Jak przeżyć święta i nie zwariować


Wiem, że narzekanie na magię świąt, której „hokus-pokus” nie zawsze działa, już się przejadło. Było mnóstwo wystąpień na temat tego, jak to ludzie gonią za sprawami ulotnymi (vanitas vanitatum i inne takie), zamiast zająć się tym, co naprawdę w życiu ważne. Ale i tak dobija mnie fakt, że okazję do spędzenia czasu z rodziną wykorzystuje się do jednej wielkiej pokazówki. Coco Chanel wspominała, że każdy dzień to pokaz mody, jednak chyba nie chciała, by niektórzy tak sobie brali te słowa do serca. Życie to w rzeczywistości nie wybieg, gdzie jedynym poważnym problemem są wymyślne buty o wysokości wieżowców.

Co roku jest tak, że mniej więcej w pierwszym tygodniu grudnia moja mama wpada w tryb „trzeba sprzątać, zaraz święta, dlaczego nikt nie sprząta?!”. Z tej paniki da się wysunąć wniosek, że Pan Jezus narodzi się w moim pokoju, gdzie jest „wieczny syf”, jak malowniczo określa mama. Hm, to chyba i tak lepsze od rozklekotanej stajenki, ale co ja o tym mogę wiedzieć. To naturalne, że przed Bożym Narodzeniem wpada się w okres wyjątkowości, chociażby objawiony tym, że w całym domu śmierdzi rzekomo świątecznym płynem do mycia podłóg. Tyle że odrobina kurzu na meblach czy nieporządek w szafie nie wpłynie na atmosferę w domu. Chociaż nie, trochę wpływa, skoro czasem boję się wychodzić z pokoju, żeby przypadkiem nie dostać mopem w głowę.


Druga sprawa: zakupy, zwane inaczej szałem ciał. To zjawisko jest akurat powszechne bez względu na dzień, ale chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Naprawdę mnie bawi, kiedy na 20 minut przed otwarciem galerii handlowej przed wejściem zbierają się tłumy, które tylko czekają, aż ten okrutny pan ochroniarz w końcu się odsunie. Jeśli dojdzie do tego promocja na karpie, kapcie, piżamę, czekoladowego Mikołaja, to już naprawdę trzeba na siebie uważać ze względu na wysokie ryzyko stratowania. Sklepy będą zamknięte raptem przez 2 dni, a co drugi z nas szykuje się tak, jakby nadchodził koniec świata i trzeba było gromadzić zapasy żywnościowe.
No i po trzecie – pokazówka w każdej dziedzinie, w jakiej się tylko da. Przecież nieistotne jest, czy potrzebujemy tych rzeczy, MUSIMY je mieć, żeby zrobić wrażenie na innych. Panie paradują w drogich futrach i płaszczach, którymi z wysoko uniesioną głową chwalą się na pasterce, nawet jeśli ceną za ten blask kościelnych reflektorów jest zaplątanie się we własne nogi czy debet na koncie. Sąsiedzi prześcigają się w wymyślnych dekoracjach z kolorowych lampek lub biednie zwisających z okna Mikołajów, którzy, gdyby byli prawdziwi, przeklinaliby tę robotę i rzucili ją w diabły. Wszystko, żeby tylko udowodnić innym, że ma się „więcej”, „lepiej”.
Kurczę, tu chyba nie o to chodzi, prawda?


Banałem jest mówienie, że Boże Narodzenie to czas dla rodziny, wyciszenia się, odpoczynku. Ale temu nie da się zaprzeczyć. To ludzie tworzą magię. Nie kupka pieniędzy, którą wydaje się w markecie, nie podziw na twarzy koleżanki, kiedy widzi, jak drogi prezent dostaliśmy. Wiele jest z pozoru drobnych, czasem słabo dostrzegalnych rzeczy, które sprawiają, że grudzień to jeden z przyjemniejszych miesięcy.
Lubię w okresie przedświątecznym chodzić na zakupy. Jak to kobieta mogę długo spacerować po sklepach, ale najbardziej w tym wszystkim uwielbiam rozglądać się za prezentami. To cudowne uczucie widzieć uśmiech osoby, która coś ode mnie dostaje. Mam wtedy wrażenie, że jestem lepszym człowiekiem. Lubię spacerować po przystrojonych w lampki ulicach miasta. Lubię dekorować choinkę i słuchać kolęd. Lubię kakao w kubku z Mikołajem i świąteczne jedzenie. A najbardziej lubię, kiedy w domu jest mnóstwo ludzi, kiedy słychać szelest ozdobnego papieru i czuć zapach pomarańczy. To są dla mnie święta. I naprawdę nie dbam o to, czy dostanę gadżet warty fortunę czy może tylko (albo raczej aż) czekoladę. Największym dla mnie prezentem jest samo posiadanie osób, które kocham i fakt, że one także o mnie czasem myślą.
Błagam, nie dajmy się zwariować. Święta to często jedyny moment w roku, kiedy możemy odpocząć, spędzić spokojnie czas z najbliższymi, porozmawiać, pośmiać się. I tak zróbmy. Czy naprawdę chcemy marnować czas na coś, co nie przyniesie żadnego długotrwałego efektu, poza rozstrojeniem nerwowym? Skoro śnieg uparcie topnieje, to chociaż my stwórzmy atmosferę prawdziwych, rodzinnych świąt. Nieważne gdzie, nieważne z jakim przepychem, ważne w jakim towarzystwie. Wbrew pozorom można wyczarować coś z niczego, jeśli się tego bardzo chce.


źródło zdjęć: pexels.com



A skoro już o prezentach mowa, przypominam o świątecznym konkursie - kliknijcie na banner po prawej stronie, żeby poznać więcej szczegółów :)

Udostępnij ten post

14 komentarzy :

  1. Ja w tym roku mam o tyle fajnie, że do środy siedzę jakieś 600km od domu, więc nie przeżywam tego całego sprzątania :D Aczkolwiek od paru lat już się u mnie o porządek tak bardzo nie spinają. Co nie zmienia faktu, że święta bez kłótni to nie święta XD
    Mnie osobiście kupowanie prezentów nieco irytuje. Tzn. jeśli wiem, co dana osoba chce to jest OK, ale np. moi rodzice nie mają na tyle konkretnych zainteresowań, bym miała jakiś pomysł na nich.
    drewniany-most.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie mama zawsze trochę szaleje, ma fioła na punkcie obrusów, firanek, stroików... Efekt końcowy jest super, ale ile się człowiek nadenerwuje XD
      Czasem niektóre prezenty też sprawiają mi pewną trudność. Póki co udawało mi się kupować bez wtopy (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), więc wszyscy byli zadowoleni :)

      Usuń
  2. Szał zakupowy przed świętami to prawdziwy koszmar. Dlatego ja prezenty dla rodziny kupiłam już miesiąc przed świętami. Szkoda tylko, że szał zakupowy dzieje się też zaraz przed świętami. Jakby nagle wszystkim się przypomniało, że "kurcze, przecież jutro Wigilia!".
    Pokazówki w kościołach zauważyłam nie tylko na święta. W każdą niedzielę panie stroją się jak na sesję zdjęciową, żeby się pokazać. To jest straszne! Idziemy do kościoła się pomodlić czy pokazać sąsiadom?
    Kiedyś podczas świąt czekałam jedynie na prezenty. Właściwie święta Bożego Narodzenia kojarzyłam wyłącznie z prezentami. Teraz, kiedy w domu nie bywa się często, wreszcie zrozumiałam prawdziwie, że święta to czas, żeby pobyć wspólnie przy stole. No i teraz to nie ja czekam na prezenty. Czekam, aż to inni odpakują prezenty ode mnie. :)

    Pozdrawiam,
    Book Prisoner! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nawet w zwykły dzień widziałam, że na prawie pół godziny przed otwarciem galerii handlowej przed wejściem był tłum. Dlatego naprawdę mam wielki szacunek do tych wszystkich sprzedawców, w szczególności w okolicach świąt.
      Do kościoła co prawda nie chodzę, ale kiedy jeszcze chodziłam, trochę się tego wszystkiego naoglądałam. W sumie podziwiam te kobiety, że im się chce tak stroić :D
      Mnie też święta kojarzyły się kiedyś tylko z prezentami. Jako dziewczynka nie umiałam spokojnie wysiedzieć przy wigilijnym stole, bo już chciałam wszystko odpakować. Teraz uwielbiam, kiedy jeszcze długo po zjedzeniu kolacji siedzimy z rodziną, rozmawiamy - to jest jeden z najfajniejszych momentów :)

      Usuń
  3. Dobrze prawisz, dobrze! Święta nie powinny być "pokazówką", ale takim radosnym czasem, który spędzamy z najbliższymi i poświęcamy czas na rozmowę. Niestety, najczęściej jednak wszystko sprowadza się do tego, aby wszystko było najlepsze. Jedzonko najsmaczniejsze, choinka największa i ozdobiona najpiękniejszymi ozdobami, a prezenty koniecznie z górnej półki. Niech inni widzą, że jestem naj! No, ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi, prawda?
    Nienawidzę sprzątania. Serio. To znaczy takie zwykłe, codzienne - wpadło w rutynę i ok, bo nikt w przysłowiowym chlewie mieszkać nie lubi. Ale już mycie okien, trzepanie dywanów, zawieszanie nowych zasłon - no kurczę! Przed tym uciekam, jak diabeł przed święconą wodą. Akurat przyjechałam dzisiaj na weekend do rodzinnego domku, cholera wie jedna po co, i od wejścia zostałam wysłana do łazienki po firanki. Oj, nie, to nie moje klimaty.
    Co do zakupów mam identyczne zdanie! To znaczy lubię połazić bez celu po galerii albo w poszukiwaniu prezentów, ale kiedy zaczyna być już bardzo tłoczno, to jednak się wycofuję. Dzisiaj, tak jak wspominałam wyżej, musiałam wydostać się z Krakowa i przedarcie się przez Galerię Krakowską, żeby dostać się na dworzec zapadło mi w pamięć, jako jedno z najbardziej traumatycznych doświadczeń w moim życiu :P Nie wiem, może faktycznie ludzie kompletują zapasy na jakąś apokalipsę.
    Ja też lubię urok miast ozdobionych w świecidełka. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko śniegu i byłaby prawdziwa magia!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, nie o to. Dla mnie najważniejsze, żeby w święta nie zabrakło moich ukochanych pierogów, wtedy jestem najszczęśliwsza :D
      Też za tym nie przepadam (lubię jedynie rozwieszać świąteczne ozdoby w domu). Poza tym trochę mnie bawi, że z tego sprzątania robi się taki niemal rytuał. Ale właściwie przyjemna jest satysfakcja, jak już się wszystko skończy :D
      Kilkakrotnie w zwykły dzień zdarzyło mi się przechodzić przez Galerię Krakowską i te tłumy mnie przeraziły. Generalnie nie lubię takich dużych skupisk ludzi, więc mogę sobie tylko wyobrazić, jak bardzo traumatyczne byłoby dla mnie to przeciskanie się do wyjścia w okresie świątecznym :D
      Dokładnie! Śniegu zdecydowanie brakuje - trochę go już w tym roku napadało, ale marzę, żeby wreszcie było białe Boże Narodzenie :c

      Usuń
  4. Mnie to zawsze bawi, jak większość ludzi zachowuje się dokładnie tak jak to opisałaś, ale za wszelką cenę próbują innym wmawiać, że najważniejsza dla nich jest rodzinna atmosfera. A chwilę potem wpadają w ten cały świąteczny szał, latają jak wariaci po sklepach i tylko chwalą się, jak to drogich prezentów nie kupili. A to przecież nie o to chodzi. Szkoda właśnie, że magia świąt już dawno przepadła w tej całej pogoni za... no właśnie, tak naprawdę niczym ważnym.
    Pozdrawiam i serdecznie zapraszam do siebie, gdzie pojawiła się recenzja książki "Uwikłanie".
    BOOK MOORNING

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z drugiej strony są tacy, którzy tych drogich prezentów wymagają. Jak np. w rodzinie są rozpieszczone dzieciaki, to wiadomo, że nie kupi się im samej czekolady, skoro w zwykły dzień dostają nowe telefony czy coś w tym rodzaju. Serio, mnie tam cieszy, jak ktoś mi kupi siatkę pomarańczy, bo nie dość, że je uwielbiam, to jeszcze wiem, że o mnie pamiętano. Ale na swoich bliskich narzekać nie mogę, wiedzą co w świętach jest najważniejsze i tego się wszyscy trzymamy :)

      Usuń
  5. To prawda. Czasami święta wyglądają jak jakieś wyścigi w dosłownie każdej dziedzinie. Kto ma lepszą choinkę, lepsze ozdoby oraz lepsze prezenty...
    Przecież nie o to w tym wszystkim chodzi, chociaż tak dużo osób się na tym skupia.

    MÓJ BLOG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że czasem nie jesteśmy nawet świadomi, że gdzieś po drodze zgubiliśmy tego ducha świąt. Ale zawsze można to naprawić :)

      Usuń
  6. Z uśmiechem na ustach przeczytałam Twój post. Bardzo trafnie oddałaś realia gorączki przedświątecznej. Ludzie coraz częściej robią z tak pięknej tradycji sztuczną pokazówkę, co mnie okropnie złości. Ja na szczęście trzymam dystans do tego wszystkiego, ale niestety nie każdy umie zachować umiar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na zachowanie innych nie bardzo możemy coś poradzić, ale chociaż tyle, że sami wiemy, co jest w tym wszystkim najważniejsze :)

      Usuń