Deski teatru: „Proca”

Do teatru chodzę zdecydowanie za rzadko, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo to lubię. Ale do tej pory nie zdarzyło się, by jakaś sztuka tak bardzo mnie poruszyła, jak właśnie „Proca”, której reżyserem jest André Hübner-Ochodlo. Premiera w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie miała miejsce już kilka miesięcy temu, dlatego bardzo się cieszę, że udało mi się jeszcze tę sztukę zobaczyć. Ominęłoby mnie coś naprawdę niezwykłego.

Poszczególne sceny koncentrują się przede wszystkim na dwóch postaciach: niepełnosprawnego w wyniku wypadku, zgorzkniałego i przeważnie pijanego Ilji oraz Antona, osiemnastolatka, którego fascynuje ten starszy mężczyzna. Antek zaczyna odwiedzać Ilję, zwierzać mu się, a choć początkowo Ilja jest raczej wrogo nastawiony, niespodziewana troska i uwaga, którą poświęca mu chłopak, sprawiają wreszcie, że zaczyna się otwierać.


Nie potrafię nawet opisać moich wrażeń po tej sztuce. Relacja bohaterów, rodzące się między nimi uczucie i niezwykła, choć bolesna więź zostały przedstawione w wyjątkowo poruszający sposób. To nie jest przedstawienie „o dwóch gejach”, to po prostu historia o trudnej miłości. Ilja nie uważa, by zasługiwał na cieplejsze traktowanie. Jego życie legło w gruzach, kiedy trafił na wózek inwalidzki, dlatego upija się do nieprzytomności i na każdego patrzy spode łba. Wydaje mi się, że Ilja nie postrzegał się jako pełnowartościowego człowieka, jego kalectwo odsunęło go od innych ludzi, sprawiło że zaczął im zazdrościć, choć jednocześnie pragnął czyjejś sympatii. Wówczas pojawia się Anton – jeszcze niedoświadczony, nieco naiwny, ale wyraźnie lgnący do niego chłopak. Antek ufa Ilji, opowiada mu o swoich najintymniejszych problemach, a jednocześnie stara się jakoś o niego zadbać. Nic dziwnego, że Ilja – jak zresztą sam kilkakrotnie powtórzył – uznał Antona za anioła, którego mu zesłano.


Jak widać, tematyka do najprostszych nie należy, a dodatkowo wkrada się do niej śmierć, która ciągle wisi nad sceną i powraca w kwestiach wygłaszanych przez aktorów. Ilja pragnął śmierci, dopóki nie spotkał Antona. Odtąd sensem jego życia stały się kolejne wizyty chłopaka, które rozjaśniały jego raczej ponure do tej pory dni.
Sztuka naprawdę skłania do przemyśleń, ponadto byłam pod ogromnym wrażeniem gry aktorskiej: Adam Hutyra był niesamowity od początku do końca. Jego rola do łatwych nie należała, tymczasem na deskach teatru rzeczywiście stał się Ilją, kalekim alkoholikiem, który wyzywa wszystkich wokół, jednocześnie marząc w duchu, by komuś choć odrobinę na nim zależało. Z kolei Tomasz Włosok, czyli odtwórca Antona, w pierwszej chwili wzbudził we mnie dość mieszane uczucia. Wydał mi się nieco sztuczny i przerysowany, co później uznałam za element wizerunku jego postaci. To, co pokazał później, całkowicie zmyło moją przedwcześnie wydaną opinię. Był niesamowity, a razem z panem Hutyrą stworzył zgrany i podtrzymujący wysoki poziom duet. Warto też wspomnieć o Iwonie Chołuj, która zagrała trzecią i ostatnią postać w tej sztuce, mianowicie Larysę, sąsiadkę Ilji. Chociaż dwaj wymienieni wcześniej panowie totalnie ją przyćmili, jej rola obłudnej kokietki, która próbuje ciałem zdobyć dla siebie mieszkanie Ilji wypadła naprawdę dobrze.


To, co podobało mi się najbardziej, to sceny ukazujące sny Ilji. Czułam się zupełnie tak, jakbym wchodziła do głowy tego bohatera: obserwowałam, jak do jego snów stopniowo wkrada się Anton i czułam przede wszystkim współczucie, bo właśnie w tych fragmentach najbardziej odczuwało się zagubienie i smutek mężczyzny. Tutaj trudno nie wspomnieć o niezwykłej grze świateł i nastrojowej muzyce, które zbudowały niepowtarzalny klimat.
No i zakończenie. Zakończenie, które wcisnęło mnie w fotel, oszołomiło, a jednocześnie wycisnęło łzy z oczu. Końcowe sceny podziałały na mnie najsilniej, czego jasno dowodzi fakt, że ciągle je rozpamiętuję i mam w głowie ostatnie kwestie Tomasza Włosoka. Byłam zupełnie skołowana, kiedy wyszłam z teatru, trudno było mi wrócić do rzeczywistego świata. Dlatego nie wahałam się, żeby razem z resztą sali (niemalże pełnej, należy dodać) na stojąco oklaskiwać aktorów, bo zafundowali mi widowisko, którego nie zapomnę do końca życia.



Nie ma co owijać w bawełnę: to był najlepszy spektakl, jaki miałam przyjemność oglądać. 


źródło zdjęć: teatr-mickiewicza.pl

Udostępnij ten post

7 komentarzy :

  1. Hmm... nie wiem czemu ale sztuka teatralna, sama w sobie, nieco mnie odrzuca. Jest zbyt prosta, cicha, taka... nijaka często, dlatego do teatru jako takiego nie chodzę. Ale... aleee... z musicalami sprawa ma się zupełnie inaczej :D Okej, w sumie byłam na 4 w swoim życiu, niemniej - bardziej mi ta forma odpowiada. Wydaje się taka... pełniejsza. Nawet, jak mi tematyka nie odpowiada, to mogę oglądać, bo jest muzyka, zwykle w miarę chwytliwa. A na przykład ta sztuka? Możliwe, że jest rzeczywiście bardzo dobra, ale na ile się znam - nudziłabym się na niej.
    drewniany-most.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dużo bardziej wolę sztukę, niż musical właśnie :) Teatr jest dla mnie prawie jak film, tylko ma tę przewagę, że widzę aktorów na żywo, jestem niemal wewnątrz akcji i to chyba mi się tak podoba :)

      Usuń
    2. No właśnie dla mnie ta różnica jest za duża. Film lepiej według mnie udaje rzeczywistość (wiadomo, scenografia, plenery etc) i w sztukę jako taką po prostu nie mogę często uwierzyć. Musical zaś zwykle tego uwierzenia nie wymaga, by był OK.

      Usuń
  2. Zaczęłam czytać Twoją notkę i zastanawiałam się wciąż, że skądś kojarzę "Procę". Jednak nie z teatru, a ze zbioru dramatów Nikołaja Kolady, który czytałam! Nie dziwię się, że sztuka Ci się podobała, bo autor naprawdę w sprawny sposób potrafi budować napięcie między postaciami! A skoro aktorzy zagrali tak dobrze, światło i muzyka były na swoim miejscu to - nic dodać nic ująć! Bardzo chciałabym zobaczyć ten tekst na deskach teatru, szczególnie dla tych scen snów, to musiało być świetne przeżycie :)
    PS. Tego autora polecam też "Gąskę", bardziej na śmiesznie, rozejrzyj się czy w którymś teatrze blisko Ciebie nie jest grana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sztuka jest genialna, naprawdę! Żadna nie zrobiła na mnie aż tak dużego wrażenia. Chociażby dlatego muszę się "bliżej poznać" z Koladą :D

      Usuń
  3. Lubię chodzić to teatru, bo spektakle zazwyczaj przekazują odbiorcom więcej wartościowych treści niż filmy, choć oczywiście bywają wyjątki. Poza tym podoba mi się sam klimat teatru, że przychodzi się elegancko ubranym itd. Co prawda zdarza się, że jakiejś sztuki nie rozumiem i przez to mi się nie podoba, a tymczasem tłum na zakończenie klaszcze na stojąco. Tak na przykład miałam przy oglądaniu "Rodzeństwa", którym wszyscy się zachwycali, podczas gdy ja nie za wiele z tego zrozumiałam i zdecydowanie bym nie powiedziała, że ta sztuka mi się podobała.
    A o "Procy" nigdy nie słyszałam.

    Pozdrawiam
    j-majkowska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w zasadzie film i teatr traktuję niemal na równi, choć oczywiście spektakle mają ten plus, że aktorów widzimy na żywo :) I podobnie jak Ty czasem nie zrozumiem sztuki, ale to samo zdarza mi się też z filmami. Nie każdy tytuł do mnie trafia :) "Proca" jest niesamowita i myślę, że nie jest specjalnie trudna do zinterpretowania, a chwyta serce niesamowicie. Trochę czasu już minęło, odkąd widziałam ten spektakl, a nadal mam ciary, jak o nim pomyślę.

      Usuń