Jeszcze jeden odcinek: „Belle Epoque”


W przypadku serialu TVN tytuł tego cyklu na blogu brzmi dość przewrotnie. Jeszcze jeden odcinek „Belle Epoque”? Boże, uchroń.

Współautorzy scenariusza, Maciej Dancewicz i Marek Bukowski, napisali również książkę, „Najdłuższą noc”, która, o ile mnie pamięć nie myli, miała swoją premierę tego samego dnia co pierwszy odcinek serialu. Nad produkcją panowie pracowali od 2014 roku, a powieść – która jest zarazem ich debiutem literackim – jest swoistą inspiracją wydarzeniami przedstawionymi w „Belle Epoque”. Książki jak dotąd w rękach nie miałam, ale natknęłam się na sporo recenzji, z reguły bardzo pozytywnych. Pozytywne było również moje nastawienie do serialu, bo kiedy zobaczyłam pierwsze zapowiedzi w telewizji, pomyślałam sobie „wow, to może być coś dobrego”. Intuicja okrutnie mnie oszukała.

Główny bohater, Jan Edigey-Korycki, po latach powraca do rodzinnego Krakowa, z którego wyjechał na skutek skandalu. Akcja toczy się na początku XX-wieku. Do Galicji ściąga Jana śmierć matki; mężczyzna chce za wszelką cenę odkryć, kto ją zamordował. Pomagają mu przy tym Henryk i Weronika Skarżyńscy, rodzeństwo prowadzące laboratorium kryminalne. Mimo że Jan nie planuje zostać w Krakowie na dłużej, okoliczności zatrzymują go w mieście – jedną z nich jest dawna ukochana, Konstancja.


Bardzo lubię seriale kostiumowe. Lubię przenosić się w czasie, poznawać czasy, których nie mogłam doświadczyć. Co za tym idzie, produkcja musi być realistyczna, odpowiednio przekonująca, ma sprawić, żeby widz przez chwilę uwierzył, że może zajrzeć do minionej epoki. Powiem szczerze: w życiu nie widziałam, by obsada jakiegokolwiek serialu czuła się tak niezręcznie w swoich kostiumach. Jak przebierańcy na średnio udanej imprezie karnawałowej. Patrzyłam na nich i cały czas widziałam aktorów, a nie poszczególnych bohaterów. Rekwizyty w ich rękach wciąż były tylko rekwizytami. Zero klimatu, zero naturalności.

Pod względem fabularnym niestety też było kiepsko. Mordercę mogłam wskazać zwykle po pierwszych kilku minutach (a mistrzem dedukcji nie jestem), wątki wydawały się banalne i przewidywalne do bólu. Oczywiście zdarzały się ciekawe odcinki, kiedy rzeczywiście się wciągałam; zbrodnie były pomysłowe, a zagadki na tyle interesujące, że chętnie śledziłam akcję. To jednak nieliczne wyjątki. Przeważnie przy oglądaniu nie wiedziałam już, czy się śmiać, czy płakać. Niektóre sceny były absurdalne i zwyczajnie zabawne (w złym tego słowa znaczeniu), nie zliczę, ile razy parsknęłam śmiechem. Przykładowo główny bohater podczas śledztwa decyduje się na eksperyment z manekinem zrzucanym z urwiska – chce sprawdzić, czy ofiara popełniła samobójstwo, czy ktoś ją zrzucił. Pada kwestia „popchnę go tak, jakby sam skoczył” i... Manekin najpierw obija się o skały, a dopiero później spada. Tak, panie Edigey. Samobójca z pewnością najpierw przewróciłby się na twarz, poobijał na kamieniach, by wreszcie sturlać się na dół.


Serial odniósł największą klęskę pod względem aktorskim. Paweł Małaszyński grał tak, jakby przez wszystkie dziesięć odcinków ktoś wsadził mu kij – wiadomo gdzie. Jego bohater miał być facetem wyjątkowo inteligentnym, przenikliwym, bystrym; do tego sprawiał, że wszystkie kobiety do niego lgnęły. Nad urodą Małaszyńskiego nie będę się rozwodzić, kwestia gustu, ale oglądając „Belle Epoque” zastanawiałam się, co te baby widzą w kimś tak nudnym i bezbarwnym. Z całej obsady mogę jedynie wyróżnić Olafa Lubaszenko i Eryka Lubosa bohaterowie, w których się wcielili, budzili największą sympatię i przede wszystkim byli zwyczajnie przekonujący. Reszta zdawała się nie wierzyć w wypowiadane przez siebie słowa, a emocjonalny poziom – oczywiście poza kilkoma wyjątkami – był nijaki. Jakby mówiły roboty, nie żywi ludzie. Początkowo byłam oczarowana Magdaleną Cielecką w roli Konstancji, bo jako jedyna wydawała się naprawdę „czuć” to wszystko, co miała zagrać, poza tym wyglądała świetnie w epokowych sukniach. Później nawet ona jakby straciła entuzjazm. Cóż, poniekąd jej się nie dziwię, miałam to samo podczas oglądania.


Nie mogę też nie wspomnieć o paru kwestiach technicznych. Oświetlenie było momentami koszmarne. Wiem, że przy jego pomocy twórcy chcieli osiągnąć możliwie najbardziej mroczną, dekadencką atmosferę, ale ten zabieg był stosowany zbyt często. Serio, jeśli twarz Małaszyńskiego przez większość czasu będzie częściowo skryta w cieniu, to wcale nie sprawi, że jego postać będzie bardziej interesująca. Zdarzało się też, że kamerzysta, przynajmniej w pierwszych odcinkach, wydawał się być w zaawansowanym stadium delirium. Obrazem tak trzęsło, jakbym obserwowała „pasjonujący” pościg w jednym z odcinków „W-11”. Kostiumy wolę pominąć milczeniem, szczególnie kubrak (?) Edigeya wyglądał idiotycznie. Ale wiecie, co było dobre? Muzyka. Światełko w tunelu. Pod tym względem nie jestem w stanie się doczepić.

Podsumowując: „Belle Epoque” miało genialnych ludzi od promocji i marketingu. Reklamowy szum był ogromny, zwiastun również zapowiadał ciekawe widowisko, tymczasem to, co dostaliśmy, okazało się totalną klapą. Pomysł był świetny, o wykonaniu napisałam wyżej. Tyle dobrego, że w środy wieczorem miałam się z czegoś pośmiać i pożartować z koleżankami. To chyba największe rozczarowanie serialowe, jakie mi się dotychczas zdarzyło.


źródło zdjęć: filmweb

Udostępnij ten post

10 komentarzy :

  1. Ja natomiast Cieleckiej nie mogłam znieść w tym wydaniu - i chyba jeszcze nie znalazłam takiego, które by mi do gustu przypadło. Ostatni odcinek... cóż. Zakończyli z petardą, a raczej lekkim niewypałem. Kilka iskier, chwila zaskoczenia i koniec. Nic więcej. Jak się nie ma pojęcia, jak zakończyć serial, to zawsze można dorzucić rosyjski wątek.
    Swoją drogą mnie te kostiumy nawet się spodobały. Tylko właśnie jakoś nie wszyscy się dobrze w nich czuli. Może dostali o rozmiar za małe? :D Albo niewyprane :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie nie przepadam za bardzo za Cielecką, ale tutaj na początku mi się podobała - tylko że im dalej w las, tym gorzej :D Podczas finałowego odcinka śmiałam się tak, że nie słyszałam niektórych kwestii... XD
      Możliwe :D Chociaż Małaszyński to chyba miał o rozmiar za duże, jakoś tak pokracznie w tym chodził :P

      Usuń
  2. W ten serial wwalono tyle pieniędzy - zarówno w kostiumy i rekwizyty, jak i w gaże aktorów, nie zapominając o ogromie reklam. A tak naprawdę nie słyszałam o nim ani jednego dobrego słowa... Mój mąż bardzo zajarał się na punkcie tego serialu, a po pierwszym odcinku zrezygnował z dalszego oglądania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja obejrzałam sezon do końca, głównie dlatego, że zwyczajnie mnie to bawiło. Też byłam bardzo podekscytowana premierą tego serialu, no ale wyszło, jak wyszło...

      Usuń
  3. Jak dobrze, że natrafiłam na Twoją recenzję... Zaraz po pierwszym wyemitowanym odcinku przeczytałam druzgocącą ten serial opinię, ale pomyślałam sobie, że przecież jednej osobie może się nie spodobać, innej owszem, że to pierwszy odcinek, dajmy temu szansę itp. Tyle, że potem takich opinii było więcej i więcej. Twoja przekonała mnie, że oglądając to, straciłabym czas i pogorszyła wzrok.
    Mówią, nie chwal książki po okładce... to chyba najlepiej tutaj pasuje.
    Pozdrawiam :)
    czytelnia-przy-kwiatowej-13.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie też nie chciałam przekreślać serialu po pierwszym odcinku, który rzeczywiście był baaardzo kiepski. Uznałam, że wytrzymam cały sezon, żeby mieć pełen obraz... Z jednej strony żałuję straconego czasu, a z drugiej, jak wspomniałam, uśmiałam się XD W każdym razie nie polecam, kompletna klapa.

      Usuń
  4. mam zupełnie takie samo odczucie jak autorka tekstu, małaszyński strasznie nieprzekonujący w granej roli, Lubaszenko faktycznie ok, akcja historii zupełnie nie wciąga, obejrzałem tylko jeden odcinek i pół drugiego, moja małżonka wytrzymała trochę dłużej, przeczytała też książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie były jej odczucia po książce? Bo słyszałam, że jest niezła, planuję przeczytać :) Serial niestety okazał się niewypałem.

      Usuń
  5. Ja natomiast od początku spotykałam się jedynie z negatywnymi opiniami na temat tego serialu, więc nawet nie próbowałam go oglądać, bo od razu nastawiłam się, że to coś, na co szkoda czasu. Ta recenzja jeszcze mnie w tym utwierdziła, choć z drugiej strony sprawiła też, że zastanawiam się nawet, czy nie obejrzeć jednego odcinka i nie sprawdzić, czy naprawdę wszystko jest aż tak sztuczne. Nawet trudno mi sobie wyobrazić, by mogło być aż tak źle. Chociaż z drugiej strony wszystkie opinie, z którymi do tej pory się spotkałam, jednoznacznie na to wskazują. Ciekawa jestem, jak to jest w przypadku książki. Skoro zbiera raczej pozytywne recenzje, to może w przeciwieństwie do serialu nie jest niewypałem...?

    Pozdrawiam
    j-majkowska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się okropnie zawiodłam, a trzeba powiedzieć, że nie jestem zbyt wymagającym widzem. "Belle Epoque" było po prostu śmieszne. Książce z pewnością dam szansę :)

      Usuń