zawsze mnie wzrusza oraz zaczęłam Good Omens, jednak jakoś nie potrafię się zmotywować do obejrzenia pozostałych pięciu odcinków. Jednak na pewno w końcu to nadrobię!

    OdpowiedzUsuń
  5. Oglądałam Stranger Things i Wielkie kłamstewka. Oba mogę spokojnie polecić. Zgadzam się z Twoją opinią :)

    OdpowiedzUsuń

...