Na ekranie: „Klątwa Śpiącej Królewny”


Baśniowe motywy wracają jak echo we współczesnym kinie, niekoniecznie w animacjach. Kolejne adaptacje bajek sytuują się przeważnie w konwencji familijnej. Coś dla dzieciaków, tych małych i troszkę większych, dla matek przystojni książęta, dla ojców piękne dziewczyny w rozłożystych sukniach. „Klątwa Śpiącej Królewny” to jednak film dla zdecydowanie starszego widza. Produkcja balansuje na granicy thrillera i horroru – a dla mnie był to przede wszystkim horror dla oczu.

Thomas niespodziewanie dziedziczy ogromny, zapuszczony dom po swoim zmarłym wujku, którego nigdy nie poznał. Wkrótce okazuje się, że niezbyt zachęcająca posiadłość jest siedliskiem klątwy, a jej ofiarą pada również Thomas. Wszystko wydaje się mieć bardzo ścisły związek z dziewczyną, która od dawna pojawia się w snach mężczyzny. Piękna nieznajoma jest pogrążona we śnie i tylko Thomas może ją obudzić.

Powiem wprost: sztampa. Jedna wielka sztampa. Głównego bohatera dręczą koszmary, pojawia się nawiedzony dom i oczywiście „niesamowita” tajemnica, którą trzeba odkryć. Innymi słowy klasyka współczesnego horroru – horroru, który nawet nie był straszny, należy dodać. Początek nawet mnie zaintrygował; pierwsze sceny zarysowały postać Thomasa, malarza i odludka, wychodzącego z mieszkania właściwie tylko po to, żeby odwiedzić terapeutkę. Spodziewałam się tutaj jakiejś głębi, chociaż minimalnej psychologii bohatera, jednak tego nie znalazłam. Zamiast tego, zaraz po tym, jak do akcji wkroczył dziwny dom pełen obrzydliwych manekinów, twórcy zaserwowali wyblakłą i poszarpaną kliszę, znaną już widzom od podszewki.


Pod względem fabularnym nic mnie w tym filmie nie zaskoczyło. Do Sherlocka Holmesa zdecydowanie mi daleko, ale w tym przypadku nawet nie musiałam się wysilać, żeby przewidzieć, jaki będzie dalszy przebieg wydarzeń. Co najlepsze, miałam wrażenie, że nawet sam odtwórca głównej roli nie jest specjalnie zdziwiony tym, co się dzieje. Ethan Peck jako Thomas był zupełnie nieprzekonujący. Pokazywał głównie jedną minę – umęczoną minę, jakby nudziło mu się na planie. Jego bohater z zimną krwią przyjmował kolejne fakty. Facet, który w życiu nie miał do czynienia z niczym paranormalnym, nagle wkracza do świata rządzonego przez demony i nie wydaje się tym jakoś specjalnie przejęty. Równie dobrze mógł wzruszyć ramionami.

Niestety pod względem aktorskim ogółem wypadło słabo. Natalie Hall była po prostu płytka i nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Bruce Davison też nie pokazał się od najlepszej strony; jako ekspert od zjawisk nadnaturalnych nie budził respektu, bo kiedy rzekomo ujawniał swoją wiedzę, brzmiał jak gdyby czytał swoje kwestie z kartki. Albo jakby wyuczył się ich na blachę, żeby zdać egzamin. Jedyni bohaterowie, którzy wzbudzili moją sympatię, to Nathan, przyjaciel Thomasa oraz Daniel, spec od zaawansowanych programów komputerowych. Niestety ich czas na ekranie był mocno ograniczony, więc za bardzo mnie nie pocieszyli. Potencjał dostrzegam również w Indii Eisley, czyli tytułowej Śpiącej Królewnie, ale „jedna jaskółka wiosny nie czyni”. Pojedyncza dobra rola nie sprawi, że reszta obsady zaprezentuje się lepiej.


Nie spisuję tego filmu całkowicie na straty. Doceniam dość oryginalne wykorzystanie motywu z popularnej baśni. Mam słabość do podobnych nawiązań, a tutaj inspiracja była raczej szczątkowa, bo twórcy zdecydowali się na zupełnie autorską adaptację, kompletnie różną od oryginału. Scenografia też była całkiem niezła – szczególnie wystrój starego domu, odziedziczonego przez Thomasa, tworzył odpowiedni klimat. Co jak co, ale za nic w świecie nie przekroczyłabym progu tego budynku, a już na pewno nie chciałabym tam zostać na noc. Nie mogę też powiedzieć, że nie podobała mi się nieco przerysowana i abstrakcyjna charakteryzacja naszej królewny – wizualnie wypadło to naprawdę dobrze. Muzyka także zasługuje na pochwałę, jednak nie zdołała uratować poszczególnych scen, tak przewidywalnych i banalnych. Zamiast tego wydawała się zbyt dramatyczna, przesadzona, bo nie mogła samodzielnie wytworzyć atmosfery pełnej grozy, tak niezbędnej w horrorach czy thrillerach. Po prostu tego nie czułam, a z reguły dość łatwo mnie przestraszyć. Dreszczyk pojawił się jedynie na początku, później emocje spadły niemal do zera.


Zakończenie? Rozczarowujące, bo nie znalazłam w nim niczego, co rozminęłoby się z moimi wcześniejszymi domysłami. Po drodze twórcy dość nieudolnie usiłowali wydobyć jakąś głębię z bohaterów, przekonać nas, że Thomas to nieszczęśliwy człowiek, który na dodatek teraz znalazł się w paskudnej sytuacji. Pojawiło się nawet coś na kształt bardzo nieśmiałego wątku miłosnego, który jedyne, co u mnie wywołał, to wzniesienie oczu do nieba. Pod koniec efekty specjalne czy charakteryzacje zaczęły mnie zwyczajnie śmieszyć, a podejrzewam, że nie takie było ich zadanie.

Podsumowując: chęci i zamiary były spore, natomiast rezultat wypadł blado. „Klątwa Śpiącej Królewny” ma za mało magii, za mało emocji, za mało baśniowości. Widziałam całą masę gorszych filmów, również w tym gatunku, ale mimo wszystko czuję się zwyczajnie zawiedziona. Można obejrzeć, krzywdy nie zrobi – podobnie jak nie pozostawi po sobie bardziej wyrazistych wspomnień.


źródło zdjęć: IMDb

Udostępnij ten post

2 komentarze :

  1. Oj, już nawet makijaż z przedostatniego zdjęcia wygląda kiczowato ;P To film, który bym włączyłą siedząc sama w chwili, w której nie miałabym kompletnie nic innego do roboty ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się akurat ten kicz podobał :P Królewna nosiła taki mejkap w snach głównego bohatera, więc mi to nie przeszkadzało. Gdybym miała taki wybór, to już bym wolała chyba siedzieć i się nudzić, niż to obejrzeć XD

      Usuń